Portugalski luty – cześć II, czyli … Portugalia w Warszawie

6 kwietnia 2012, Autor: Rob

Lotnisko

Poniedziałek. Niespełna dwa tygodnie po zbieraniu Sportingu przyszedł czas na kolejny portugalski akcent, a mianowicie przylot piłkarzy reprezentacji Portugalii do Stolicy Polski. Dla większości kolekcjonerów była to znakomita okazja do zdobycia bardzo ciekawych i rarytasowych podpisów, gdyż reprezentacja z Półwyspu Iberyjskiego przyleciała w teoretycznie najmocniejszym składzie. Na liście zawodników powołanych przez Paulo Bento widniały takie nazwiska jak: Ricardo Quaresma, Nani, Pepe, Raul Meireles czy jeden z najlepszych piłkarzy na świecie Cristiano Ronaldo. Jak wiecie do Warszawy pojechałem i wcale nie żałuję!

Wiadomo było, że Portugalczycy zamieszkają w poznanym już wcześniej warszawskim Sheratonie. Hotel ten nie jest lubianym miejscem we Warszawie. Wszyscy kolekcjonerzy mieli go dość! o czym pewnie czytaliście w części pierwszej napisanej przez Adriana.

Na przygotowanie się do wyjazdu miałem bardzo mało czasu, gdyż kadrę Portugalii podali dopiero dwa dni przed wyjazdem. Zdjęcia zdążyłem jednak wywołać u pobliskiego fotografa.

Michał Żewłakow na lotnisku

W Stolicy byłem przed południem. Prosto udałem się na lotnisko im. Fryderyka Chopina, gdzie czekali już forumowicze, a z nimi mile wspominani: Adzio (forumowy Rodowity_Łomżanin) oraz Bartek (Gaucho). W między czasie dojeżdżali także inni kolekcjonerzy min. Lefy, Gollaz, Rob i chłopaki z Warszawy. Na miejscu dowiedziałem się, że piłkarze reprezentacji Polski oraz Portugalii będą przylatywać osobnymi samolotami. Usiedliśmy więc w spokojnym miejscu zaraz przy stoisku ECA (European Club Association). We Warszawie odbywała się konferencja z udziałem przedstawicieli tego stowarzyszenia. Jak się domyślacie nie mogło zabraknąć także znanych europejskich byłych piłkarzy. W Warszawie zjawiły się takie osobistości jak: Karl-Heinz Rummenigge, Emilio Butragueño czy Kim Vilfort ale o tym później.

Na przeciwko mieliśmy wielką tablicę przylotów. Z każdym nowym lotem wypatrywaliśmy znanych nam piłkarzy. Takim sposobem wpadły do kolekcji podpisy min. Marcina Wasilewskiego, Adriana Mierzejewskiego, Kamila Grosickiego, Ireneusza Jelenia, Roberta Lewandowskiego, Zbigniewa Bońka czy chociażby dolatujących: António Beto Pimparela oraz Naniego. Na lotnisku nie zabrakło także innych znanych (i mniej znanych) osób takich jak: Roman Kołtoń, Paulina Czarnota-Bojarska, Sergiusz Ryczel, Paweł Wawrzecki (znany wszystkim jako doktor Kidler z „Daleko od noszy”) czy Gienek Loska, który jak zawsze nie był w hu

morze. Potem przez jakiś czas pusto. Przyszedł więc czas na oficjalny przylot Portugalczyków, którzy śmiało można powiedzieć nas ochujali… Nie dość, że trójca z Realu przyleciała klubowym czarterem to jeszcze piłkarze dolatujący z Lizbony do hotelu udali się prosto z płyty lotniska… Razem z Adrianem i Grzegorzem wpadliśmy więc na pomysł, by wcześniej niż wszyscy udać się pod Sheraton. Wyruszyliśmy tuż przed wylądowaniem samolotu. Walczyliśmy z czasem oraz z korkami… Dwa przystanki przed hotelem autobus przewożący piłkarzy nas wyprzedził i biegiem popędziliśmy za nim. Pod hotelem sporo kibiców i mediów. Ja zdążyłem zebrać jedynie Nélsona Oliveire, który jako ostatni wyszedł z autobusu. W międzyczasie krótki wywiad do TVN24. Potem było już gorzej – piłkarze nie ruszali się ze swoich pokoi. Czekaliśmy więc aż wyjadą na trening. Na „dymka” wychodził tylko były reprezentant João Pinto, który chętnie wszystko podpisywał i pozował do zdjęć.

Ronaldo rozdaje autografy

Na trening piłkarze w

yszli tylnym wejściem. Najchętniej podpisywał Cristiano Ronaldo oraz Pepe, od których wzięliśmy podpisy. Autografy rozdawał także Edurado, Nani i Quaresma. Każdy łapał co popadnie jednak nie było to łatwe, gdyż piłkarze bardzo szybko skoczyli do autokaru i odjechali. Cieszy jednak zdobycie autografu mojego piłkarskiego idola Cristiano Ronaldo, który tego wyjazdu był moim priorytetem.

Wcześniej niż reszta piłkarzy trening skończyły największe gwiazdy Portugalii (Ronaldo, Quaresma, Nani), którzy przyjechali do Sheratonu osobnym busem. Chętnie rozdawali podpisy oraz pozowali do zdjęć (ten pierwszy niestety tylko z kobietami), więc zdjęcie zrobiłem sobie z piłkarzem Beşiktaşu J.K.Ricardo Quaresmą. Po jakimś czasie przyjechała cała drużyna, a podpisy chętnie rozdawali Ricardo Costa i Raul Meireles. Na tym skończyliśmy pierwszy dzień zbiorów. Każdy rozszedł się w swoje strony. Ja, Adzio i Bartek podobnie jak kilka tygodni wcześniej na lotnisko Chopina, reszta kolekcjonerów do swoich domów. Spotkaliśmy się dnia następnego.

Hotel Hyatt

Wtorek. Ten dzień zaczęliśmy dość wcześnie, gdyż grubo przed południem reprezentacja Polski miała swój trening. Postanowiliśmy więc z chłopakami udać się pod Hyatt (w tym hote

lu nocowali Biało-Czerwoni) i poczekać na piłkarzy aż wyjeżdżać będą na stadion przy Konwiktorskiej 6. Po drodze wstąpiliśmy do Biedronki napełnić nasze plecaki prowiantem. Przesiadka przy Złotych Tarasach i po 9 byliśmy już pod hotelem, gdzie spotkaliśmy forumowego Ro. Krótko po nas dołączyli także Pulpet, Gollaz i Rob. Na wstępie poinformowano nas, że nie możemy wejść do hotelu i musimy czekać za specjalnie przygotowanymi barierkami. Piłkarze przebrani już w stroje treningowe wychodzili jeden za drugim. Każdy wołał innych zawodników. Do mnie chętnie podszedł Sebastian Boenisch oraz Eugen Polański. Po chwili kadra Franciszka Smudy pojechała, a my udaliśmy się pod Sheraton z myślą, że może tego południa Portugalczycy wyjdą podobnie jak Sporting Lizbona na jakiś spacer.

Pod hotelem wspomniany przez Adriana ochroniarz mówi, że piłkarze do czasu wyjazdu na trening nie opuszczą hotelu (tego dnia trening zaplanowany był na godzinę 18.00). Wszyscy mieli go jednak głęboko w… czterech literach. Nie pozostawało nic innego jak tylko przeczekać jakoś ten czas. Tak więc czekaliśmy…trochę pod hotelem, trochę chodziliśmy po centrum Warszawy. Standardowo także od czasu do czasu grzaliśmy się w hotelowej toalecie przy której o dziwo spotkaliśmy… Józefa Oleksego ;D. Tego dnia do kolekcjonerów dołączył także mile przeze mnie wspominany ze zbierania Włochów we Wrocławiu RC (RobertoCarlos). Dalej nuda, nuda, nuda… do której już zdążyliśmy się niestety przyzwyczaić. Postanawiamy więc z Jarkiem (forumowym Rob-em) nie stać bezczynnie i

udaliśmy się na miasto by „zabić” jakoś ten czas.

Nudy, nudy, nudy!

Wpadliśmy do Rossmana dowołać brakujące nam fotki, pochodziliśmy trochę po Złotych Tarasach…Rob zadzwonił do Gollaza. Okazało się, że Grzesiu (Gollaz) razem z Mateuszem (Mat92), Kubą (Herki) i Łukaszem (Pulpet) stoją pod InterContinentalem, gdzie odbywała się wspomniana wcześniej konferencja European Club Association (ECA). Podobno po hotelu kręcą się delegacje, działacze oraz.. José Maria Bakero. Do hotelu niedaleko (5 minut na nogach), więc już po chwili byliśmy razem z chłopakami. Gollaz sprawdzał niezawodne Google w telefonie i wypatrywał znane mu twarze. Kuba oraz Mateusz weszli do środka hotelu, my czekaliśmy na zewnątrz. Co chwilę dostawaliśmy od Herkiego wiadomość z krótką relacją co dzieje się w środku. Dowiedzieliśmy się, że po pokładzie chodzi tajemnicza osoba z „lekkim” zezem. Rzeczywiście miała ona „lekkiego” zeza, a tą tajemniczą osobą okazał się Giuseppe Marottą, dyrektor sportowy Juventusu Turyn od którego wzięliśmy podpisy. Co chwile widziałem także wysokiego, blondwłosego mężczyznę. Wydawało mi się, że jest on byłym piłkarzem, że skądś go znam. Niestety podpisu nie wziąłem i do dziś nie wiem kim on był. Możliwe, że to moje błędne skojarzenie z inną znaną mi osobą?. W hotelu przebywali również Karl-Heinz Rummenigge, Kim Vilfort, Emilio Butragueño oraz Gianni Infantino, który szybko przez Grzegorza został mianowany najważniejszą osobą w UEFA (bo bez niego losowania nie byłyby już takie ciekawe). Dojrzałem także Karola Okrasę, który w hotelu ma swoją restauracje ^^. Porobiliśmy kilka zdjęć, zebraliśmy trochę podpisów – wypad udany! Przyszedł więc czas na trening Portugalczyków.

Pepe rozdaje autografy

Pod hotelem zebrała się już standardowo grupka kolekcjonerów, a także kibiców (także głuchych, niemych…), których mieliśmy szczególnie dość. No ale nie będę już poruszać tego tematu. Standardowo także piłkarze wyszli tylnymi drzwiami. Autografy chętnie rozdawał Ronaldo, Pepe, Quaresma, Edurado – podobnie jak dzień wcześniej. Mi jako jedynemu udało się zebrać autograf trenera Paulo Bento, który podpisał się na dwóch zdjęciach. Tak jak poprzednio piłkarze szybko wsiedli do autokaru i udali się na trening. My za to postanowiliśmy w między czasie udać się pod hotel Polaków, gdyż chwilę później kończyli swój trening. Pogoda jednak dla kolekcjonerów nie była najlepsza, bowiem strasznie padało. Piłkarze ze względu na deszcz strasznie się śpieszyli. Podpisy chętnie dawali Łukasz Piszczek, Łukasz Fabiański, Robert Lewandowski, a najbardziej Wojciech Szczęsny, który chętnie pozował także do zdjęć. Jak szybko przyjechali tak szybko się „zmyli” (może ze względu na pogodę jest to dobre określenie?). Weszliśmy więc do pierwszego autobusu i wysiedliśmy na Placu Trzech Krzyży, skąd mieliśmy jedną minutkę na nogach.

Po chwili pod hotel podjechał duży, biały autobus, który przywiózł Portugalczyków z treningu. Podpisywali Ci sami. Jednak gdy obok mnie przeszedł CR7 przedostałem się przez barierki i chciałem zrobić sobie z nim zdjęcie. Wszystko okej, wyciągam rękę do tak zwanej „samojebki”, naciskam przycisk na aparacie, a tutaj nagle podbiega ochroniarz, który ciągnie mnie za plecak i wywala za chabety… szczyt chamstwa. Ochroniarz poczekałby 10 sekund i było by po problemie. No ale co poradzić oni i tak nigdy nie zrozumieją naszego hobby…

Skoro jesteśmy już przy nich to Ci z Sheratonu są wyjątkowo „kochani”. Jeden nie dość, że groził Grzesiowi sądem, gdy ten chciał wejść do hotelowego baru po wodę to jeszcze na dodatek pedał :P . Jak stwierdził Pan Staszek „dlatego, że ma wyłupiaste oczy” ;D .Tylko pogratulować!. Były to ostatnie wydarzenia tego dnia, gdyż po chwili wszyscy udali się do domów, a my na lotnisko. Spotkaliśmy się dzień później w dniu meczu.

Środa/Czwartek.

Zapowiadał się kolejny nudny dzień, podobny do poprzednich… Jednak z biegiem czasu okazał się on ciekawy oraz pełen niespodzianek.

Wywiad dla Polsat News

Przed meczem w obu ekipach pełna koncentracja. Nie były zaplanowane żadne treningi, konferencje itp. Wstaliśmy więc rano i od razu udaliśmy się (tak samo jak dzień wcześniej) po prowiant do sklepu sponsora reprezentacji Polski. Po drodze pomyśleliśmy, że piłkarze mogą wyjść tego słonecznego dnia na spacer. Jak się później okazało piłkarze do wyjazdu na mecz nie wychodzili nawet z hotelu. Po godzinie byliśmy pod Sheratonem, gdzie czekał już Beitar. Stoimy, stoimy i nic… zupełnie nic się nie dzieje… no może nie licząc dużego zainteresowania mediów naszymi osobami. Do kamery Polsatu News zostałem zaproszony Ja i Adzio.

Wolny czas spędzamy rozmawiając o kolekcjonerce, o sporcie, o wszystkim. W między czasie zbiera się większa grupka kolekcjonerów, a obok hotelu krąży Jacek Bąk oraz były reprezentant Portugalii Humberto Coelho, którzy chętnie się fotografują i rozdają autografy.

Dowiadujemy się, że po godzinie 13 Legia Warszawa rozegra na swoim stadionie sparing z III-ligowym Mazurem Karczew. Ja i Adrian postanawiamy wybrać się pod stadion z myślą o zrobieniu kilku zdjęć z Legionistami. Na miejscu czekał już Grzesiu (Diablik) z kolegą, a po chwili dojechał Rob, RC, Gollaz i Pulpet. Po meczu czekaliśmy więc obok podziemnego parkingu. Wcale nie długo, bo już po chwili zaczęły wyjeżdżać pierwsze samochody, a wśród nich min. Danijel Ljuboja, który bardzo śpieszył się na taksówkę. Cały czas poganiał nas tekstem: „Śibko, Śibko maj friends”. Ale ogólnie Danijel jak najbardziej spoko gościu, trochę śmiechowy ;) .

Stadion Legii

Samochodami wyjeżdżali także: Janusz Gol, Jakub Rzeźniczak, Tomasz Kiełbowicz, Wojciech Skaba, Miroslav Radobić, Michał Hubnik, Artur Jędrzejczyk oraz Dickson Choto, który zapytany przez Gollaza czy pamięta czasy jak grał w Górniku Zabrze śmiało odpowiedział „pamiętam, pamiętam”. Chwilkę później ujrzeliśmy w oddali czarnoskórego mężczyznę, który wchodził do klubowej recepcji. Wszyscy pomyśleliśmy, że jest to młody Albert Bruce więc szybko podbiegliśmy. Wołamy go przez szybę, on jednak macha rękami sugerując „It’s not me”, więc odpuściliśmy. Zrobiło się trochę późno, a ze względu na to, że nie znaliśmy dokładniej godziny wyjazdu piłkarzy na mecz postanowiliśmy udać się pod hotel.

Pod hotelem kolejne niespodzianki. W hotelu Sheraton podobnie jak we wrocławskim Etapie znajdował się punkt odbioru zaproszeń na mecz Polska-Portugalia, a jako iż było kilka godzin przed meczem zainteresowanie wejściówkami było znacznie duże. Nie mogło zabraknąć więc znanych sportowców. Zjawiły się takie osobistości jak: Marek Citko, Cezary Kucharski, Zdzisław Kapka, Paweł Janas, Piotr Świerczewski i wielu przedstawicieli PZPN-u. Wszyscy chętnie rozdawali podpisy i pozowali do zdjęć. Dostrzegłem także kabareciarza Piotra Bałtroczyka od którego zebrałem podpis dla siebie i Pulpeta.

Lotnisko - drugi dom Adriana

Na zegarku widniała już 18.00 tak więc trzeba było szykować się na teoretycznie ostatnią okazję zdobycia podpisów Portugalczyków. Przed tylnym wejściem hotelu ustawiła się już duża grupka kibiców czekających na swoich ulubieńców. Tak jak wcześniej piłkarze szybko przechodzili, a zatrzymywali się Ci sami co w poprzednich dniach w sumie bez żadnej rewelacji. Każdy kompletował autografy na zdjęciach, które zostały z poprzednich dni. Po odjeździe autobusu większość kolekcjonerów zwątpiła i prosto udała się do domów. Adrian z Łomży postanowił jednak wybrać się na lotnisko i tam szukać szczęścia wraz z forumowym Ro.

Ja jednak razem z Bartkiem po chwili zastanowienia doszliśmy do wniosku, że skoro piłkarze zostali zabrani prosto z płyty lotniska, a piłkarze grający w europejskich ligach przylecieli osobno, tak będzie i tym razem. Jak się okazało mieliśmy racje, a osoby które pojechały na lotnisko im. Fryderyka Chopina miały wielkiego pecha.

Czas do końca meczu postanowiliśmy spędzić w Złotych Tarasach przy… pepsi, mirindzie i tego typu napojach gazowanych. Nie zabrakło także wielorakich rozmów oraz oceniania w skali od 1 do 10… przechodzących obok nas kobiet :P – wiemy bardzo interesujące zajęcie, jednak nie było pomysłów na zagospodarowanie tej wolnej chwili. W stałym kontakcie byliśmy z Adrianem, który informował nas co dzieje się na lotnisku. Tuż przed końcem meczu postanowiliśmy opuścić naszą miejscówkę, ponieważ powoli ją zamykali. Zatrzymaliśmy się także przy jednym z barów, gdzie oglądaliśmy końcówkę meczu.

Kibole w hotelu

Do hotelu było tylko kilka minut drogi, tak więc wyruszyliśmy pod Sheraton tuż po ostatnim gwizdku sędziego. Na miejscu czekał już Darek zwany dalej „Para Dariem”, Gollaz, Rob, RC oraz kilku kibiców (których spławialiśmy/przekonywaliśmy, że piłkarze jednak nie przyjadą, gdyż prosto po meczu wylatują do Portugalii – niektórzy zwątpili i poszli do domów). Pod hotelem spotkaliśmy także zataczającego się prezesa Polskiego Związku Piłki Nożnej zwanego Grzegorzem Lato. Na szczęście nie próbował przechodzić przez obrotowe drzwi, bo pewnie by go pokonały. Zrobiliśmy sobie kilka zdjęć, mi bez problemu podpisał zdjęcie na której dał nawet dedykację(bardzo się starał co widać na zdjęciu obok). (http://mateqi.cba.pl/displayimage.php?pid=2045). W niekrótkim czasie wraz ze swoją rodziną przyjechał Damien Perquis, od którego także wzięliśmy podpisy oraz zrobiliśmy sobie fotki.

Chwila nieuwagi i obróciwszy się w prawą stronę ujrzałem obok tylnego wejścia piłkarzy wysiadający z czarnego busa za którymi szybko pobiegłem, jednak zdążyli uciec. Pomyślałem „straszna lipa” i z opuszczoną głową po woli wracam przed główne wejście, aż tu nagle… krzyczą do mnie chłopaki, że wszyscy są w środku. Chyba pobiłem swój rekord na 100 metrów, bowiem już po kilku sekundach byłem w środku obok przechodzących piłkarzy reprezentacji Portugalii. Takim sposobem do kolekcji wpadły podpisy wylatujących następnego dnia Fábio Coentrão, Beto Pimparela, Naniego, Miguela Veloso, Nélsona Marcosa, Ricardo Quaresmy i Raula Meirelesa. Hugo Almeida, Bruno Alves, João Moutinho oraz Rolando (którego chwilę później wymieniłem za Rui Patrício z RC) zdążyli przejść niezauważeni. Z niektórymi mam także porobione zdjęcia. W hotelu znajdował się także Cristiano Ronaldo, jednak nie wiem czy komuś coś podpisał – nie patrzyłem. Byłem zajęty proszeniem, a wręcz błaganiem jego o zdjęcie (ile to kosztuje wysiłku? wystarczy zatrzymać się na 10 sekund i mieć z głowy nękającego chłopaka). Prosiłem go chyba z minutkę cały czas stojąc obok niego… Mówiłem, że jest moim idol, że przyjechałem z daleka, że kibic MU, że… nic jednak nie pomogło – rozłożył bezradnie ręce, wszedł do windy i tyle go widzieli.. Nie byłem jedyną osobą, bowiem Herkiemu z konkurencyjnego forum także odmówił, chociaż w hotelu oprócz jego, Ronaldo i jednego ochroniarza nie było nikogo. Nieoficjalnie dowiedzieliśmy się, że piłkarze z hotelu uciekli tylnym wejściem, wsiedli do taksówek i pojechali najprawdopodobniej na lotnisko.

Hotel Sheraton

Poczekaliśmy więc jeszcze chwilkę, jednak stwierdziliśmy, że nie ma sensu stać, a była już dość późna godzina. Tak więc postanowiliśmy się rozstać po tych kilku razem spędzonych dniach i udać się do domów. Każdy rozszedł się w swoje strony: Gollaz, Rob, RC do hostelu, Mateqi i Gaucho na lotnisko, a Darek do swojego domu we Warszawie. Jak się później okazało większość piłkarzy pojechała na balety, a wraz ze sobą do hotelu przywieźli…dziwki, które zgarnęli z jakiegoś burdelu (jedynie Raul Meireles zdołał się opanować i przyjechał bez „towarzyszki”). Jednak zawsze mogło być gorzej! ;D

Zadowoleni i pełni wrażeń pojechaliśmy podzielić się wydarzeniami z Adrianem, który… już smacznie sobie spał. Podróż powrotna zapowiadała się dość wcześnie, gdyż już o 5.45 wyruszyłem pociągiem TLK „Ossolińskim” w stronę Wrocławia, wysiadając w Sieradzu tuż przed godziną 10.00.

Warto wspomnieć także o częstych odwiedzinach Złotych Tarasów, oraz o maszynie na dolewki z KFC, z której dość często korzystaliśmy również przy okazji zbierania Sportingu Lizbona.

Czas kończyć opowieść o Warszawie, po której pozostanie wiele wspomnień i kilka nieprzespanych nocy. Myślę, że tekst Was zaciekawi i cała moja praca nie pójdzie na marne. Jeśli coś przekręciłem, to przepraszam, ale mam słabą pamięć. Pozdrawiam wszystkich chłopaków. Oby do następnego!

I pomyśleć, że to wszystko dla kilku maźnięć markerem…

P.S.Wszystkie zdjęcia oraz skany autografów możecie znaleźć na mojej stronie internetowej: www.mateqi.cba.pl. Zapraszam. Przykłady:

- Kolekcjonerzy (Gollaz, Rodowity_Łomżanin, NBA, Pulpet, Lefty + Warszawa) i Nani na lotnisku
- BUTRAGUEÑO Emilio
- LATO Grzegorz
- MEIRELES Raul
- NANI (1), NANI (2)
- OLIVEIRA Nélson
- QUARESMA Ricardo (1), QUARESMA Ricardo (2)
- RUMMENIGGE Karl-Heinz
- SZCZĘSNY Wojciech
- VELOSO Miguel
- PINTO João
- COELHO Huberto
- VILFORT Kim
- Mateqi, Ljuboja, Gollaz

Autorem powyższego wpisu jest Mateqi

Sztadion

Sztadion

Co mogę dodać od siebie. Pewnie byłoby o czym pisać, ale czas średnio na to pozwala. W każdym razie Mateqi nalegał mocno, żebym swoimi paroma zdaniami nadał trochę sensu tej notce.

Po dłuższym czasie udało mi się znów zawitać do Warszawy na zbieranie, a także mecz. Wyjazd mogę uznać za udany, jak na ogólne warunki dużo udało się zebrać. Przez te kilka dni udało się również zjeść lepiej (Subway) lub gorzej (u chińczyka), wypić parę piw (pulpeta niestety nie udało się upić), zobaczyć całkiem niekiepski mecz. Stadion zrobił na mnie super wrażenie, Hostel Tamka, gdzie spaliśmy, również, mimo 99% negatywnych opinii w Internecie. Także polecamy. Kozakiem w ekipie Portugalii okazał się Pepe, widać, że prywatnie jest sympatycznym gościem. Ronaldo wydaje się zmęczony sławą, ale jeśli wszędzie na świecie ludzie reagują na niego, tak jak to widziałem w Warszawie, to nawet się nie dziwię.

Cristiano

Do minusów zaliczam, że nie udało się złapać kilku graczy, na których mi zależało oraz moment, kiedy Mateqi mnie podje^&*^*ał i musiałem wyjść z hotelu. Gdyby dzień po meczu nie trzeba było wracać z samego rana do domu, to pewnie jeszcze bylibyśmy pod hotelem świadkami ciekawych zajść, ale nie można mieć wszystkiego.

Ok maślaczki, to by było na tyle z mojej strony. Do zobaczenia gdzieś tam na Euro itd. Wesołego Zająca życzę przy okazji, pozdrawiam.

Miałem to rzucić…

2 kwietnia 2012, Autor: mani

Kiedy zacząłem interesować się pamiątkami piłkarskimi? Ciężko określić. Na pewno jednak zbiegło się to w czasie z rozpoczęciem fascynacji piłką nożną. Rok 1996? Być może 1997. Nie wiem, ilu polskich piłkarzy wtedy znałem, ale zbierałem naklejki do albumu z ligowcami. I chyba nawet udało się go w znacznym stopniu wypełnić. Przenieśmy się kilkanaście miesięcy do przodu: pierwsza poważna impreza – mundial we Francji, pierwsi idole – Carlos Valderrama, Alberto Garcia Aspe, Emmanuel Petit. Wtedy też dostałem pierwszy list związany z kolekcjonerstwem – zamówione naklejki z firmy Panini. Pamiętam, że mocno się rozczarowałem, bo zamiast podobizny dwóch Jamajczyków wysłali mi herb nigeryjskiej federacji i nie mogłem przez to skompletować całego albumu.

Nieco później przyszedł czas na bilety. To z kolei wiąże się z rozpoczęciem aktywnego kibicowania Widzewowi. Pierwszy mecz pamiętam jak dziś – 17 maja 2000, przeciwnikiem Wisła (wtedy Petro) Płock, wynik 4:3. Zwycięską bramkę strzelił w doliczonym czasie Litwin Artur Stesko. Bilet schowałem gdzieś do szuflady, później przyszły kolejne… i pomyślałem, że fajnie byłoby zacząć je zbierać. Odkryłem też sławną stronę 277 w telegazecie. Pierwsze wymiany i kolekcja zaczęła się rozrastać. Przy biletach trwałem dość długo – mniej więcej 4-5 lat, oczywiście z przeróżnymi przerwami. Czy udało się wtedy zebrać coś ciekawego? Nie pamiętam, ale z perspektywy czasu wątpię. Najcenniejszym okazem był chyba bilet z meczu reprezentacji olimpijskich Polska – ZSRR z 1957 (albo 1967) roku, który obecnie można dorwać za kilka złotych.

Kolejny ważny punkt – założenie Internetu, bodajże 2003 rok. Zarejestrowałem się na forum tygodnika „Piłka nożna” i od razu nawiązałem wiele kolekcjonerskich znajomości. Początkowo cały czas zbierałem tylko bilety, jednak możliwość wysyłania e-maili, znajdowania adresów sprawiły, że moją kolekcję zalała masa niepotrzebnych odznak, proporczyków, naklejek… Po pewnym czasie wszystko mi się znudziło i na dłuższą chwilę zniknąłem z pamiątkarskiej mapy Polski.

Wróciłem latem 2006, ukierunkowany już tylko na autografy. I wkręciłem się w to na dobre. Na szczęście nie poszedłem na łatwiznę i po kilku miesiącach mogłem się pochwalić tak unikatowymi podpisami jak Jose Francisco Porras, Gino Pariani albo Rale Rasic. Codziennie po powrocie ze szkoły z niecierpliwością sprawdzałem, czy czeka na mnie coś nowego, na poczcie gościłem kilka razy w tygodniu. Można powiedzieć, że zakochałem się w autografach. Początkowo zbierałem tylko podpisy graczy „z sukcesami”, jednak po pewnym czasie zaczęło być mi mało. Zdjęć było coraz więcej, piłkarze jednak coraz gorsi – do tego stopnia, że w kolekcji miałem nawet sygnatury murzynów ze Stali Głowno. Przez 4 lata uzbierałem około 3000 autografów, z czego wartościowych była może jedna trzecia. Być może również przez to fascynacja kolekcjonerstwem zaczęła się zmniejszać. Coraz rzadziej pojawiałem się na poczcie, coraz rzadziej cokolwiek dostawałem. Aż w końcu pewnego dnia postanowiłem: koniec. I sukcesywnie zacząłem wyprzedawać kolekcję.

Przez cały ten czas byłem pewny, że to definitywny koniec ze zbieraniem. Ale niedawno coś mnie tknęło, zacząłem przeglądać to, co jeszcze pozostało z dawnej kolekcji, znalazłem trochę adresów. I stało się – dzisiaj wysłałem pierwszy list od dwóch lat. Czy żałuję sprzedanych podpisów? Zdecydowanie nie, bo zarobiłem na nich bardzo dużo pieniędzy. Czy wrócę do czynnego kolekcjonerstwa? Nie wiem. Możecie trzymać kciuki…

WPIS AUTORSTWA UŻYTKOWNIKA H7

Portugalski luty, część I, czyli Sporting w Warszawie …

29 marca 2012, Autor: Rob

Pulpet i Schaars

Za oknem ładna pogoda, ale napiszę o wydarzeniu, któremu towarzyszył śnieg i wielogodzinne marznięcie. Na blogu w sumie niewiele się dzieje, postanowiłem więc napisać trochę dłuższą notkę.
Po dwumiesięcznym oczekiwaniu nadszedł dzień 14 lutego-czyli walentynki, ale zapewne większość kolekcjonerów wybierających się tego dnia do Warszawy słysząc tą datę nie miała na myśli Dnia Świętego Walentego, ale klub z miasta położonego u wybrzeży Atlantyku- Sporting Lizbona ! Rywal Warszawskiej Legii miał przylecieć tego dnia o 20:30.

Nie będę pisał o której wstałem, kiedy otworzyłem lodówkę, spakowałem plecak czy byłem w kiblu, załóżmy, że już powiedziałem to wszystko, niczym Russell Crowe grający Johna Nasha w filmie ,,Piękny Umysł”, w scenie z blondynką siedzącą przy barze. Pewnie kojarzycie.

Do Warszawy na poprzednie zbiory Hapoelu, Rapidu czy PSV wybierałem się autostopem, nie inaczej tyło tym razem. Nie dość że szybko, za darmo, to jeszcze można porozmawiać z ciekawymi ludźmi a przy okazji nabrać małego doświadczenia, bowiem w wakacje zamierzam wybrać się w zagraniczną trasę.
Szybko dotarłem na wylotówkę do stolicy, na moją stałą ,,miejscówkę”, wyciągnąłem kciuk, kartkę z napisem ,,Warszawa” i trzeci samochód który mnie mijał zatrzymał się. Na tej trasie to standard, łatwo się łapie, gorzej z drogą powrotną.

Kierowca który w nim jechał był absolwentem robotyki, więc ciekawie opowiadał o tejże dziedzinie, widać było, że znał się na tym fachu. I ogólnie poruszaliśmy różne kwestie, czas szybko nam zleciał, on jechał do jakiegoś innego miasta, więc wysiadłem a on życzył mi powodzenia w zbieraniu autografów. Miałem wtedy około 80 kilometrów do celu, powtórnie wyciągnąłem kartkę i po minucie zatrzymuje się auto. W środku młody koleś w okularach, który, jak się potem okazuje, jest maniakiem motoryzacji, w szczególności motorów, o których opowiada mi w najmniejszych detalach- zaczynając od tych powszechnie wiadomych, poprzez specjalny ubiór, a na drobniutkich częściach kończąc. Ja również dzielę się wiedzą na temat autografów. Podwiózł mnie do samej Warszawy.

Było jeszcze dużo czasu do przylotu zielono-białych, połaziłem więc trochę po mieście, nagle na przystanku naprzeciw hotelu Marriott zaobserwowałem znane mi sylwetki Grześka, Mateusza i Pulpeta, czyli forumowego diablika_19, mata92 i, wiadomo, pulpeta. Czekali na autobus jadący na lotnisko, więc również dołączyłem. Dotarliśmy na miejsce, gdzie był już Krystian, który ma taki sam nick również na forumku. Było jeszcze sporo czasu do przyjazdu drużyny z Lizbony, ale lepiej wcześniej przybyć niż na ostatnią chwilę. Wraz z upływem czasu pojawiają się kolejni kolekcjonerzy, zarówno starsi jak i nieco młodsi, w momencie kulminacyjnym na lotnisku było bodajże czternastu adeptów zbierania podpisów. Pojawia się informacja- przylecą godzinę później, można się było tego spodziewać.

Około 20 minut przed przylotem większość łowców podpisów czeka już przed wyjściem z terminalu, przy okazji media z Portugalii jak i również te lokalne robią zdjęcia i nagrywają filmy z udziałem niektórych kolekcjonerów. Jeden z nich nawet daje maila portugalskiemu dziennikarzowi, żeby wysłał zdjęcia, ale na dzień dzisiejszy z tego co wiem Grzesiek ich nie dostał.
Wylądowali. Wszyscy czekają na pojawienie się piłkarzy, niecierpliwie spoglądając na wyjście, w międzyczasie doszła grupka kibiców Sportingu. Robi się trochę tłoczno- kolekcjonerzy, media, kibice …
Wreszcie są ! Pierwszy zauważony to Anderson Polga- Mistrz Świata 2002, u którego boku momentalnie pojawia się grupa kolekcjonerów, co można zauważyć na tym filmie : http://www.orange.pl/kid,…awie,video.html
Ja jednak odpuszczam Brazylijczyka, wyłapując wzrokiem jakiegoś innego ciekawego grajka. Jest Fernandez ! Był on moim głównym celem – w końcu uczestnik ostatnich MŚ, dodatkowo ma sporo meczów w kadrze. Momentalnie do niego podbiegam a on podpisuje mi pięć zdjęć. Szukam kolejnych, ale większość już przeszła do autokaru bądź zaraz do niego wejdzie. O, Sa Pinto ! Podchodzę do niego, lecz słyszę informację zwrotną w postaci ,,in hotel”. Dobra, co się odwlecze, to nie uciecze. Z perspektywy czasu wyszło jednak to drugie.
Inni kolekcjonerzy również nie próżnowali- wpadały podpisy Schaarsa, Polgi, Carrillo, Rinaudo, Pereiry, Ribasa, niektórzy mieli również Sa Pinto. Na lotnisku bezwzględnym królem polowania okazał się, jak na zawodowego kolekcjonera przystało, Pulpet, który zdobył autografy bodaj od pięciu piłkarzy. Większość zdobyła podpisy w przedziale 1-2, ja zadowoliłem się zaledwie Fernandezem, którego wyłapało także kilka innych osób.
Sporting pojechał do hotelu, niektórzy kolekcjonerzy uznali że na dziś już dość, inni mieli jeszcze nadzieję na złapanie czegoś w ,,Sheratonie”.Pojechaliśmy więc, wespół z Mateqim, do owego hotelu, na miejscu było już kilku innych kolekcjonerów, min. Pulpet. Siedzieliśmy w ciszy z nadzieją, że wkrótce pojawi się jakiś kopacz ,,Lwów”.
Piłkarzy co prawda nie ujrzelismy, był za to Sa Pinto wespół ze swoim towarzyszem, który, jak się wkróce okaże, nie odstępował go na krok. ,,Tommorow”- pada odpowiedź. Cóż, to w sumie nie ma co już tu siedzieć, zwijamy się.
Nagle pojawia się Pulpet, który na chwilę zniknął, z informacją, że niedaleko nas siedzi Stanisław Tym wraz z Markiem Kondratem. Nie kolekcjonuję podpisów aktorów, ale w sumie można wziąć, podchodzimy więc wraz z Mateqim do ich stolika i grzecznie prosimy o podpisy. Pan Stanisław, bardzo sympatyczny, daje autograf wraz z dedykacją oraz dopisuje walentynkową datę, Pan Marek z kolei też spełnia prośbę- podpis z dedykacją, lecz bez takiego entuzjazmu jak jego kolega z branży. Chcieliśmy również zdjęcia, jednak, czego można się było spodziewać, odmówili agumentując, iż jest zbyt późno (było bodajże ok. 23). Ponadto było widać, że przy herbatce i ciastkach to oni nie siedzieli. Aktorom życzymy miłego wieczoru, chwilę jeszce stoimy w hotelu, w międzyczasie oni wychodzą, po czym rozjeżdżamy się w swoje strony- kolekcjonerzy z Warszawy i okolic do domów, Pulpet do kolegi, ja z Mateqim na … lotnisko, gdzie od biedy udaje nam się tam zaspokoić potrzeby snu. Przedtem jednak, będąc już w centrum, spóźniamy się na autobus. Kolejny, tym razem już nocny, był dopiero za 40 minut, więc postanowiliśmy w międzyczasie trochę pochodzić, by nie stać na mrozie. Idziemy przez jedno z podziemnych przejść, naprzeciw nas idzie … Tracz w Plebanii wespół z jakimś kolegą. Minęliśmy go, odwracam się i mówię do Mateqiego : ,,O ku..a, poszedł ten aktor co grał Tracza w Plabanii!”. Ten za nim pobiegł i wziął autograf. A, to też sobie wezmę. Pan Dariusz Kowalski, bo tak się nazywa ten aktor, nachylił się nad blatem od kiosku i złożył podpis z dedykacją. Odmówił zdjęcia, przedstawiając podobny argument co panowie Tym i Kondrat- zbyt późno (a było już chyba przed 1:00), więc podziękowaliśmy i udaliśmy się na autobus na lotnisko tym razem zdążając. Pierwszy dzień zbierania autografów dla Nas już się skończył.

Pulpet, Mateqi, prezydent Łotwy

Nazajutrz, lekko po siódmej jesteśmy już w ,,Sheratonie”. Siadamy w fotelach i czekamy, w międzyczasie poczytując jakieś gazety. Za jakiś czas w hotelu zjawiają się Smuda wraz z Tomaszem Rząsą. W ogóle się ich nie spodziewaliśmy, kartkuję więc szybko ,,Piłkę Nożną” z nadzieją, że może jest w niej jakieś zdjęcie selekcjonera. Mam ! Czekamy aż panowie załatwią sprawy przy recepcji a następnie prosimy o autografy oraz o zrobienie zdjęć. Reakcja trenera : ,,Wy to chłopaki chyba w ogóle nie śpicie!”. Mateqi zbiera zarówno Smudę jak i byłego gracza min. Feyenoordu, ja biorę tylko tego pierwszego, bowiem podpis Pana Tomka miałem już z wymiany. To właśnie wtedy selekcjoner złożył mi sygnaturkę z dedykacją ,,Dla Adryjana” i dodatkowo zasnął na zdjęciu. Oni wsiedli do windy, my wracamy na miejsce i czekamy na dalszy rozwój sytuacji. Chwilę potem dołącza do nas Pulpet. Następnie widzimy, jak po hotelu przechadza się 2-3 ludzi ze sztabu Sportingu, w tym koleś ,,od Sa Pinto”, który zaczepia na nas swój wzrok a nastepnie idzie w kierunku pracownika hotelu. To oznaczać mogło tylko jedno : długo tyłka w fotelach już nie pogrzejemy. Tak też się dzieje, chwilę potem jesteśmy już na zawnątrz pięciogwiazdkowca. Byśmy nie czuli się samotni, to towarzyszy nam chłód i śnieg.
Po jakimś czasie Pulpet rzuca, iż można się przejść pod ,,Dzień Dobry TVN” bo tutaj i tak nic nie będzie. Udajemy się tam, na miejscu spotykamy min. Annę Marię Wesołowską, Iwonę Guzowską, Dorotę Wellmann oraz Muńka Staszczyka, którego ja akurat nie spotkałem, bowiem udałem się wtedy pod hotel Sportingu, aby zobaczyć czy coś się dzieje. Wewnątrz budynku TVN-u był także Jacyków, Mateqi chciał nawet zrobić sobie z nim zdjęcie, ale wybiłem mu to z głowy i poszliśmy we dwóch na pocztę. Wracając znów postanowiliśmy zahaczyć o TVN, chwilę postaliśmy i ruszyliśmy znów pod hotel lizbończyków. Nieopodal niego spotkaliśmy kolekcjonera, którego nie znałem, znał go za to Mateqi przy okazji zbierania Włochów we Wrocławiu. Był to forumowy Gaucho, zwany dalej Bartkiem. Trochę postaliśmy przed hotelem, pogoda nie uległa poprawie, postanowiliśmy więc znów wejść do środka, tym razem bocznymi drzwiami. Usiedliśmy przy nierzucającym się w oczy stoliku i czekaliśmy, bo tylko to nam pozostało w tej sytuacji. Za jakiś czas obok nas przeszedł Sa Pinto wraz z, a jakże, swoim ochroniarzem. Poszli na zewnątrz zapalić papierosa, na dodatek wyszli bocznymi drzwiami, więc jest szansa na zdobycie autografu nie rzucając się w oczy. Poszedłem na razie sam, wyszedłem na zewnątrz i zapytałem się o podpis, ale usłyszałem chóralne ,,After, after dinner”.
Kur.., to tylko kilka sekund, ja miałbym autograf a on pieprzony spokój z mojej strony. Jednak nie podpisał, więc pozostaje mi nic innego jak truć mu dupę o autograf przy następnej okazji. Wracam więc do stolika i relacjonuję kolegom co i jak. Sa Pinto wraz z tym fagasem wracają tam skąd przyszli, w międzyczasie przez chwilę widzimy z daleka trzech piłkarzy, który odmówili podpisów jednemu z kolekcjonerów (nie wiedzieliśmy kto to, widać było tylko jego ręce) i szybko wbiegli na górę. Jednym z nich był Oguchi Onyewu. Po jakimś czasie jakiś koleś pod krawatem podchodzi do nas i nawiązujemy następujący dialog : (K)- krawat, (3)- my
K: Panowie, czy jesteście goścmi hotelu bądź korzystacie z jego usług ?
3: Nie, czekamy na jednego z piłkarzy, który wczoraj wziął nasze zdjęcia i prosił, abyśmy dziś tutaj przyszli po ich odebranie. (jakaś tam bajka na szybko)
K: W takim razie proszę o natychmiastowe opuszczenie hotelu (ledwo zdążyliśmy podnieść dupska a on dodał), WZYWAM OCHRONĘ !
Wyciągnął któtkofalówkę, walkietalkie czy inne cholerstwo i zawiadomił ochroniarza. W międzyczasie my udaliśmy się do wyjścia, jednak nie przekraczaliśmy go, staliśmy w przedsionku, bo po co wychodzić skoro zimno , jeszcze się zdążymy namarznąć. Pojawia się pewien ochroniarz i prosi, abyśmy opuścili budynek. Rad, nierad, musieliśmy przyjąc niesympatyczną sentencję z aprobatą. Owy ochroniarz, przy okazji zbierania Sportingu miał jedynie epizodzik, za to odegra jedną z głównych ról drugoplanowych, gdy Portugalia będzie gościć w tym hotelu, a on sam będzie największym oponentem kolekcjonerów.
Stoimy więc na zewnątrz aż do momentu, gdy piłkarze Sportingu pojadą na trening. W międzyczasie zdążyło się oczywiście ściemnić, a my stojąc na tym zimnie mogliśmy się poczuć jak mrożone truskawki, pierogi czy inne zapiekanki.
Pojawia się Grzesiek, Pulpet i jeden z kolekcjonerów ze stolicy trzymając w rękach torby z logiem NIVEA i mówiąc, że w Warszawie jest Ronald de Boer, który przyjechał promować jakąś inicjatywę dla dzieci. Pokazują autografy i zdjęcia zrobione z długoletnim piłkarzem min. Ajaxu. Wszystko dzięki Grześkowi, czyli forumowemu Diablikowi, który miał akredytację dziennikarską.
Im bliżej do treningu Portugalczyków, tym pojawia się coraz więcej zbieraczy. W końcu liczba staje na piętnastu głowach. Pośród zebranych rozchodzi się informacja, że w sztabie ,,Lwów” znajduje się były piłkarz Beto, uczestnik MŚ 2002 oraz EURO 2000 i 2004. Niedługo potem pojawia się on przed hotelem i bez problemu rozdaje autografy i pozuje do zdjęć. Kurde, żeby zawsze było tak lajtowo !
Do wyjazdu zielono-białych już minuty, więc coraz częściej patrzymy przez szybę i obcinamy co się dzieje wewnątrz hotelu. W międzyczasie przychodzi do kolekcjonerów jeden koleś ze sztabu i mówi, aby dać swobodnie przejść piłkarzom gdy będą wychodzić. Widać było, że autografy nie są mu w smak. Wrocił do środka, gdzie już się zbierali przyszli pogromcy Manchesteru City. W szeregach łówców autografów mobilizacja, ja nastawiałem się na zdobycie kogoś z kwartetu Onyewu-Schaars-Polga-Izmailov. Wychodzą szybkim tempem, udaje mi się wypałać tego ostatniego i Rosjanin sprawnym ruchem podpisuje zdjęcia. Zaraz po mnie autograf od Marata zgarnia jeszcze Pulpet i Rosjanin wchodzi do autokaru. Po wzięciu od niego podpisów gorączkowo rozglądam się za kolejnymi, ale jednym z nielicznych, który jeszcze nie siedział w autokarze był Stijn Schaars, który dał mi naprędce swój podpis jako ostatniemu i wszedł do środka.

Rodowity_Łomżanin i Rząsa

Każdy oznajmia kogo udało się złapać. Sporo osób ma Schaarsa, ja z Pulpetem Izmailova, któś tam złapał Pereirinhę a jeszcze innej osobie Oguchi Onyewu podpisał trzy zdjęcia, wszystkie z … dedykacjami. Pojechali na trening i wraz z ich powrotem oczekiwaliśmy na kolejne autografy, bo ich ilość była nieznaczna.
Przyjechali, ale wszystko spaliło na panewce po tym jak ten fagas ,,od Sa Pinto” zaczął ,,torować” drogę piłkarzom tak, aby oni jak najszybciej przeszli do hotelu a kolekcjonerzy mieli do nich jak najmniejszy dostęp. Nie wyglądało to ciekawie, niektórzy byli przez niego nawet odpychani. Udało się złapłać Joao Pereirę, którego podpis załatwił mi kiedyś Paweł Kieszek. Reprezentant Portugalii był bardzo w porządku, większości podpisał chociaż po jednej focie. Prawie udało się złapać Onyewu, ale gdy już odwrócił się aby podpisać zdjęcie podszedł feralny ochroniarz i wskazał jemu kierunek na wejście do hotelu. Amerykanin odrzekł ,,sorry” i wszedł do środka. Pulpet i Herki robili zdjęcia z piłkarzami, reszta usiłowała łapać autografy. Na koniec jeszcze Sa Pinto odmówił autografu po raz czwarty i było po zabawie. Wspomniany ochroniarz, który wszedł jako jeden z ostatnich, usłyszał jeszcze tekst od jednego ze starszych kolekcjonerów ,,Porto and Benfica ok, Sporting no”, odpowiedział w sposób adekwatny do swojego zachowania ,,Hate Benfica” i wszedł do środka.
Środa prawie za nami, każdy przemarźnięty, autografów mało, wtedy większości przychodziły na myśl jedynie słowa ,,Co ja pier….ny skur..el!” na myśli o sportingowym ochroniarzyku. Gdyby nie on, byłoby o niebo lepiej.
Tego wieczoru spotkaliśmy jeszcze kilka znanych osób- Bartosza Karwana, Tomasza Frankowskiego, Geslerową oraz nawet prezydenta Łotwy Andrisa Bērziņša, do który był bardziej przystępny niż Sa Pinto.
Akurat w 3-4 ogrzewaliśmy się w hotelu, gdy w strefie Lobby udało się zauważyć Cezarego Kosińskiego i Roberta Więckiewicza. Poszliśmy po autografy, obaj się podpisali z dedykacjami, Więckiewicz trochę widać że niechętnie, możwliwe, że nie podobało mu się że tam byliśmy. Podobno to on ,,doniósł” na nas ochronie, która przyszła po kilku minutach i wyprosiła nas z hotelu. Eh, ten Cuma. Po godzinie wychodzi wspomniany Więckiewicz a wraz z nim Agnieszka Holland i Juliusz Machulski. Kilka osób bierze autografy i robi zdjęcia. Szczególnie Pulpet był uradowany, że udało mu się zebrać podpis od polskiej reżyser. Mateqi nie odpuścił nawet wtedy, gdy Machulski siedział już w aucie na tylnim siedzeniu. Opłaciło się, bo autografy otrzymał.
Po czasie, nie mając już na co czekać, udałem się na lotnisko. Mateqi tym razem załatwił sobie nocleg u jakiś znajomych swoich rodziców. Zamiast niego na lotniskową nockę zdecydował się Bartek.

Dzień trzeci.
Budzę się rano i jadę pod hotel. Spotykam przed nim cały sztab Sportingu, w tym ochroniarza ,,od Sa Pinto”. A co tam, spytam się czemu robi takich niedostępnych z piłkarzy Sportingu, a zwłaszcza z Sa Pinto. Z jego strony lanie wody- a to trener jest zajęty, a to piłkarze muszą być skoncentrowani itd. Mówię mu więc, że inne drużyny, które tu przyjeżdżają to jakoś bez problemu podpisują, tylko teraz jest problem. Więc on odpowiedział mi, że o 17 będą wyjeżdżać na mecz i piłkarze będą tutaj. Odparłem, że mam nadzieję, iż mówi prawdę na co on zareagował pokazaniem kciuka i wszedł do hotelu.

Czekanie przed hotelem

Za jakiś czas pojawiają się dwaj kolekcjonerzy, ale za nic nie mogę sobie przypomnieć kto, pewnie ktoś z trójki Pulpet-Gaucho-Mateqi. Stoimy chwilę, nic się nie dzieje, co można było przewidzieć, więc idziemy gdzieś połazić. Po drodze spotykamy Grześka, który mówi, że lepiej się zawrócić, bo dziś rano Emiliano Insua stał chwilę przed hotelem i w efekcie podpisał mu osiem zdjęć. Dobra, to zawracamy. Stoimy znów przed hotelem, nawet nie rozkminiamy, aby wejść do środka, wiadomo, jesteśmy persona non grata. Okazuje się, że rano mieli spacer dookoła hotelu, było tylko dwóch kolekcjonerów, którzy zebrali prawie wszystkich a ochroniarz tym razem nie robił kłopotu. No, pojawiła się nutka optymizmu.
Stoimy jakoś do do południa, po czym Mateqi z Gaucho udają się do jakiegoś sklepu, aby wywołać zdjęcia Beto, ja postanowiłem pojechać z Pulpetem na Chełmską.
Na miejscu, czekając ponad 20 minut, udaje się Łukaszowi zebrać podpis Jerzego Gudejko.
Wracamy pod hotel, okazało się, że Sa Pinto był na zewnątrz i podpisał jednej osobie sześć czy siedem zdjęć oraz dał się sfotografować. Kurde, to naprawdę był on ? Żeby dla wszystkich był taki miły.

Coraz bliżej meczu, na miejscu ta sama kolekcjonerska ekipa co zwykle. Stoimy na mrozie co jakiś czas chodząc do hotelowego kibla aby się ogrzać.
Jest już po siedemnastej, zaraz powinni wyjść, każdy niecierpliwy.
Nagle wychodzi na zewnątrz jakiś koleś, gość hotelu, możliwe że był Portugalczykiem. Macha pokazując gdzieś na bok. O co mu biega ?
Kur.. wychodzą bocznym wyjściem ! Każdy pokonuje 30 metrowy dystans, ale już musztarda po obiedzie, bo są w autokarze. Jednak nie wszyscy, bo wychodzi jeszcze Andre Santos, który mimo to daje szybko kilka autografów. Wcześniej był jeszcze Sa Pinto, ale odmawia po raz piąty, więc można wysunąć wniosek, że poprzednia akcja była tylko jednorazowym wyskokiem. Po całym dniu czekania wpadł tylko podpis Santosa, pięknie. Dobrze, że były to złe miłego początki, a właściwie to końce.
Pojechali na stadion, wiadomo już, iż po rozegraniu meczu nie będą wracać do hotelu, tylko od razu udadzą się na lotnisko. Kolekcjonerzy się rozchodzą, ja wraz z Mateqim i Bartkiem postanawiamy pójść do pubu Legii.
Uff, dobrze że już nie będzie trzeba wracać do tego pieprzonego hotelu, patrzeć na niego nie mogę ! Wychodzę z założenia, że nie tylko ja.
Czas pokazał, że było Nam dane stawić się przed nim raz jeszcze, przy okazji przyjazdu Portugalii, ale to już w II części napisze Wam Mateusz z Sieradza.

W pubie jestem sam, ponieważ moi towarzysze po kilku minutach opuścili go, czując się jakoś nieswojo. Jestem tam do 75 minuty, po czym wychodzę, aby zdążyć na ich odlot z lotniska. Stojąc na przystanku usłyszałem ryk radości- tak jest, pewnie Legia strzeliła bramkę na 2-1.
Na miejscu znów się skumaliśmy, pojawia się jeszcze kilka osób, razem jest Nas ośmiu. Przeważa głównie dyskusja o meczu, który ostatecznie zakończył się remisem 2-2.
Na hali odlotów pojawiają się kibice portugalskiej drużyny, ich sponsorzy, teraz niech przyjadą jeszcze piłkarze. Za jakiś czas pojawiają się i oni. Ale zaraz, ochroniarz znów robi jakieś chore jazdy ! Konsternacja- wszyscy piłkarze stoją trzy metry przed nami, my patrzymy się na nich, oni na nas, ale nie możemy brać podpisów bo jest ten zaborczy typek w dresie Sportingu. Pulpet próbuje coś wskórać, wołając dyskretnie ,,Marat, Marat” i pokazując na zdjęcia. Izmailov nie reaguje, jest jak robot, jakiś otępiały, albo jakby dostał obuchem po głowie. To samo Daniel Carrico, którego też staram się wołać, ale bezskutecznie. Oni naprawdę muszą respektować tego ochroniarza !
Dobra, coś się dzieję, bo ruszają w stronę odpraw. O, i nawet wreszcie można brać autografy ! Od razu dopadam oczywiście Onyewu, który podpisuje tylko jedno zdjęcie, ale i tak jestem zadowolony, wreszcie tyle czasu nie poszło na marne, może coś z tego będzie. Dalej łapię Pereirinhę, który podpisuje dwa zdjęcia. Potem to już każdy zbierał lajtowo, bo wszyscy piłkarze stali w kolejce, wszyscy podpisują wszystko, jedynie Polga podpisał tylko jedną fotografię. Van Wolfswinkel komentuje moją czapkę, mówiąc że była ,,very funny”, grupa z Ameryki Południowej- Insua, Rinaudo, Rubio- bardzo pozytywni kolesie. Krążyło się od jednego do drugiego z myślą, WRESZCIE KUR.. !
Mam już prawie wszystkich, może bym tak porobił zdjęcia ?! Wyjmuję telefon …
No pięknie, rozładowany ! Dobrze że znalazło się kilku miłosiernych i zrobiło mi zdjęcia z Fernandezem, Rui Patricio, Joao Pererią i Andre Santosem (chociaż dwóch ostatnich zdjęć jeszcze nawet nie widziałem). Oguchi Onyewu podpisuje mi jeszcze jedno zdjęcie, tym razem z dedykacją. Brakuje mi tylko Ribasa, Marcelo Boecka oraz oczywiście Sa Pinto.
Patrzę- trener stoi przez nikogo niepokojony, oczywiście z ochroniarzem. Może tym razem podpisze … Sa Pinto nie odezwał się ani słowem, jedynie ochroniarz powtarzał jak z automatu ,, no,no,no”, potem jeszcze próbował mi zamknąć album, więc postanowiłem dać sobie spokój, chrzanić go! Od tego pory nie darzę trenera Sportingu sympatią. Nie dlatego, że w ogóle nie podpisał, ale dlatego że w kółko zwodził, mówiąc „in hotel”, ” after dinner”, „after training”. Szkoda, że nie powiedział „in Lisbon” .Mógł od razu wypalić, że nie podpisze w ogóle, przyjęłoby się to z aprobatą a jemu nikt nie zawracałby czterech liter.
Do zebrania został jeszcze wspomniani Ribas, Boeck a także Schaars, którego miałem jeszcze dwa zdjęcia. Jednak okazało się, że szybko znikł z pola widzenia, podobnie jak i Urugwajczyk oraz Brazylijczyk. Zresztą, Boecka chyba nikt nie miał. Za to Ribasa udało mi się załatwić od Matequi’ego, w zamian dostał Ricky’ego.
No, to chyba tyle. Koniec wieńczy dzieło- mamy autografy. Na koniec jeszcze daliśmy brawa stojącym w kolejce piłkarzom i poszliśmy. Pożegnaliśmy się z resztą kolekcjonerów i we trzech (wraz z Gaucho i Mateqi’m) usiedliśmy w jakimś spokojnym miejscu z przeświadczeniem i satysfakcją, że się opłacało tyle czekać. Długo rozmawialiśmy, potem każdy zasnął z myślą, że jutro nie będzie trzeba już oglądać drzwi hotelu na S.
Chłopaki bardzo wcześnie mieli pociągi, więc gdy obudziłem się rano o szóstej, byłem sam.
Pojechałem na wylotówkę i niedługo potem złapałem stopa od razu do Łomży.

Po kolejne autografy pojechałem gdy Portugalia przyjechała do stolicy. To również były ciężkie dni, ale pisanie tego to już nie moja brożka.

Wpis nie był górnych lotów, ale mam nadzieję, że nie był nudny oraz iż nie zapomniałem żadnej anegdotki.

Autorem wpisu jest Rodowity_Łomżanin

Kolekcjonersko umarłem?

2 marca 2012, Autor: Agres0r

Drastyczny tytuł, prawda?

Dzisiaj, po jakimś miesięcznym pobycie w Opolu wróciłem do Lublińca. Wiadomo, człowiek się ustawił, żyje z kobietą, pracuje w weekendy, sesja poprawkowa, to miasta rodzinnego nie odwiedza zbyt często. Aczkolwiek przy wchodzeniu do klatki schodowej, mam wciąż ten sam nawyk – patrzę, czy jest jakaś przesyłka do mnie.
Pusto.
Wchodzę do mieszkania rodziców, pytam mamy:
- Przyszło coś do mnie?
- Tak, PIT.

Dialog co najmniej bezsensowny, zważając na fakt, że listów w ciągu ostatnich dwóch lat wysłałem może z 5. Ale jeśli ktoś, do kogo wysłałem prośbę o autograf z kopertą zwrotną i zdjęciem dajmy na to, w roku 2008, przypomniał sobie o mnie? Nic z tego. Żeby coś wyjąć, najpierw trzeba coś włożyć, wiadomo. Co do skrzynki pocztowej, kiedyś, jeszcze za czasów liceum, kiedy istniało dla mnie coś takiego jak ferie, czatowałem w oknie jak ostatni debil wyglądając listonosza – o jest! Szybki bieg z drugiego piętra na dół … Ha, są listy! Przeglądam … Do mamy z banku i życzenia urodzinowe dla ojca od wujka Andrzeja z Warszawy. Cholera! Ale nazajutrz było coś do mnie. I tak dzień w dzień. Były jakieś pieniążki? Przeglądałem allegro, wysyłałem listy, przygotowywałem zdjęcia, pozyskiwałem adresy. Miałem świadomość, że bawię się w najfajniejszy z możliwych profili kolekcjonerskich – przez kilkadziesiąt prostych słów, miałem kontakt z piłkarzem, często ze swoim idolem. Przez moment byłem jedyną osobą w Polsce, która na fotopicu miała wrzucony autograf Egisto Pandolfiniego (więc może byłem jednym z nielicznych, który sygnaturkę tego pana posiadał?). To było dla mnie coś. I w pewnym momencie to, co dla mnie kiedyś było wszystkim, ulotniło się. Być może po tym, jak pierdyknął fotopic, a ja nie miałem na dysku zapisanych skanów? Tak to zrobiłbym sobię nową galerię i szalał dalej. Obecnie sądzę, że mimo iż studiuje, finansowo bym sobie poradził. Wiadomo, że kopertą zwrotną się nie najem, ale za paczkę LM’ów niebieskich, miałbym już możliwość wysłania trzech listów. Nałogi się jednak zmieniają.

W pewnym sensie, moja, nazywana dość górnolotnie kolekcjonerska śmierć jest poniekąd spowodowana też lenistwem. Nie dalej jak we wtorek oglądam z dziewczyną polsatowskie Wydarzenia, jest coś o Portugalczykach, a tu nagle moim oczom ukazuję się Mateusz z Sieradza, prezentujący zdjęcia z podpisami Ronaldo i reszty. Ania zadaje mi pytanie:
- O, a czemu Ty nie pojechałeś po autograf Cristiano?
Jak to czemu? Nie chciało mi się. Chociaż miałem jakieś plany z tym związane, poprosiłem nawet na K24 o zdjęcia podopiecznych Bento. Na spełnieniu mojej prośby się skończyło.

Chociaż nie, kolekcjonersko  jeszcze żyję. Dzięki allegro i kolekcjonerom, którzy wyprzedają swoje zbiory. Frode Grodas, Youri Mulder i np. Frode Johnsen kupieni łącznie za 5zł. Plus parę innych. Takie ostatnie zdobycze.  Ostatnio, tj. w październiku robiłem spis swojej kolekcji.
Stan na 17 października 2011: 827 autografów.
Znalazłem na forum. Spoko, może dobiję do 1000 do końca licencjatu, bowiem na obronę w czerwcu się nie zanosi. ;-) Co do kolekcjonerów wyprzedających – ani nie popieram, ani nie neguję, w końcu są ostatnio sporą pożywką dla mojej kolekcji. Spoglądam w lewo. Na półce leżą albumy z autografami. Powyprzedawałem i powymieniałem podwójne, każdy ma własny przydział. Niech te autografy są. Niech leżą w albumach, nie mam określonego profilu jak Karol, żeby zostawić tylko piłkarzy Borussi Mönchengladbach (czy też dowolnego, innego klubu) i rozdać resztę, nie znudziło mi się to hobby, jednak, jak opisałem, ze względu na lenistwo i dziwną niechęć do wysyłania listów, rzadko znajduję czas, żeby do albumów, w puste miejsca, umieścić nowe zdobycze.
I patrząc na siebie, tym bardziej podziwiam np. Grzegorza, który jest ode mnie starszy, mógłby już tym rzucić w cholerę, ale dalej go to kręci, dalej dziennie dostaje przesyłki a jego kolekcja wygląda z dnia na dzień coraz bardziej okazale. Moja też wygląda coraz bardziej okazale, z miesiąca na miesiąc, ma się rozumieć.

Kończąc, bo już jest trzecia, a wpadłem tu na kwadrans żeby napisać od siebie 3,4 zdania i po raz trzeci z rzędu zostać Redaktorem Roku, przedstawię swój największy szczyt lenistwa.
W Lublińcu, na ulicy nieważne jakiej, pod nieważne jakim numerem, mieszka pewien złoty medalista Olimpijski z 1972 roku. Wywołałem jego zdjęcia … w 2007 roku? Żeby wpaść do jego domu i zebrać podpis osobiście. Mamy rok 2012. Zdjęcia, nie wiadomo po jaką cholerę trzymam w Opolu.

Dobrej nocy i nie rzucajcie tego jak Małpa.

Pozdrawiam,
Agres0r

Wrocław 2011 – czyli byli Mistrzowie Świata w Polsce

18 stycznia 2012, Autor: mani
Stadion Miejski we Wrocławiu

Stadion Miejski we Wrocławiu

Od dawna kusi mnie napisanie dla was dłuższej notki na temat zbiorów we Wrocławiu, jednak brak chęci, tudzież brak czasu i nic z tego nie wychodziło. W ostatnim czasie nawet kilka zdań o Italii napisał Grzegorz. Postanowiłem napisać coś od siebie. Znalazłem troszeczkę czasu by opisać to co działo się w stolicy Dolnego Śląska.

Wszystko zaczęło się kilka miesięcy wcześniej. Mecz Polski z Włochami ma się odbyć w listopadzie. Pierwotnie planowano by był rozegrany we Warszawie lub w Poznaniu – jednak wypadło na Wrocław do którego mam ~140km. Postanowiłem więc udać się tam na 3 dniowe zbieranie.  Zabrałem ze sobą nie tylko zdjęcia Włoskich piłkarzy, które wywołałem tuż przed meczem, lecz także Polaków przygotowanych znacznie wcześniej…ale nie o tym czas pisać. Mamy czwartek! – krzyknąłem rano wstając z łóżka. Początek podróży, która w pamięci pozostanie bardzo długo. Sprawne pakowanie, poranna wizyta w toalecie, minutka na poczcie po odbiór zdjęć, centrum, PKP, … – mamy już gruuboo po 8, a ja już siedzę w pociągu gdzie sortowałem zdjęcia. Mija pierwsza godzina….Kalisz, mija druga godzina…Oleśnica, mija trzecia godzina…WROCŁAW!.  Pierwsze co ujrzałem to strasznie rozkopany dworzec oraz wielu zabieganych ludzi, teraz tylko pomyśleć co może dziać się na EURO!?. Ogarnięcie mojej mini mapki, którą trzymałem w kieszeni, obejście dookoła dworca, zakup biletów MPK – mamy południe. Jedzie tramwaj w stronę dzielnicy „Krzyki” do którego wsiadam i udaję się prosto (no może prawie) pod hotel Biało-Czerwonych „Platinium Palace”. Na pierwszym planie czerwony autokar naszej kadry – o dziwo mający jeszcze Orła, którym w ostatnim czasie żyła cała Polska. Kilka zdań do lokalnej telewizji. Idzie Franciszek Smuda:

- „Można prosić o autograf?”
- „Ależ śmiało!”

Robert Lewandowski i Mateqi

Robert Lewandowski i Mateqi

Mogłem cieszyć się z pierwszego autografu zdobytego we Wrocławiu, a jak to się mówi pierwsze koty za płoty. Zbiera się coraz większa grupka młodzieży z pobliskiej szkoły. Podpisy biorą w zeszytach, na kartkach, na czym się tylko da – jeden to zbierał nawet ołówkiem… Nagle po drugiej stronie hotelu ujrzałem znane mi twarze. Idzie Grzegorz wraz z Dariuszem oraz Karolem. Podchodzę, podaję dłoń. Patrzą się na mnie, jeden na drugiego, drugi na trzeciego. Pewnie sobie myślą „Kto to kurde jest!?” – jednak szybko zostałem rozpoznany i okazało się, że jestem niejaki forumowy „Mateqi” – Chłopak z Sieradza! Małe pogaduchy, przeglądanie zdjęć, oczekiwanie na piłkarzy. W między czasie przychodzi do nas Sebastian (SeboLZ), który już do końca zbiera razem z nami. Podjeżdża mały busik, zdjęcia i markery przygotowane w dłoniach. Z samochodu wychodzi znana nam skądś osoba. Szybko skojarzyłem, że jest to piosenkarz Wojciech Gąssowski (ambasador Euro2012) od którego wzięliśmy podpis – nóż, widelec – może się kiedyś przyda. Po chwili podchodzi do nas Pan Wojtek i pyta czy nie mamy pożyczyć jakiegoś pisaka, bo też chciałby sobie pozbierać reprezentantów ;) . Zaczęło robić się coraz ciekawiej. Kilka grajków podjeżdżało samochodami pod hotel przed którym śmiało mogliśmy zbierać autografy. I takim sposobem wpadły podpisy takich piłkarzy jak: Damien Perquis, Łukasz Piszczek, Łukasz Fabiański, Robert Lewandowski czy Marcin Wasilewski. Następnie wpadają kolejne podpisy. W sumie pod Platinium Palace zebrałem autografy 15 osób. Bardzo pozytywnie zaskoczyło mnie władanie językiem obcym przez Grzegorza, który nawet do Polaków mówił „please”, „thank you” – to się nazywa zawodowstwo.

JuvePoland na lotnisku

JuvePoland na lotnisku

Powoli się ściemnia, patrzymy na zegarek – godzina 17.00. Myślimy czy zostać jeszcze chwilkę i czekać na kolejne podpisy, czy jednak wybrać się wcześniej na lotnisko Strachowice, gdzie półtorej godziny później planowany był przylot reprezentacji Włoch. Wybieramy to drugie i po wcześniejszej konsultacji wsiadamy w pierwszy tramwaj, który zawozi nas w okolice „Eureki”. Stamtąd przesiadamy się w autobus lini 406, którym jedziemy już pod samo lotnisko. Korki, korki, korki: czy zdążymy?, nie ma bata musimy!.  Na lotnisku czekał już min. forumowy Gaucho, kilku kolekcjonerów z Warszawy oraz… pełno bandy z JuvePoland (jednak Majkela nie widzieliśmy). Na tablicy widnieje lot czarterowy z Pisa, czekamy, czekamy, LANDED!. Wszyscy gotowi i zwarci z niecierpliwością wypatrują znane im twarze. „Już idą” – krzyknął ktoś z tłumu, patrzymy, a tam..wybiega śmiechowo wyglądający operator kamery z Włoskiej telewizji. Wszyscy widoczny uśmiech na twarzy. Po chwili wychodzą już wszyscy. Każdy łapie kogo popadnie (no przynajmniej próbują). Fan Club piłkarzy Juventusu, Sebastian piłkarzy Milanu, ja Andreę Pirlo (który podpisuje się na twarzy :P ) oraz Giorgio Chielliniego, a Pan Dario ze Stolicy rzuca się na Cesare Prandelliego niczym nieprzyjemne siły meksykańskie wspomniane wcześniej przez Gollaza. Zanim się odwróciłem wszyscy piłkarze siedzą już w autokarze, udaje mi się jednak zawołać siedzącego na brzegu Gabriele Pina, którego zbierają także inni. Jak szybko przylecieli, tak szybko odjechali.  Trochę spóźnieni udajemy się pod hotel Radisson Blu, gdzie liczyliśmy na zdobycie kolejnych podpisów. Guzik! – wszyscy piłkarze już dawno w pokojach, jedynie został coach, który wracał po konferencji. Zrobiliśmy więc sobie dodatkowo kilka zdjęć. Czekamy dalej, jednak nic się nie pojawiało. Zniechęceni całą tą sytuacją udajemy się każdy w swoje strony z myślą o następnym dniu. Podróż do miejsca nocowania mija wyjątkowo szybko, kilka przesiadek i już jestem w domu przy ulicy Piwowarskiej, gdzie smacznie położyłem się spać.

Luigi Riva i Mateqi

Luigi Riva i Mateqi

Piątek – dla jednych Dzień Niepodległości, dla nas drugi dzień zbierania oraz mecz ekipy Pani Adamiakowej Franciszka Smudy. Godzina 8.30 pobudka!. Szybkie śniadanie, ogarnięcie plecaka. Miejscowy spożywczak oblegany przez starą gwardię czekająca na prowiant w postaci wysokoprocentowych trunków. Ale jak to nasze stare, Polskie przysłowie brzmi „dzień święty, trzeba święcić!”.  Pod hotelem jestem już o godzinie 10.00, gdzie czekał Tick, Pirlo, Gollaz, a SeboLZ powoli dojeżdżał.

- „Kogoś już macie?”
- „Nie, tylko Pin, wraz ze sztabem zeszli na dół i spacerują po recepcji”.

Claudio Marchisio i Mateqi

Claudio Marchisio i Mateqi

No to szykuje się kolejny ciężki dzień! – pomyślałem.  Mijają pierwsze godziny. Pojawia się ochroniarz informujący nas o tym, że piłkarze na dół nie zejdą, a więc nie ma co liczyć na autografy tym bardziej w popołudniowych godzinach bla, bla, bla. Nie zrezygnowaliśmy! – czekamy dalej. Mijają kolejne godziny, na dworze zimno (ale czego nie robi się dla autografów). Między godziną 13.00-14.00 piłkarze mają zejść na dół na obiad. Fałszywy alarm! obiad jedzą na górze.  Z każdą minutą oraz godziną nadzieje na kolejne podpisy upadają, jednak ni stąd, ni zowąd na schodach hotelu pojawia się tajemnicza osoba w błękitnej koszulce. Claudio Marchisio! pomocnik Juventusu rozmawiający przez telefon. Bardzo miły „Il Principino” podpisuje wszystkim zdjęcia oraz pozuje do zdjęć. Pojawia się też Daniele De Rossi. Sebastian próbuje podbiec jednak nic bardziej mylnego – De Rossi jest znacznie szybszy i ucieka szybko przez schody prowadzące do pokoi piłkarzy. Dokoła hotelu kręci się tylko Luigi Riva, Giancarlo Abete oraz sztab treningowy. Grzegorz z kolegami udają się na spacer, na którym zahaczyli o KFC (podobno było gorsze niż w Warszawie). Pod hotel podjeżdża taksówka z której wysiada znana nam postać: Zbigniew Boniek!. (autograf Bońka dawno został moim wymarzonym podpisem jednak nie spodziewałem się, że zdołam zebrać go osobiście). „Zibi” podpisuje wszystko oraz pozuje do zdjęć. Daję do podpisania flagę biało-czerwoną reprezentacji Polski.

- „Można prosić o podpis na fladze z dedykacją dla Mateusza?”
- „Jasne!”
- „Ale czy ta flaga to jeszcze z orzełkiem czy już nie?”. (wszyscy zaczęli się śmiać.).

Później czekamy już w środku hotelu. Miłe zaskoczenie – zobaczyliśmy… wesele, które właśnie odbywało się w restauracji hotelu.

Godzina 18.00. Poznany już wcześniej Pan ochroniarz, wraz z kolegą podchodzi i grzecznie informuje, nas o tym abyśmy opuścili hotel, gdyż piłkarze niedługo będą zjeżdżać na dół. Czekamy i czekamy. Wychodzą! Ja ze skorowidzem w ręku, inni ze zdjęciami w grabie. Idzie Buffon!. Wystawiłem najdalej jak mogłem moją rękę i uff.. podpisuje się na pięknym zdjęciu podnoszącym puchar Mistrzostw Świata. Sebastianowi pomazał bardzo ciekawy autograf, który w znacznej części znajduje się na kartce, a nie na zdjęciu… wołamy dalej – nic. Pojechali na mecz.  Czas wolny. Grzegorz, Karol i Darek udali się do swojego pokoju, gdzie się zdrzemnęli oraz obejrzeli mecz reprezentacji (przynajmniej pierwszą połowę, bo na drugiej zasnęli). Wraz z Sebastianem udałem się prosto na stadion. Droga umilana śpiewami zagorzałych kibiców. Oczywiście znane nam wcześniej przyśpiewki: „Gdzie jest orzeł?”, „PZPN”, „Lato kondonie…” i inne tego typu serenady.  Po pół godzinie jesteśmy na miejscu. Rozchodzimy się, pod rodzę zaliczam hotel „Etap” gdzie w recepcji czekał dla mnie bilet prosto od Wojciecha Łazarka. Wejście na stadion w miarę sprawne. Zasiadłem na trybunach gdzie przez prawie cały mecz dopingowałem Polaków (piszę prawie, ponieważ w przerwie musiałem coś przekąsić. Minuty spędzone w kolejce nie dały oczekiwanego skutku, powód?: skończyły się parówki! ).

Polska - Włochy

Polska - Włochy

Polacy starali się jak mogli, przegrali 2:0. W ostatnich minutach Kuba nie wykorzystał rzutu karnego. Po tej sytuacji wyszedłem ze stadionu i miałem do wyboru: albo jadę jeszcze raz pod hotel Włochów szukać szczęścia, albo prosto do domu. Do Wrocławia przyjechałem po to by pozbierać autografy, więc wybrałem pierwszą opcję nie zważając na to, że było już grubo po 23.00, a nocnych powrotnych autobusów prawie nie miałem. Przyjeżdżają. Zatrzymują się pojedyncze sztuki, których ciężko złapać, reszta macha, słucha muzyki. Jedynie Marchisio zatrzymuje się i ponownie podpisuje to co chcemy. Kierujemy się do domów – spotykamy się jutro na lotnisku.  Podróż z przygodami, znikoma ilość autobusów, brak tramwajów – czego tutaj jeszcze chcieć?. W domu jestem o godzinie 4.00. Pobudka szykowała się dość wcześnie gdyż piłkarze wylatywali już przed 11.00.

Oporowska

Oporowska

Sobota. Spałem dość krótko. Na lotnisku jestem niecałą godzinkę przed odlotem. Przyjechali, wychodzą!. Pierwszy rzucony na pożarcie został Antonio Nocerino od którego wziąłem podpis i udałem się prosto do Simone Pepe. Wszyscy zdążyli uciec. Celnicy zamykają wejście, jednak co mi tam wołam dalej… patrzę Montolivo!. Riccardo podpisuje moje zdjęcia. Był to ostatni zdobyty podpis na lotnisku. Lekko niezadowoleni wracamy na dworzec centralny skąd wszyscy rozjeżdżamy się w swoje strony. SeboLZ do domu we Wrocławiu, Pirlo do znajomych, Gaucho do Poznania, Tick w stronę Krakowa, a Warszawa… do Stolicy. Jako jedyny ostał się Gollaz i ja. Postanowiłem więc udać się do Sieradza późniejszym pociągiem, a wraz z bardziej doświadczonym ode mnie kolekcjonerem pozwiedzać piękne miasto jakim jest Wrocław.  Grzegorz sprawdza niezawodne google w telefonie. Młody Śląsk gra z Młodym ŁKS-em na Oporowskiej. Nie ma co! wybieramy się na mecz. W składach obu drużyn kilku podstawowych zawodników. Zebraliśmy takie podpisy jak: Mariusz Pawelec, Przemysław Kaźmierczak, Mateusz Cetnarski, Marek Gancarczyk, Łukasz Madej czy nowy trener drużyny z Łodzi Ryszard Tarasiewicz. Powrót szybka, bez żadnych przygód.

Wyjazd uważam za bardzo udany, miła, kolekcjonerska atmosfera. Wszyscy pozytywnie nastawieni. Dziękuję wszystkim za miło spędzone trzy dni we Wrocławiu. Oby do następnego!

PS Hotel Polaków: Grześ zrobił się głodny, szuka czegoś do przekąszenia, namawia chłopaków na obiad, jednak się nie udało. Przed Platinium Palace wisi karteczka z menu, czytam, czytam.. ooo! placki ziemniaczane w hotelu za jedyne dwadzieścia parę złotych. Niestety Grzegorz musiał się zadowolić kawałeczkiem czekolady, którą poczęstował go Darek ;) .

Po chwili toaleta!, w ogóle gdzie jest jakaś toaleta?, to lewo, to prawo – nie ma!. Grzegorz zrobił kółko wokół parku (nie było go kilka minut/pół godziny) nigdzie jednak nie ma toalety. Załatwił się dopiero później na lotnisku – achhh ten Wrocław!. Będę go miło wspominał!

Obiecuję, że kolejne notki nie będą tak długie jak ta, którą pisałem dwa dni ;)

Pozdrawiam Mateqi

Losowanie po krakowsku

27 grudnia 2011, Autor: gelu

12-13 października 2011r. Wydawałoby się, że środa i czwartek to zwykłe robocze dni tygodnia, niemające większego znaczenia dla mieszkańców Krakowa. Platini, Boniek, trenerzy i asystenci europejskich reprezentacji… Te słowa w zupełności wystarczą na potwierdzenie faktu, że te szare jesienne dni stały się wyjątkowe dla krakowskich kolekcjonerów autografów, którzy z pewnością zakreślili je w swoich kalendarzach czerwonym pisakiem.

Na przygotowanie zdjęć nie miałem zbyt wiele czasu. We wtorek o 23:00 miały ostatecznie rozstrzygnąć się losy reprezentacji walczących o udział w barażach EURO 2012. Niestety, wtedy na wywołanie fotek byłoby za późno, więc muszę zabrać się za ich obróbkę w poprzedzający weekend i wywołać o połowę więcej zdjęć, które po wtorkowych meczach okażą się nieprzydatne. Coś za coś – lepiej dopłacić, niż później żałować.

Logo EURO 2012

W dzień poprzedzający losowanie, po ciężkich siedmiu godzinach na AGH, wyruszam pod Sheraton – miejsce uroczystej piłkarskiej ceremonii. Jestem „osamotniony”, gdyż pozostała gromada krakowskich kolekcjonerów zdecydowała się zaatakować oficjeli w czwartek. Docierając pod hotel, wiem, że dzisiaj nie będzie łatwo. W Sheratonie są zwykle najtrudniejsze warunki do zbierania autografów, ze względu na bardzo rygorystyczną ochronę. Jednak los i tym razem się do mnie uśmiechnął. Przez szybę hotelu zauważam pana Bogdana, który zaprasza mnie do środka.

Po krótkiej rozmowie, dowiaduję się, że dzisiaj powinni przybyć wszyscy reprezentanci federacji, a także goście specjalni – Michel Platini i Zbigniew Boniek. Jest więc na kogo czekać. Po trzydziestu minutach pod hotel podjeżdża pierwszy samochód z wywieszoną na oknie turecką flagą. Niestety Guus Hiddink nie zaszczycił losowania swoją obecnością. Przybył tylko jego asystent Oguz Cetin – uczestnik Mistrzostw Europy 1996. W mgnieniu oka przemykam przez hotelową recepcję i staję przy stoliku. Pan Bogdan woła Oguza, który chętnie podpisuje zdjęcie i fotografuje się z nami. Następnie życzę Turkowi miłego pobytu w Krakowie, po czym wracam do swojego nierzucającego się w oczy fotelu, gdzie oczekuję dalszych łowów.

Po chwili podchodzi do mnie kierownik ochrony Sheratonu, który grzecznie informuje, że mam opuścić hotel. Pan Bogdan próbuje coś wskórać, ale ochroniarz jest nieugięty. Po prostu boi się o swoją pracę. Z grymasem niezadowolenia, posłusznie opuszczam budynek. W niedługim czasie do hotelu przyjeżdża federacja Czarnogóry. Przyznam, że oczekiwałem z ich strony szerszej delegacji. Z samochodu wychodzi elegancko ubrany człowiek. Jako że pan Bogdan chwilę wcześniej szepnął mi, że jest to prezes związku Dejan Savicević, podszedłem do niego ze zdjęciem byłego piłkarza Milanu. Branko Brnović oznajmia: „I’m not Savicević” i wchodzi do hotelu. Pięknie, nie obyło się bez gafy. Chociaż trzeba przyznać, że oni są dość podobni do siebie.

Sheraton Kraków

Nagle pracownicy ochrony wychodzą przed hotel, robi się lekkie zamieszanie. Taksówki wjeżdżające na podjazd poganiane są dalej, aby nie blokować miejsca dla gościa numer jeden – Michela Platiniego. Zostaję poinformowany, że nie mogę nawet stać w pobliżu drzwi obrotowych, tylko muszę przejść na chodnik obok. Po dłuższej chwili pod hotel podjeżdża taksówka ze Zbigniewem Bońkiem. Niestety, zostałem wygoniony poza możliwy obszar zdobycia autografu, więc muszę obejść się smakiem. Przemieszczam się jednak powoli coraz bliżej wejścia, aby nie wracać do domu tylko z jednym podpisem. Ok. 18:00 na podjedzie zatrzymuje się srebrny van z przyciemnianymi szybami, eskortowany przez policję. Wysiada prezes UEFA, trzykrotny zdobywca Złotej Piłki. Szczęśliwie podchodzi w okolice bagażnika samochodu, w pobliżu którego stałem z przygotowanym zdjęciem. Platini zauważa mnie i z uśmiechem podpisuje mi fotkę. Po parunastu minutach atmosfera się rozluźnia. Ochroniarze ulotnili się, kierownictwo przeszło do swoich biur. Znowu mogę po cichu wejść do hotelu z nadzieją, że nie zostanę wyrzucony.

Cierpliwie oczekuję na dalsze delegacje – Portugalia ma przybyć ok. 20:00. Nagle, niedaleko mnie, pojawia się nieoczekiwanie Zbigniew Boniek, który ucina sobie krótką pogawędkę z bliżej nieznaną mi osobą. Gdy skończyli, podchodzę do pana Zbyszka, który w pośpiechu podpisuje moje zdjęcie. Chwilę później przybywa do mnie pan Bogdan mówiąc, żebym przeszedł się w miejsce, gdzie goście hotelowi siedzą i piją kawę i rozejrzał się czy nie rozpoznaję tam kogoś znanego. Po krótkim spacerze rozsiadłem się na pufie, wziąłem do ręki menu i zza niego obserwuję ludzi dookoła mnie. Zauważam Safeta Susić’a – trenera Bośni i Hercegowiny, który siedzi ok. 3 metry ode mnie i rozmawia z paroma osobami. Wracam na moje stałe miejsce i przedstawiam panu Bogdanowi sytuację. Bierze on ode mnie zdjęcia i markera, chowa je za marynarkę i pewnym krokiem zmierza w kierunku legendy jugosłowiańskiej piłki. Po chwili wraca z autografami.

W międzyczasie do hotelu wchodzi Franciszek Smuda, a parę minut później Bogdan Basałaj, prezes krakowskiej Wisły. Dosiadają się oni do stolika, gdzie siedzi Michel Platini. Po tym fakcie nic ciekawego się nie dzieje. Wydarzeniem na które obecnie oczekuję, jest kolacja przedstawicieli federacji, która odbędzie w restauracji na krakowskim Rynku. Wszyscy oficjele mają zebrać się w recepcji o 19:45. Jednak, gdy owa godzina wybiła, okazało się, że nie wszyscy delegaci idą spożyć posiłek. Nie ma przede wszystkim Branko Brnović’a, na którym mi najbardziej zależy. No nic, dalej oczekuję na przyjazd Portugalczyków z Paulo Bento na czele. Czas mi się dłuży, w hotelu nic się nie dzieje. O 20:30 wchodzi do hotelu pan Bogdan informując mnie, że reprezentanci Półwyspu Iberyjskiego mają dwugodzinne opóźnienie. Stwierdzam, że nie ma sensu na nich czekać, tym bardziej, że mam przed sobą jeszcze dzień jutrzejszy. Korzystam z propozycji pana Bogdan, który podwozi mnie swoim samochodem na Plac Inwalidów, skąd wracam autobusem do domu.

Ceremonia losowania

Następnego dnia budzę się o 8:30, aby być na miejscu jak najwcześniej. Po drodze muszę jeszcze załatwić parę spraw na uczelni. Szczęśliwie tym razem obyło się bez kolejek, więc do Sheratonu wchodzę wcześniej niż myślałem. W hotelu można poczuć atmosferę losowania. Przewijają się dziennikarze, sekretarz generalny UEFA, Gianni Infantino siedzi w hotelowej restauracji. Dookoła widzę specjalne miejsca oznaczone logiem EURO, gdzie wydawane są akredytacje na ceremonię. Ściągam kurtkę, torbę odstawiam za fotel i staję przy filarze obserwując otoczenie. Zauważam Branko Brnović’a, od którego biorę autograf. Po 10 minutach od tego zdarzenia podchodzi do mnie znajomy ochroniarz mówiąc „Niestety musimy wrócić do wczorajszej rozmowy”. Myślałem, że ze względu na zamieszanie, dzisiaj będzie łatwiej o autografy, lecz się przeliczyłem. Ochrony jest dwa razy więcej, a kolekcjonerzy podpisów nie są mile widziani.

Wychodzę z hotelu i przez długi czas kompletnie nic się nie dzieje. Dzisiaj pod Sheratonem pojawili się też inni kolekcjonerzy. Za jakiś czas mają też dotrzeć Luki, Jarząb oraz Tick. A więc czekam i marznę. Nikogo ciekawego nie widać, poza Henrykiem Kasperczakiem i Michałem Listkiewiczem, którzy zaszczycili losowanie swoją obecnością. Nagle zauważam Paulo Bento, który ze swoimi ziomkami z federacji zmierza do hotelu. Trener Portugalczyków podpisuje moje zdjęcie i wchodzi do budynku. Później okaże się, że to był mój ostatni zdobyty autograf.

10 minut później pod hotel przybywa Łukasz Samek, a po godzinie z hotelu wychodzi Zbigniew Boniek, który natychmiast pożałował tego nieprzemyślanego ruchu. Otacza go chmara kolekcjonerów i dziennikarzy z kamerami. Luki, wpatrzony w Zbyszka jak w ołtarz, rusza do akcji walczyć o swoje. Była gwiazda Juventusu z grymasem na twarzy podpisuje wszystkie zdjęcia i fotografuje się z paroma osobami. Nawiązują się inteligentne rozmowy:

 

-Panie Zbyszku, wreszcie Pana spotkałem! Nigdzie Pana zastać nie można!

-Aaa, to my chyba po innych klubach chodzimy (śmiech).

 

Kolejny kolekcjoner zagadał do zdobywcy Pucharu Europy: „Można prosić zdjęcie?”. Boniek odpowiedział: „Tak”, po czym szybko wszedł do hotelu. Podekscytowany człowiek nie zauważył tego faktu i cały czas pozował do fotografii, wyciągając rękę z cyfrówką w stronę osób, które mogłyby mu ją zrobić. Gdy zorientował się w sytuacji, trochę się speszył. Nagle zauważam zmierzającego w stronę hotelu pana Antoniego – wysokiego stopniem krakowskiego policjanta, który tym razem był w ubraniu cywilnym. Zauważa mnie i mówi z uśmiechem: „Ty znowu tutaj? Chłopie, ty to masz zdrowie!”.

Gdy ok. 12:45 dołączył do nas Darek, stwierdzamy, że nie ma sensu czekać przed hotelem, skoro za 15 minut rozpoczyna się losowanie. Udajemy się do Restauracji 8 Aleja, gdzie w tym czasie można zjeść wszystko 50% taniej – jest elegancko i niedrogo. Obsługa także zaspokaja nasze potrzeby wizualne. Zamawiamy dwie duże pizze. Na przystawkę dostajemy grzanki z bagietki + kawior. Po posiłku kelnerka raczy nas kieliszkiem likieru orzechowego. Płacimy, wychodzimy z lokalu i udajemy się w swoje strony – ja na uczelnię, a Darek i Łukasz pod hotel. Powodzenia Panowie!

Europejskie anegdoty

22 grudnia 2011, Autor: mani
True story, bro!

True story, bro!

Smęci mi ten mani, napisz co tam na Fulham, opisz coś o Włochach, jakąś notkę o Twente byś zrobił. Ale co tu pisać? Przylecieli, rozdali trochę autografów, zagrali mecz i polecieli. Szybko i na temat, a bez zbędnego nudzenia, kto jak i co. Kogo interesuje, że na Twente z domu wyszedłem kwadrans przed 7 rano, wróciłem kwadrans przed 3, a za 5 godzin jechałem już do pracy? Albo, że pokoje we Wrocławiu były lepsze, niż w Warszawie, natomiast żarcie w KFC wręcz odwrotnie. Nuuuuuuuudddddy. Z całego zbierania zawsze najciekawsze są historie, które później zmieniają się na kolejnych w opowiadane anegdoty. Postaram się klika przytoczyć, choć wiadomo, pióro i kartka (czy też klawiatura i laptop) nie oddadzą nigdy w pełni tego, co się działo.

Przylot Fulham, już trochę na lotnisku czekamy. No może nie wszyscy trochę, byli tacy co koczowali tam od rana, a przylot „anglików” grubo po południu. Stoimi, rozmawiamy, nagle Pulpeta nie ma, już stoi przy drzwiach z hali odpraw, a tam mu Riise podpisuje zdjęcie. Po wszystkim Łukasz stwierdza, że chyba pobił swój rekord na 100m.

To samo lotnisko, trochę inne osoby, lądować ma Twente. Do ich przylotu jakieś 20 minut. Stoimy przed, bo czasu jeszcze trochę. Nagle między nami zaczynają przechodzić osoby w tych samych dresach. Przylecieli wcześniej, lekka panika, ale dajemy radę. W ogóle mieliśmy się dowiedzieć, gdzie się zatrzymują, a tu już trzeba zbierać. O, idzie Filip Bednarek. Cześć, Filip, gdzie zostajecie? Szybko i zwięźle „nie wiem”. Miejmy nadzieję, że się bardziej orientuje gdy stoi w bramce. Na szczęście ogarnięty był coach Co.

Twente już w busie, nagle kierowca się odwraca, robi zdjęcie, wychodzi na zewnątrz i stwierdza z bananem na twarzy: a ja już mam wszystkich!

Lotnisko we Wrocławiu. Przylot Włoch. Pełno bandy z JuvePoland. Zdjęcia, śpiewy, cyrkusy i pajacowanie. Rano sms od maniego. „Od Gela słyszałem, że Wam Majkel z JuvePoland jakąś wiochę robią”. Fajnie, ani Gela, ani Majkela to ja we Wrocławiu nie widziałem. Zabawa w głuchy telefon pełną gębą.

Uderz w puchara

Uderz w puchara

Wrocław. Przychodzimy z Darkiem Tickiem i Karolem Pirlo pod hotel Polaków. Stoi z 20 dzieciaków, którzy zbierają w zeszytach z biologii czy innej geografii autografy. Niektórzy zbierali nawet ołówkiem. Nagle przychodzi jeden z nich, siema, siema, daje grabę, zebrałem już Smudę, udzieliłem wywiadu w telewizji, nawet nie wiem co tam mówiłem, tu chodzą, tam się rozgrzewają… Ja na Darka, Darek na Karola, Karol na mnie. ?!?! WTF? Okazało się, że to Mateqi debiutuje na zlocie.

Lotnisko. Wrocław. Podpisane co podpisane.  Szału nie ma. Mateqi przychodzi. Ee, Pirlo mi podpisał 2 zdjęcia. Ale po twarzy, eee, nie podoba mi się… Innym się wcale nie podpisał.

Kraków. Przyjeżdżam na Fulham mocno rano. Pulpet ledwie wyjechał z Radomia. Kontaktuję się z Lukim, czy mnie zaprosi na śniadanie. W odpowiedzi dostaję prosty komunikat. To co piwko jakieś? Wiadomo, na pusty żołądek to ja nie jem.

Naciągamy Lukiego, który ma jakieś ważne zajęcia na uczelni, żeby z nami jechał na lotnisko zbierać Fulham. Raz chce jechać, raz nie chce. W końcu decyduje się na uczelnię, mamy się spotkać wieczorem. Przychodzi z wywołanymi na szybko fotami. Udało mu się zbić z ceny, choć i tak sporo zapłacił. Wychodzą do busu na trening. Przyjechali ze swoją ochroną. Wszyscy pozbierali co umieli, oglądają, co tam kto ma. A Ty Łukasz? Gelu mnie tak wcisnął w autobus, że nic nie mam. Nie przejmuj się, przyjadą z powrotem, to sobie coś zbierzesz.
Przyjechali. Nic nie zebrał.

Kraków. Inny hotel. Twente. Wychodzi coach Co i jakiś zawodnik na konferencję. Stoimy w czterech, wszyscy zmieszani. Kto to mógł być? Bajrami? Bo łysy? Ale nie podobny. Hej coach, kto to tam wszedł do busu. Charli! ?!? Aaa Chadli! Obciął się specjalnie tak, żebyście gonie poznali! Możemy mu zająć minutę? Pewnie, jak minutę to czemu nie, po czym ekipa wbija się do busu i spokojnie zbiera autografy.

Kilka minut wcześniej Michał wypytuje wszystkich, którzy mogą wiedzieć, kto pojedzie na konferencję. Podjeżdża jakiś minibus. Kierowca staje koło nas, przygląda się i zaczyna pytać po angielsku czy jesteśmy dziennikarzami i czy jedziemy z nim na konferencję. Tak, pewnie, czemu nie. Nie, spoko żartujemy. A to nie wie Pan kto tam pojedzie? Całość ciągle po angielsku, wywiązuje się kilku minutowy dialog. Widać, że wszyscy się starają pięknie ładnie po angielsku mówić, po czym tylko lekko znudzony i oparty o kolumnę przed Sheratonem autor tego tekstu stwierdza: A może Panowie tak po Polsku porozmawiamy? Konsternacja z obu stron. Kierowca, spoko, możemy. Myślałem, że jesteście zagranicznymi dziennikarzami, ale dzień.

Darek wącha kwiatki, od góry

Darek wącha kwiatki, od góry

Darek, stary imprezowicz, wszędzie kogoś zna, więc we Wrocławiu rusza na balety. Godzina 23:59. Sms. Ej (cenzura) spotkałem na klubach Ćwięlonga, Sobotę, Kelemena i Dudka, gadałem z Pepe, że taką drogę przebyłem po grafy, a oni jutro nie trenują. Sms zwrotny. A to pogoda i pora do imprezowania dopisuje? Nie zrozumiał, a szkoda.

Sobota. Wrocław. Włosi już odlecieli. Pogoda dopisuje. Stwierdzam, że idę choć trochę pozwiedzać, bo jedyne co widziałem przez 2 dni to autobusy, rozkopany dworzec, galerie handlowe, hotel i lotnisko. Mateqi zostaje ze mną. Szybko sprawdzamy, że Młody Śląsk gra z Młodym ŁKSem na Oporowskiej. Trochę chodzimy po Wrocławiu, ale nie ma co, jedziemy na mecz. Kilka osób udało się dorwać, ale ciągle interesowało nas, co to za Brazylijczyk może siedzieć na trybunach. Kolejny raz 90minut na telefonie. Chyba Alexandre? Idziemy do Łukasza Madeja, podpis, zdjęcie, Panie Łukaszu, czy to tam siedzi Alexandre. Tak, na pewno. Na pewno? Tak, na pewno. Spoko. Hey Alexandre możesz nam tu podpisać, Brazylijczyk ściąga słuchawki z uszu, podpisuje, Mateusz robi z nim fotę. Ale, hmmm, mi to nie wygląda na podpis Alexandre. 90minut. Szybkie sprawdzenie kadry Młodej Ekstraklasy Śląska i jest.
Niejaki Dudu.

Wrocław. Zbieramy przed hotelem Polaków. Nagle przyjeżdża ktoś. Skądś go znamy. A, Wojciech Gąssowski. Jak już stoimy to co nam tam, zbierzemy sobie. Krótka rozmowa. Pan Wojciech zamyślony, a może macie pożyczyć jakiś mazak, też bym sobie ich pozbierał.

Ląduje Fulham. Pulpet próbuje robić fotki z ręki z Hangelandem. Hangeland od niego o 2 głowy wyższy. Pyk, jedna, urwana głowa Pulpeta, drugie podejście. Tym razem Brede bez głowy. Udało się, chyba, za 3 razem.

True story, bro!

WPIS AUTORSTWA GOLLAZA.

Opole we Wrocławiu

13 listopada 2011, Autor: Agres0r

Jakiś czas, czyli tydzień temu, ustawiłem się z forumowym Unkasem – prywatnie Denisem, na trening reprezentacji Polski PZPN, który odbył w mieście Wrocław, w celu pozbierania autografów podopieczny selekcjonera Smudy.
Zaplanowaliśmy datę 9 listopada roku bieżącego 2011, bowiem akurat tego Denis nie miał zajęć na uczelni, ja miałem wyłącznie Regionalizm w systemie administracji publicznej z panią dr Woźniak, dzięki czemu również miałem dzień wolny. Zdjęcia wywołane, budzik nastawiony, jedziemy!
Zacznę pompatycznie – podbudka 6:45, śniadanko, kawcia, poranna toaleta i można ruszać. Ruszać, w sensie zejść z czwartego piętra na dół, po drodze wyrzucając śmieci, odpalić papierosa, przejść na drugą stronę ulicy i znaleźć się na opolskim dworcu PKP. Dopalając papierosa chwyciłem za telefon, wybierając numer do Unkasa. Po chwili chłopak stojący kilka metrów dalej, wzbudzający we mnie pewne podejrzenia, co do bycia Unkasem odebrał moje połączenie, szybkie zapoznanie na zasadzie: - Maciej. – Denis., zakupienie biletów na pociąg relacji Opole – Wrocław, chwila oczekiwania i odjazd. Usiedliśmy sobie na spokojnie, zajmując pierwsze lepsze miejsce w niezwykle inkluzywnym wagonie wiadomego przewoźnika, rozpoczęliśmy rozmowę, przerywaną prezentacją starannie wykonanych wywołanych zdjęć, które postanowiłem, sposobem Jedynego Zawodowego Kolekcjonera Autografów, którego z tego miejsca chcę serdecznie pozdrowić, wpiąć w zeszyt A4 mojego kolegi z roku,  robiąc sprytne rozcięcia kluczami z mieszkania. Godzina szybkiej jazdy i witamy Wrocław!
Tu zaczęły się pierwsze schody. Nie chodzi mi oczywiście o to, że musieliśmy schody minąć, tylko o fakt, że wraz z Denisem, mówiąc delikatnie, słabo znaliśmy topografię miasta. Papieros w usta i poszukiwania przystanku, whatever autobusowego czy tramwajowego, który zaprowadziłby nas do celu, jakim był stadion przy ulicy Oporowskiej 62. Pewien poczciwy dżentelmen, który zapewne jest zwykłym gburem, wskazał nam tenże przystanek. Sprawdzamy godzinę odjazdu autobusu linii 125 – 9:50. Na zegarku 9:30, w głowie myśl, że autobus nie jedzie dokładnie pod stadion i zastanowienie – co by tu zrobić. Aż nagle, przy tablicy rozkładu jazdy pojawiła się pewna sympatyczna pani, która wskazała nam drogę, a wręcz zaprowadziła, na linię tramwajową numer 11, którą ruszyliśmy. Oczywiście, ani mi, ani Unkasowi nie chciało się zapamiętać,  na którym przystanku mamy wysiąść.
Jedziemy i jedziemy. Bez biletu, bowiem maszyna znajdująca się wewnątrz przewyższała swoją obsługą nasz intelekt, gdy zadzwoniła do mnie moja dziewczyna:
- I jak tam?
- A jedziemy i jedziemy, końca nie widać, nawet nie wiem gdzie mamy wysiąść.
- A gdzie teraz jesteście?
- Fedrom, Fadrom, coś takiego.
- Dobrze, sprawdzę w internecie gdzie macie wyjść.
Chwila oczekiwania, bo w końcu to internet mobilny …
- Aniu, jesteśmy na jakimś F.A.T-cie, coś takiego.
- No to przejechaliście o cztery przystanki za dużo!
DENIS! WYSIADAMY!
Czym prędzej przeszliśmy na drugą stronę, wsiedliśmy w tramwaj jadący z powrotem i znaleźliśmy się tuż przy stadionie, tuż po krótkim marszu. Przychodzimy pod stadion, kilka osób oczekujący na autobus reprezentacji, dobre pół godziny do rozpoczęcia treningu i wiele znaczące słowa pana ochroniarza, Alberta.
TRENING ZAMKNIĘTY.
No to świetnie. Negocjujemy, pytamy, że zdjęcia, że autografy, ze z daleka, że studenci, że biedni, że głodni. Nie podziałało.
CZEKAMY.
Podjeżdża autobus reprezentacji, wspaniale. W międzyczasie inny, żądni zdobycia podpisu czy zrobienia sobie zdjęcia, dołączają się do nas w narzekaniu na nie wpuszczenie pięciu osób na wielce zamknięty trening, naszej wielce zabunkrowanej reprezentacji.
CZEKAMY.
Sklep WKS odwiedzony, spoglądanie z  zazdrościa na tych, którym udało się wejść: yyyy, ja po bilety/zanieść CV/do kogoś tam/do klubu/. Naturalnie wszystkie możliwe portale, telewizje i gazety również obserwowały zamknięty trening. A wtem!
Palę sobie papierosa, obok mnie przechodzi trzech gości, jakby nigdy nic wchodzą, ochrona się z nimi wita, a mi w głowie kołacze się myśl – czy to był … Tak, to Jezierski – odpowiada ochroniarz Albert, nękany co pięć minut pytaniami czy nie da się nic zrobić, czy przekaże zdjęcia i takie tam. - Hmmm, Jezierski wróci, to go zbiorę – pomyślałem, mając w torbie zeszyt i marker Unkasa w kieszeni. Nagle obok mnie przechodzi starszy pan, w dresiku i czapce bejsbolówce. - Panie trenerze, można podpis? - zapytałem, i po chwili we wspomnianym notesie, miałem już autograf trenera Lenczyka. Unkas postąpił podobnie, a zza rogu wyłonił się autobus piłkarzy Śląska Wrocław.
Poranny trening reprezentacji dobiegł końca, ten otwarty dopiero za kilka godzin, bramy stadionu otwarte, więc nie mając nic do stracenia, weszliśmy z Denisem na teren obiektu. Chwila zwiedzania, zapoznanie się z miejscowym kolekcjonerem, szczycącym się posiadaniem autografu Zidane’a i opowiadającym o tym jak to zbiera osobiście i się fotografuje z każdą znaną personą, przy okazji mającym też pojęcie, kto ze Śląska jest kto (akurat w tym aspekcie mieliśmy z Denisem ogromny problem). No i się zaczęło – Cristián Omar Díaz, Johan Voskamp, wspomniany Jezierski, Waldemar Sobota czy Piotr Ćwielong. Autografy jeden po drugim lądowały w naszych zeszytach – naturalnie, gdybyśmy wiedzieli co się święci, przygotowalibyśmy wcześniej zdjęcia, ale co tam.  Mateusz Cetnarski podpisując się wspomniał o fotkach, które trzyma w aucie, i co nas bardziej zaciekawiło, o treningu o 15:00. Wpadł nam jeszcze Marián Kelemen, posłuchaliśmy rady wrocławskiego kolekcjonera, mówiącego, żeby udać się pod hotel, szybki wywiad na polsatowskich Wydarzeń w sprawie braku godła na koszulkach i z Denisem postanowiliśmy jednak udać się pod wspomniany hotel.
Z planów zrezygnowaliśmy całkowicie nie łapiąc się w rozkładach oraz nie znajdując nikogo, kto mógłby nam pomóc w określeniu drogi, udaliśmy się na BP, w celu zjedzenia czegoś pożywnego. Zadowoliliśmy się hot-dogami, ja wypiłem kolejną tego dnia kawę. Nieco oddaliliśmy się od stadionu, na który postanowiliśmy wrócić na własnych nogach, nieco wydłużając sobie drogę.  Po kilkunastu minutach dotarliśmy na Oporowską 62, pochodziliśmy nieco obok budynku klubowego, zatrzymaliśmy się przy szatni i wyczekiwaliśmy. Kilka metrów od nas stał jakiś łysy dziennikarzyna lokalnego radia. Podchodzi do niego ubrany w dres – łee, jakiś no-name trenerzyna – pomyśleliśmyi zaczyna się rozmowa:
- Ze mną jest właśnie Janusz Sybis …
Janusz Sybis? Google w telefonie pozwoliło nam się dowiedzieć, że jest to legenda Śląska Wrocław, piłkarz grający również osiemnaście razy w reprezentacji Polski. Te cenne informacje spowodowały +1 w naszych kolekcjach. Tadeusz Socha, Łukasz Madej, Marek Wasiluk, Sebastian Dudek oraz Rafał Gikiewicz – zawodnicy kończyli treningi na rowerku i chętnie podpisywali nam się na zdjęciach. Obok nas stało dwóch ćwierćinteligentów, z koszulkami Śląska, które mieli na sobie, zbierając podpisy. Gimnazjaliści, w szykownych dresach JP i halówkach Nike’a, zamienili oczywiście z nami kilka słów, aczkolwiek rozmowa z nimi, była na poziomie naszych niektórych forumowiczów, co sprytnie z Denisem zauważyliśmy, stwierdzając, że czujemy się jak na forum. Przy okazji, może to któryś z Was? ;-)
Piotr Celeban i Przemysław Kaźmierczak zakończyli naszą przygodę z autografami, bo nagle zrobiło się zimno, godzina 16 z minutami o ochrona oczywiście nas wyprosiła, informując, że dla kibiców otwarta jest trybuna.
- A to autografów już nie będzie można zdobyć?
- Nie ma szans.

- Panie, motyla noga, czekamy tu od rana.
- Co mnie to obchodzi? – rzekł szef ochrony i doprowadził mnie i Unkasa do szewskiej pasji. No to czekamy, aż trybuny się otworzą, mróz przypomina mi o tym, że kurtka zimowa została w domu, kibiców zeszła się pokaźna ilość, bramy otwarte … WCHODZIMY!

Trening jak to trening, nic ciekawego napisać o tym nie można, bieganie, podawanie, kopanie, gierka (1:0 po golu Obraniaka dla I składu, w drugim brylował Frankowski …) i rozmowa z Tomaszem Rząsą, od którego Unkas wziął autograf, o tym co da się zrobić, żebyśmy wzięli autografy. Pan Tomek, strasznie sympatyczny chłop, uznał że coś się da zrobić … Się przeliczył. Koniec treningu, zawodnicy udają się do autobusu, my czekamy przy płocie, (nie można było wpuścić kilkunastu osób na powierzchnię dla mediów) razem z nami ojcowie z dziećmi, które chcą sygnaturki swoich idoli. Większość zawodników, ma nas w dupie, za przeproszenie, bo zimno, bo zmęczeni, bo Playstation, kilku jednak podchodzi – Peszko, Wasilewski, Obraniak , Perquis, Błaszczykowski, Szczęsny. Był również trener Smuda, który w swoim stylu głupkowato się uśmiechał, kiedy ktoś rzucał tekstem o Adamiakowej, Biedronce, czy jego maturze. Wpadło kilka podpisów, dzieci zadowolone, my mniej. Pojawiła się propozycja pojechania ze wspomnianym wrocławskim kolekcjonerem pod hotel, z której jednak z Unkasem ze względu na całodniowe zmęczenie, nie przyjęliśmy.
Tramwaj, standardowo bez biletu, kilkominutowe poszukiwanie dworca PKP, sympatyczny fakt, że pociąg dopiero za godzinę, większość czasu stanie w gigantycznej kolejce po bilety, szybka szama okropnej bułki za 5,50zł z dworcowej budy i wojaż do Opola. W pociągu staranne liczenie autografów, rozmowa o dniu pełnym wrażeń i planowanie wspólnego zbierania autografów piłkarzy z Roosevelta 81 na dniach.

Reasumując, może szkoda, że nie pojechaliśmy pod hotel, być może zbiory byłyby bardziej obfite, może szkoda, ze nie pojechaliśmy kilka dni później, mielibyśmy autografy Włochów. Ale z drugiej strony niespodziewane kilkanaście podpisów piłkarzy Śląska Wrocław i dobre wspomnienia pozostaną, a co do Włochów, to na Facebooku w znajomych mam Pirlo, to znaczy nie Andreę z Juventusu, tylko Karola (pozdrawiam!), więc tak naprawdę, to nie ma czego żałować, do zobaczenia na kolejnych zlotach, wypadach i podróżach, które oczywiście skrzętnie opublikuje na łamach tego bloga, pisząc kolejną notkę na ponad 1400 słów w niecała godzinę.

Pozdrawiam,
Agres0r.

PS. Unkas też możliwe, że was pozdrawia, ale do końca, to nie wiem.

Pamiętajcie o Alamo!

13 września 2011, Autor: mani
Mamy tu Meksyk, o jakim nawet nie śnisz!

Mamy tu Meksyk, o jakim nawet nie śnisz!

Pamiętacie o Alamo? Znaczne, nieprzyjemne siły meksykańskie chcą stłamsić biednych Teksańczyków, ale Ci twardo się bronią przez 13 dni. Nie? To właśnie będzie historia o nieprzyjemnych meksykańskich siłach, zielonej hołocie i naszej nieustraszonej z manim walce o autografy.

W składzie mani, Pycio, śmietana, gollaz postanowiliśmy zrobić wycieczkę w krainy dzikie, by pozbierać narodowych reprezentantów Meksyku w piłce nożnej, zobaczyć mecz międzynarodowy wspomnianej drużyny z polskimi kopaczami i jak zwykle miło spędzić czas. Data: 01.09 (czwartek) – 03.09.2011 (sobota).

Od poniedziałku, kiedy Meksykanie przylecieli napływają do mnie z różnych stron sprzeczne informacje. Na lotnisku spoko, podpisują dużo, Torrado only one, Hernandez tylko na koszulkach i proporczykach, ale zawsze coś. Plan mam opracowany, zdjęcia wywołane pośrednio, czas ruszać w drogę. Melduje się w pogrążonej ciemnościami stolicy już o 4 rano, Marcin dociera jakieś 3,5 godziny później. Szybkie śniadanie w postaci tradycyjnej kuchni warszawskiej (kebab) i czas ruszać pod hotel. Nawet udaje nam się trafić bez problemów, pod hotel schodzą się oprócz nas inni kolekcjonerzy, dojeżdżają forumowi MAT92 oraz Krystian, kilku innych znanych mi z opowieści kolekcjonerów, czas nam mija spokojnie, aż w końcu idą na nas te hordy nieprzyjaciół. Ja dopadam jednego, Ochoę x2, mani upolował 3, ale grafów ma 5. Inni jeszcze gorzej. Torrado na każdym zdjęciu twierdzi, że to nie on. No to się nam pięknie zaczęła przygoda. Pojechali. Ile mogą mieć trening? 2 godziny? Czas na piwo! Wbijamy do Ogrodu Saskiego, różne dziwne zwierzęta tam, żyją, kombinacje psów z końmi. No nic, jak piwa nie można, to może można Ice Tea z pianką? Ledwo załyczyliśmy a już nas atakują niebieskie stwory. O Panowie, tak ciepło, a Wy bez piwka? A telefony skąd macie? Kradzione! A skąd? Z salonu! A to w porządku, widzę fajne chłopaki, no to nic, do widzenia! Oby nie, siema! Do widzenia!. Powrót pod hotel, już za chwilę wrócą, już za godzinkę! Albo za dwie? Wrócili po 5. Ilość zdobytych podpisów: 0. Meksykanie wszyscy tacy sami, koniec, ja przestaję zbierać na zdjęciach, bo nic z tego nie będzie. Kapitalnie!

Ono też chciało być piłkarzem!

Ono też chciało być piłkarzem!

No to nic, lecimy na obiad, tradycyjna kuchnia warszawska dalej w modzie (McDonald) i pod hotel Polaków. Tam już jakoś idzie lepiej. Na pierwszy ogień idzie Cezary Kucharski, dalej z grubej rury, Roman Kołtoń, który uwaga! nie jest piłkarzem, choć zawsze chciał nim być, Jacek Kazimierski, sędzia spotkania Alexandru Deaconu, dalej reprezentanci, Sandomierski, jest, Wawrzyniak, jest! Hmm, mani, kurde, tyle mam tych zdjęć, a jeszcze ani jednego nie podpisanego? Bo mani to wiadomo, już miał z 80 zdjęć podpisanych, jak się wywołuje 14 Małeckich i 23 Błaszczykowskich to tak jest . Wreszcie coś się ruszyło, Szczęsny jest, Wasilewski jest, Smuda, jest, Frankowski, jest, Zieliński, jest. W zasadzie to nie pamiętam czy akurat tych złapaliśmy po treningu, przed treningiem, czy dopiero nazajutrz, zbieraliśmy 3 razy i nie wyglądało to źle.

DAREK PASIEKA!

DAREK PASIEKA!

Kilku nie udało się zebrać, dołożyliśmy kilka niespodziewanych grafów – Kasperczak, Borek, Baszczyński, Kowalewski… i DARIUSZ PASIEKA! Personalne zwycięstwo Marcina. I Pana Dariusza, który prawie przemknął się niezauważony. Jedynie uciekł nam młody Koźmiński. Tylko od Jarka Jakimowicza nikt autografów nie chciał. Wiadomo, to Meksyk miał być najważniejszy na tej wycieczce, więc opisywanie zbierania Polaków sobie już odpuszczę. Szybkie zakupy, bo na Bielanach gdzie spaliśmy nie ma żadnych sklepów (tak twierdził Pulpet, który spał tam wcześniej z Pirlo). Te nic to Żabka, Biedronka, Makro i inne sklepy, no ale… Szybka podróż metrem, autobusem, z buta, prawie jak Stare Miasto i Jak Się Poruszać Po Mieście, na miejscu czteropak na kolację i spać. Ponad 40 godzin bez snu zrobiło swoje.

Polska - Meksyk

Polska - Meksyk

Z hotelu wybijamy o świcie, rano Meksykanie mieli mieć rozruch, spacer, czy coś w tym stylu. Pod hotelem stała ekipa. Meksykanie znowu rach ciach ciach i są w busie. Trzech udało się dopaść, maniemu dwóch. Skok ilościowy w moim wykonaniu ogromny. Dowiadujemy się, że rozruch mają na Polonii, więc szybka konsultacja z MATem, przechodniami i ruszamy tramwajem na Konwiktorską. Trening zamknięty dla publiczności, tzn. wchodzą wszyscy, którzy chcą oprócz mnie, maniego i dwóch kolegów. Nawet gość na rowerze. Ale przecież ochroniarz wie, kogo może, a kogo nie może wpuścić i nie ma o czym dyskutować. Jak mani miał Pasiekę, tak ja miałem Piotrka Stokowca. A co? Nie po to przyjechałem do Warszawy, żeby nie zbierać kogo się tylko da. Rozruch kończy się dość szybko, znowu udaję się załapać na 2 czy tam 3 autografy. Gdybym zdobył w jeden dzień 7, to byłbym zły. Teraz jestem nieoczekiwanie zadowolony. Już siedem! A jeszcze z cztery podejścia. Czas najwyższy na tradycyjną kuchnię warszawską (tym razem wypadło na KFC) i znowu pod hotel Polaków. Czasu trochę mieliśmy, więc plan był, aby wpaść do sejmu, przemówić coś, senatora Piechniczka spotkać, niestety skończyło się tylko na oglądaniu budynków sejmu i senatu z zewnątrz. Polaków pod hotelem pozbieraliśmy, więc czas na mecz.

Piknik

Piknik

Mecz jak mecz, mani nie chciał kibicować, ja kibicować z założenia mogłem tylko Meksykowi, zasmakowaliśmy tradycyjnej kuchni warszawskiej (kiełbasa w bułce), piknik na 100%. Polacy kopali jak umieli, Meksykanie na pół gwizdka. Ja już na Pepsi Arenie, która wtedy jeszcze nie była gazowana, byłem, mani nie, nie wiem jak jego opinia, ale mi się podoba. Po meczu próbujemy wydostać się z pod stadionu busem. Nasz cel to oczywiście hotel Meksykanów. Do pierwszego nie wbijamy, bo jest przepełniony, drugi i trzeci nie przyjeżdżają, więc ewakuujemy się z buta. Jak tylko odeszliśmy na 2 minuty przyjechał pierwszy, znowu przepełniony. Kolejny jedzie, biegniemy, jest, udało się. Jedziemy razem z grupą meksykańskich kibiców. Przynajmniej wesoło było, tylko Polki, blondynki, mimo życzeń naszych gości nie chcą tańczyć na rurkach.

Chicharito

Chicharito

Pod hotelem kilka osób, jedna dziewczyna chce się rozbierać dla Chicharito, piłkarze podjeżdżają, tym razem w końcu coś konkretnego, Marquez podpisuje raz, dos Santos raz, zawsze coś i jakiś dziwny gość na Ch też, szkoda, że to tylko Cherookie. Jest ok. Jak na nich. Znajomy schemat, metro, nocny bus, oooops nie ten co miał być, wracamy z buta dość trochę, kolejny nocny bus, kilka piw, godzina 3, wstawać na 7, żeby zbierać jeszcze Polaków przed odlotem do Gdańska? Chęci może i były, ale dajemy sobie spokój.

Rano kolejny trening Meksykanów, tym razem od razu udajemy się na Polonię. Schodzą się znani już nam wcześniej kolekcjonerzy oraz forumowy Michał. Jak możecie się domyśleć, nie tylko na forum ma takie imię! Choć sprytne by było gdyby miał np. Wojtek, o! Na trening Meksykanie przyjeżdżają w okrojonym składzie i zaliczamy kolejny pusty przelot. Na szczęście po są znacznie milsi. Znowu Marquez podpisuje, mani ma chyba z 11 jego autografów (tak, ferrari, aż tyle!) , dos Santos, Salcido. Wyłamuje się jak zawsze trener. Ja znowu złapałem tego na Ch! Przynajmniej go przehandlowałem z manim na Israela. Co to by był za dzień, gdybyśmy nie skosztowali tradycyjnej kuchni warszawskiej (znowu McDonald)? Tym razem towarzyszył nam Michał. Pojedli, to czas kupić mazak. Dla maniego skończyłoby się to prawie dożywociem. Chciał być kurde Playboyem! Bramka pikała i pikała, a w dwóch plecakach maniego można było znaleźć prawie wszystko. Już miał się rozbierać do majtek, ale na szczęście to tylko dezodorant, do tego w połowie pusty (a może w połowie pełny?). Ostatnia szansa nas jeszcze czekała na lotnisku. Michał pokazuje nam, gdzie w Warszawie spokojnie można wypić piwo, droga mija szybko. Jesteśmy, znowu te same osoby! Znowu te same autografy, Duenas, Ochoa, Barrera. Tylko jeden jakiś przygłupi. Ale trzeba mu wybaczyć, w końcu ostatnio miał jakiś uraz głowy, niech już leci jak najdalej. No to pa zielona hołoto! Ich wizytę kończy stwierdzenie Darka, w końcu polecieli. Od Michała razem z manim dostajemy w prezencie po autografie Sinhy na zdjęciu. DZIĘ-KU-JE-MY. Jeszcze ostatni tradycyjny posiłek warszawski (Burger King), piwo w Złotych Tarasach, obczajanie reprezentacji u-17 Cypru, która też się tam szlajała i wreszcie powrót z zaświatów na Śląsk! Podróż błyskawiczna, gdy ja dojeżdżałem do Katowic mani dopiero wsiadał do pociągu.

Bilans zysków to 21 autografów od 14 Meksykanów + dwa, po jednym od maniego i Michała + sporo autografów Polaków. Było na pewno ciekawie, do następnego i pamiętajcie o Alamo!

WPIS AUTORSTWA GOLLAZA.

 

Unikatowy autograf od Mierzejewskiego

Unikatowy autograf od Mierzejewskiego

A na zakończenie kilka słów od maniego: Całą wyprawę będę wspominał bardzo dobrze. Od jej początku, kiedy ku mojemu zdziwieniu przyjechałem pociągiem na czas, gdzie mój tegoroczny wakacyjny bilans opóźnień w podróży to 2h do Cieszyna, 3h do Pragi, 1h z Krakowa, 4h do Krakowa, 0,66h do Wrocławia. W Warszawie mogłem się także sporo nauczyć. Przede wszystkim wiem już, że zdjęć nie należy przyklejać do zeszytu. O ile zbierając Wisłę w Trójmieście udało mi się Mateuszowi Kowalskiemu wyperswadować, że podpisywanie się pod zdjęciem, na obliczeniach matematycznych nie jest tym, co się od niego oczekuje, o tyle tym razem nie udało się. Stąd mam unikatowy podpis Adriana Mierzejewskiego (odklejając zdjęcie od kartki będę miał dwa unikalne podpisy, wciąż rozważam zrobienie tego). Ze zbierania Polaków najbardziej utkwił w pamięci Przemysław Tytoń, który raczył się mnie zapytać przy podpisywaniu drugiego z trzech zdjęć: „Co wy k**wa to sprzedajecie?” „Kto by Ciebie człowieku kupił? Ależ skąd!”. Muszę też zdementować niektóre rzeczy napisane przez Grzegorza. Nie podpisałem 14 fot Małeckiego i 23 Błaszczykowskiego, ich zostawiłem sobie na Gdańsk :P . Ponadto, nie podpisałem aż 11 Marquezów, więc nie łam się Szymon ;) Co więcej, jestem dumny z siebie po rozpoznaniu Darka Pasieki. Wrzesień był dla mnie dobrym miesiącem, bo kilka dni później ponownie spotkałem pana Darka, kiedy przechadzał się po terenie sopockiego hotelu Sheraton. Tym razem jednak nikt ze zbierających kolekcjonerów nie pofatygował się po jego podpis :( No ale nic, pewnie kolekcjonerzy z Warszawy już go mieli, na niejednym zdjęciu. Wypad całkiem pozytywny, szkoda, że niektórzy użytkownicy nie dotarli, jak mieli. Ale może następnym razem wyjdzie lepiej: większą ekipą i bardziej przyjaznych grajków do zbierania ;)

Monchengladbach 2011

12 września 2011, Autor: luki

Przeglądając blog, czytając najnowsze przygody kolekcjonerów podczas zbierania autografów doszedłem do wniosku, że trzeba zrobić coś inaczej, coś co przykuje uwagę na dłuższy czas. Przygotowując się do pisania głowa była pełna pomysłów, pełna oryginalności. Chciałem żeby nie powtórzyła się sytuacja z moim poprzednim wpisem, ale jednak. Dylemat czystej kartki… brak czasu i późniejszy brak weny przyczyniły się do tego, że ten wpis będzie jednym z wielu, będzie w dalszym ciągu powielał ten sam schemat: kto, gdzie, kogo, nic więcej. Bo po co na siłę kombinować? Albo dobra, będzie inaczej, ale w góry uprzedzam, że to co będziecie czytać z założenia ma być chaotyczne i niezgodne z jakąkolwiek chronologią.
Lato w Polsce nie dopisywało, więc postanowiłem wyruszyć na zachód, ku słońcu. Nic bardziej mylnego. Pogoda płatała figle, odechciewało się wszystkiego: biegania, chodzenia, mówienia, a tym bardziej proszenia o autografy. W takich warunkach pracować mogą tylko zawodowi kolekcjonerzy, których jednak jest jak na lekarstwo. Dlatego też musiałem zaczerpnąć informacji u jedynego znanego mi profesjonalisty w tym fachu. Rozmowa z owym osobnikiem była krótka, ale bardzo treściwa. Dowiedziałem się tego czego oczekiwałem, czyli niczego. Sfrustrowany otaczającą mnie rzeczywistością zdecydowałem wziąć się w garść i zrobić to po co tam przyjechałem. Ubrany, pachnący fiołkami, uzbrojony w marker, długopis, zdjęcia oraz karty pocztowe wyruszyłem na łowy. Zamierzony cel, czyli nowi gracze Gladbach plus Ci, których chce lud, został szybko zrealizowany, dwa treningi i po ptakach.
Data mojego urlopu została specjalnie dopasowana pod kalendarz gier Bundesligi. Dwa spotkania na Borussia-Park w ciągu tygodnia. Nic tylko wykorzystać. Na pierwszy ogień Stuttgart. Mecz raczej ciekawy. Bramki były, więc nie ma co narzekać, tylko wynik nie satysfakcjonował. Kolejny tydzień, kolejny mecz, tym razem Wolfsburg. Widowisko przednie, gra znakomita, a i bramki też w porządku, szczególnie ta ostatnia. 4:1 i pierwsze miejsce w tabeli, supcio. Nie było mi dane zebrać autografów po meczach. Bramkarze za szerocy, a ze mnie żaden kozak, nawet mój niemiecki nie pomógł.
Urozmaiceniem tegorocznego wyjazdu były Mistrzostwa Europy w hokeju na trawie. Widząc plakat pomyślałem ‘czemu nie?’. Skutkiem mojego zachowania jest ponad sto pięćdziesiąt podpisów od (dla większości) nołnejmów, dwukrotne zakochanie się oraz wiedza, że Rosjanie nie zmieniają koszulek i krótko mówiąc – śmierdzą.
To by było na tyle. Za rok kolejne wiadomości z rajchu. Ten rok zaliczam do udanych. Nie tylko za względu na podpisy. Dużo śmiechu, dużo niespodzianek, dużo niezapomnianych wrażeń, to jest to czego każdy oczekuje od wakacyjnych wojaży. Oczywiście też tych związanych z kolekcjonerstwem.

Na sam koniec chciałem Was przeprosić za moje wodolejstwo i oczywiście za opóźnienia. Biorę przykład od najlepszych, pkp!

Pozdrawiam,
Roger ze śmietana.