Wrocław 2011 – czyli byli Mistrzowie Świata w Polsce

18 stycznia 2012, Autor: mani
Stadion Miejski we Wrocławiu

Stadion Miejski we Wrocławiu

Od dawna kusi mnie napisanie dla was dłuższej notki na temat zbiorów we Wrocławiu, jednak brak chęci, tudzież brak czasu i nic z tego nie wychodziło. W ostatnim czasie nawet kilka zdań o Italii napisał Grzegorz. Postanowiłem napisać coś od siebie. Znalazłem troszeczkę czasu by opisać to co działo się w stolicy Dolnego Śląska.

Wszystko zaczęło się kilka miesięcy wcześniej. Mecz Polski z Włochami ma się odbyć w listopadzie. Pierwotnie planowano by był rozegrany we Warszawie lub w Poznaniu – jednak wypadło na Wrocław do którego mam ~140km. Postanowiłem więc udać się tam na 3 dniowe zbieranie.  Zabrałem ze sobą nie tylko zdjęcia Włoskich piłkarzy, które wywołałem tuż przed meczem, lecz także Polaków przygotowanych znacznie wcześniej…ale nie o tym czas pisać. Mamy czwartek! – krzyknąłem rano wstając z łóżka. Początek podróży, która w pamięci pozostanie bardzo długo. Sprawne pakowanie, poranna wizyta w toalecie, minutka na poczcie po odbiór zdjęć, centrum, PKP, … – mamy już gruuboo po 8, a ja już siedzę w pociągu gdzie sortowałem zdjęcia. Mija pierwsza godzina….Kalisz, mija druga godzina…Oleśnica, mija trzecia godzina…WROCŁAW!.  Pierwsze co ujrzałem to strasznie rozkopany dworzec oraz wielu zabieganych ludzi, teraz tylko pomyśleć co może dziać się na EURO!?. Ogarnięcie mojej mini mapki, którą trzymałem w kieszeni, obejście dookoła dworca, zakup biletów MPK – mamy południe. Jedzie tramwaj w stronę dzielnicy „Krzyki” do którego wsiadam i udaję się prosto (no może prawie) pod hotel Biało-Czerwonych „Platinium Palace”. Na pierwszym planie czerwony autokar naszej kadry – o dziwo mający jeszcze Orła, którym w ostatnim czasie żyła cała Polska. Kilka zdań do lokalnej telewizji. Idzie Franciszek Smuda:

- „Można prosić o autograf?”
- „Ależ śmiało!”

Robert Lewandowski i Mateqi

Robert Lewandowski i Mateqi

Mogłem cieszyć się z pierwszego autografu zdobytego we Wrocławiu, a jak to się mówi pierwsze koty za płoty. Zbiera się coraz większa grupka młodzieży z pobliskiej szkoły. Podpisy biorą w zeszytach, na kartkach, na czym się tylko da – jeden to zbierał nawet ołówkiem… Nagle po drugiej stronie hotelu ujrzałem znane mi twarze. Idzie Grzegorz wraz z Dariuszem oraz Karolem. Podchodzę, podaję dłoń. Patrzą się na mnie, jeden na drugiego, drugi na trzeciego. Pewnie sobie myślą „Kto to kurde jest!?” – jednak szybko zostałem rozpoznany i okazało się, że jestem niejaki forumowy „Mateqi” – Chłopak z Sieradza! Małe pogaduchy, przeglądanie zdjęć, oczekiwanie na piłkarzy. W między czasie przychodzi do nas Sebastian (SeboLZ), który już do końca zbiera razem z nami. Podjeżdża mały busik, zdjęcia i markery przygotowane w dłoniach. Z samochodu wychodzi znana nam skądś osoba. Szybko skojarzyłem, że jest to piosenkarz Wojciech Gąssowski (ambasador Euro2012) od którego wzięliśmy podpis – nóż, widelec – może się kiedyś przyda. Po chwili podchodzi do nas Pan Wojtek i pyta czy nie mamy pożyczyć jakiegoś pisaka, bo też chciałby sobie pozbierać reprezentantów ;) . Zaczęło robić się coraz ciekawiej. Kilka grajków podjeżdżało samochodami pod hotel przed którym śmiało mogliśmy zbierać autografy. I takim sposobem wpadły podpisy takich piłkarzy jak: Damien Perquis, Łukasz Piszczek, Łukasz Fabiański, Robert Lewandowski czy Marcin Wasilewski. Następnie wpadają kolejne podpisy. W sumie pod Platinium Palace zebrałem autografy 15 osób. Bardzo pozytywnie zaskoczyło mnie władanie językiem obcym przez Grzegorza, który nawet do Polaków mówił „please”, „thank you” – to się nazywa zawodowstwo.

JuvePoland na lotnisku

JuvePoland na lotnisku

Powoli się ściemnia, patrzymy na zegarek – godzina 17.00. Myślimy czy zostać jeszcze chwilkę i czekać na kolejne podpisy, czy jednak wybrać się wcześniej na lotnisko Strachowice, gdzie półtorej godziny później planowany był przylot reprezentacji Włoch. Wybieramy to drugie i po wcześniejszej konsultacji wsiadamy w pierwszy tramwaj, który zawozi nas w okolice „Eureki”. Stamtąd przesiadamy się w autobus lini 406, którym jedziemy już pod samo lotnisko. Korki, korki, korki: czy zdążymy?, nie ma bata musimy!.  Na lotnisku czekał już min. forumowy Gaucho, kilku kolekcjonerów z Warszawy oraz… pełno bandy z JuvePoland (jednak Majkela nie widzieliśmy). Na tablicy widnieje lot czarterowy z Pisa, czekamy, czekamy, LANDED!. Wszyscy gotowi i zwarci z niecierpliwością wypatrują znane im twarze. „Już idą” – krzyknął ktoś z tłumu, patrzymy, a tam..wybiega śmiechowo wyglądający operator kamery z Włoskiej telewizji. Wszyscy widoczny uśmiech na twarzy. Po chwili wychodzą już wszyscy. Każdy łapie kogo popadnie (no przynajmniej próbują). Fan Club piłkarzy Juventusu, Sebastian piłkarzy Milanu, ja Andreę Pirlo (który podpisuje się na twarzy :P ) oraz Giorgio Chielliniego, a Pan Dario ze Stolicy rzuca się na Cesare Prandelliego niczym nieprzyjemne siły meksykańskie wspomniane wcześniej przez Gollaza. Zanim się odwróciłem wszyscy piłkarze siedzą już w autokarze, udaje mi się jednak zawołać siedzącego na brzegu Gabriele Pina, którego zbierają także inni. Jak szybko przylecieli, tak szybko odjechali.  Trochę spóźnieni udajemy się pod hotel Radisson Blu, gdzie liczyliśmy na zdobycie kolejnych podpisów. Guzik! – wszyscy piłkarze już dawno w pokojach, jedynie został coach, który wracał po konferencji. Zrobiliśmy więc sobie dodatkowo kilka zdjęć. Czekamy dalej, jednak nic się nie pojawiało. Zniechęceni całą tą sytuacją udajemy się każdy w swoje strony z myślą o następnym dniu. Podróż do miejsca nocowania mija wyjątkowo szybko, kilka przesiadek i już jestem w domu przy ulicy Piwowarskiej, gdzie smacznie położyłem się spać.

Luigi Riva i Mateqi

Luigi Riva i Mateqi

Piątek – dla jednych Dzień Niepodległości, dla nas drugi dzień zbierania oraz mecz ekipy Pani Adamiakowej Franciszka Smudy. Godzina 8.30 pobudka!. Szybkie śniadanie, ogarnięcie plecaka. Miejscowy spożywczak oblegany przez starą gwardię czekająca na prowiant w postaci wysokoprocentowych trunków. Ale jak to nasze stare, Polskie przysłowie brzmi „dzień święty, trzeba święcić!”.  Pod hotelem jestem już o godzinie 10.00, gdzie czekał Tick, Pirlo, Gollaz, a SeboLZ powoli dojeżdżał.

- „Kogoś już macie?”
- „Nie, tylko Pin, wraz ze sztabem zeszli na dół i spacerują po recepcji”.

Claudio Marchisio i Mateqi

Claudio Marchisio i Mateqi

No to szykuje się kolejny ciężki dzień! – pomyślałem.  Mijają pierwsze godziny. Pojawia się ochroniarz informujący nas o tym, że piłkarze na dół nie zejdą, a więc nie ma co liczyć na autografy tym bardziej w popołudniowych godzinach bla, bla, bla. Nie zrezygnowaliśmy! – czekamy dalej. Mijają kolejne godziny, na dworze zimno (ale czego nie robi się dla autografów). Między godziną 13.00-14.00 piłkarze mają zejść na dół na obiad. Fałszywy alarm! obiad jedzą na górze.  Z każdą minutą oraz godziną nadzieje na kolejne podpisy upadają, jednak ni stąd, ni zowąd na schodach hotelu pojawia się tajemnicza osoba w błękitnej koszulce. Claudio Marchisio! pomocnik Juventusu rozmawiający przez telefon. Bardzo miły „Il Principino” podpisuje wszystkim zdjęcia oraz pozuje do zdjęć. Pojawia się też Daniele De Rossi. Sebastian próbuje podbiec jednak nic bardziej mylnego – De Rossi jest znacznie szybszy i ucieka szybko przez schody prowadzące do pokoi piłkarzy. Dokoła hotelu kręci się tylko Luigi Riva, Giancarlo Abete oraz sztab treningowy. Grzegorz z kolegami udają się na spacer, na którym zahaczyli o KFC (podobno było gorsze niż w Warszawie). Pod hotel podjeżdża taksówka z której wysiada znana nam postać: Zbigniew Boniek!. (autograf Bońka dawno został moim wymarzonym podpisem jednak nie spodziewałem się, że zdołam zebrać go osobiście). „Zibi” podpisuje wszystko oraz pozuje do zdjęć. Daję do podpisania flagę biało-czerwoną reprezentacji Polski.

- „Można prosić o podpis na fladze z dedykacją dla Mateusza?”
- „Jasne!”
- „Ale czy ta flaga to jeszcze z orzełkiem czy już nie?”. (wszyscy zaczęli się śmiać.).

Później czekamy już w środku hotelu. Miłe zaskoczenie – zobaczyliśmy… wesele, które właśnie odbywało się w restauracji hotelu.

Godzina 18.00. Poznany już wcześniej Pan ochroniarz, wraz z kolegą podchodzi i grzecznie informuje, nas o tym abyśmy opuścili hotel, gdyż piłkarze niedługo będą zjeżdżać na dół. Czekamy i czekamy. Wychodzą! Ja ze skorowidzem w ręku, inni ze zdjęciami w grabie. Idzie Buffon!. Wystawiłem najdalej jak mogłem moją rękę i uff.. podpisuje się na pięknym zdjęciu podnoszącym puchar Mistrzostw Świata. Sebastianowi pomazał bardzo ciekawy autograf, który w znacznej części znajduje się na kartce, a nie na zdjęciu… wołamy dalej – nic. Pojechali na mecz.  Czas wolny. Grzegorz, Karol i Darek udali się do swojego pokoju, gdzie się zdrzemnęli oraz obejrzeli mecz reprezentacji (przynajmniej pierwszą połowę, bo na drugiej zasnęli). Wraz z Sebastianem udałem się prosto na stadion. Droga umilana śpiewami zagorzałych kibiców. Oczywiście znane nam wcześniej przyśpiewki: „Gdzie jest orzeł?”, „PZPN”, „Lato kondonie…” i inne tego typu serenady.  Po pół godzinie jesteśmy na miejscu. Rozchodzimy się, pod rodzę zaliczam hotel „Etap” gdzie w recepcji czekał dla mnie bilet prosto od Wojciecha Łazarka. Wejście na stadion w miarę sprawne. Zasiadłem na trybunach gdzie przez prawie cały mecz dopingowałem Polaków (piszę prawie, ponieważ w przerwie musiałem coś przekąsić. Minuty spędzone w kolejce nie dały oczekiwanego skutku, powód?: skończyły się parówki! ).

Polska - Włochy

Polska - Włochy

Polacy starali się jak mogli, przegrali 2:0. W ostatnich minutach Kuba nie wykorzystał rzutu karnego. Po tej sytuacji wyszedłem ze stadionu i miałem do wyboru: albo jadę jeszcze raz pod hotel Włochów szukać szczęścia, albo prosto do domu. Do Wrocławia przyjechałem po to by pozbierać autografy, więc wybrałem pierwszą opcję nie zważając na to, że było już grubo po 23.00, a nocnych powrotnych autobusów prawie nie miałem. Przyjeżdżają. Zatrzymują się pojedyncze sztuki, których ciężko złapać, reszta macha, słucha muzyki. Jedynie Marchisio zatrzymuje się i ponownie podpisuje to co chcemy. Kierujemy się do domów – spotykamy się jutro na lotnisku.  Podróż z przygodami, znikoma ilość autobusów, brak tramwajów – czego tutaj jeszcze chcieć?. W domu jestem o godzinie 4.00. Pobudka szykowała się dość wcześnie gdyż piłkarze wylatywali już przed 11.00.

Oporowska

Oporowska

Sobota. Spałem dość krótko. Na lotnisku jestem niecałą godzinkę przed odlotem. Przyjechali, wychodzą!. Pierwszy rzucony na pożarcie został Antonio Nocerino od którego wziąłem podpis i udałem się prosto do Simone Pepe. Wszyscy zdążyli uciec. Celnicy zamykają wejście, jednak co mi tam wołam dalej… patrzę Montolivo!. Riccardo podpisuje moje zdjęcia. Był to ostatni zdobyty podpis na lotnisku. Lekko niezadowoleni wracamy na dworzec centralny skąd wszyscy rozjeżdżamy się w swoje strony. SeboLZ do domu we Wrocławiu, Pirlo do znajomych, Gaucho do Poznania, Tick w stronę Krakowa, a Warszawa… do Stolicy. Jako jedyny ostał się Gollaz i ja. Postanowiłem więc udać się do Sieradza późniejszym pociągiem, a wraz z bardziej doświadczonym ode mnie kolekcjonerem pozwiedzać piękne miasto jakim jest Wrocław.  Grzegorz sprawdza niezawodne google w telefonie. Młody Śląsk gra z Młodym ŁKS-em na Oporowskiej. Nie ma co! wybieramy się na mecz. W składach obu drużyn kilku podstawowych zawodników. Zebraliśmy takie podpisy jak: Mariusz Pawelec, Przemysław Kaźmierczak, Mateusz Cetnarski, Marek Gancarczyk, Łukasz Madej czy nowy trener drużyny z Łodzi Ryszard Tarasiewicz. Powrót szybka, bez żadnych przygód.

Wyjazd uważam za bardzo udany, miła, kolekcjonerska atmosfera. Wszyscy pozytywnie nastawieni. Dziękuję wszystkim za miło spędzone trzy dni we Wrocławiu. Oby do następnego!

PS Hotel Polaków: Grześ zrobił się głodny, szuka czegoś do przekąszenia, namawia chłopaków na obiad, jednak się nie udało. Przed Platinium Palace wisi karteczka z menu, czytam, czytam.. ooo! placki ziemniaczane w hotelu za jedyne dwadzieścia parę złotych. Niestety Grzegorz musiał się zadowolić kawałeczkiem czekolady, którą poczęstował go Darek ;) .

Po chwili toaleta!, w ogóle gdzie jest jakaś toaleta?, to lewo, to prawo – nie ma!. Grzegorz zrobił kółko wokół parku (nie było go kilka minut/pół godziny) nigdzie jednak nie ma toalety. Załatwił się dopiero później na lotnisku – achhh ten Wrocław!. Będę go miło wspominał!

Obiecuję, że kolejne notki nie będą tak długie jak ta, którą pisałem dwa dni ;)

Pozdrawiam Mateqi

Losowanie po krakowsku

27 grudnia 2011, Autor: gelu

12-13 października 2011r. Wydawałoby się, że środa i czwartek to zwykłe robocze dni tygodnia, niemające większego znaczenia dla mieszkańców Krakowa. Platini, Boniek, trenerzy i asystenci europejskich reprezentacji… Te słowa w zupełności wystarczą na potwierdzenie faktu, że te szare jesienne dni stały się wyjątkowe dla krakowskich kolekcjonerów autografów, którzy z pewnością zakreślili je w swoich kalendarzach czerwonym pisakiem.

Na przygotowanie zdjęć nie miałem zbyt wiele czasu. We wtorek o 23:00 miały ostatecznie rozstrzygnąć się losy reprezentacji walczących o udział w barażach EURO 2012. Niestety, wtedy na wywołanie fotek byłoby za późno, więc muszę zabrać się za ich obróbkę w poprzedzający weekend i wywołać o połowę więcej zdjęć, które po wtorkowych meczach okażą się nieprzydatne. Coś za coś – lepiej dopłacić, niż później żałować.

Logo EURO 2012

W dzień poprzedzający losowanie, po ciężkich siedmiu godzinach na AGH, wyruszam pod Sheraton – miejsce uroczystej piłkarskiej ceremonii. Jestem „osamotniony”, gdyż pozostała gromada krakowskich kolekcjonerów zdecydowała się zaatakować oficjeli w czwartek. Docierając pod hotel, wiem, że dzisiaj nie będzie łatwo. W Sheratonie są zwykle najtrudniejsze warunki do zbierania autografów, ze względu na bardzo rygorystyczną ochronę. Jednak los i tym razem się do mnie uśmiechnął. Przez szybę hotelu zauważam Bogdana, który zaprasza mnie do środka.

Po krótkiej rozmowie, dowiaduję się, że dzisiaj powinni przybyć wszyscy reprezentanci federacji, a także goście specjalni – Michel Platini i Zbigniew Boniek. Jest więc na kogo czekać. Po trzydziestu minutach pod hotel podjeżdża pierwszy samochód z wywieszoną na oknie turecką flagą. Niestety Guus Hiddink nie zaszczycił losowania swoją obecnością. Przybył tylko jego asystent Oguz Cetin – uczestnik Mistrzostw Europy 1996. W mgnieniu oka przemykam przez hotelową recepcję i staję przy stoliku. Pan Bogdan woła Oguza, który chętnie podpisuje zdjęcie i fotografuje się z nami. Następnie życzę Turkowi miłego pobytu w Krakowie, po czym wracam do swojego nierzucającego się w oczy fotelu, gdzie oczekuję dalszych łowów.

Po chwili podchodzi do mnie kierownik ochrony Sheratonu, który grzecznie informuje, że mam opuścić hotel. Pan Bogdan próbuje coś wskórać, ale ochroniarz jest nieugięty. Po prostu boi się o swoją pracę. Z grymasem niezadowolenia, posłusznie opuszczam budynek. W niedługim czasie do hotelu przyjeżdża federacja Czarnogóry. Przyznam, że oczekiwałem z ich strony szerszej delegacji. Z samochodu wychodzi elegancko ubrany człowiek. Jako że pan Bogdan chwilę wcześniej szepnął mi, że jest to prezes związku Dejan Savicević, podszedłem do niego ze zdjęciem byłego piłkarza Milanu. Branko Brnović oznajmia: „I’m not Savicević” i wchodzi do hotelu. Pięknie, nie obyło się bez gafy. Chociaż trzeba przyznać, że oni są dość podobni do siebie.

Sheraton Kraków

Nagle pracownicy ochrony wychodzą przed hotel, robi się lekkie zamieszanie. Taksówki wjeżdżające na podjazd poganiane są dalej, aby nie blokować miejsca dla gościa numer jeden – Michela Platiniego. Zostaję poinformowany, że nie mogę nawet stać w pobliżu drzwi obrotowych, tylko muszę przejść na chodnik obok. Po dłuższej chwili pod hotel podjeżdża taksówka ze Zbigniewem Bońkiem. Niestety, zostałem wygoniony poza możliwy obszar zdobycia autografu, więc muszę obejść się smakiem. Przemieszczam się jednak powoli coraz bliżej wejścia, aby nie wracać do domu tylko z jednym podpisem. Ok. 18:00 na podjedzie zatrzymuje się srebrny van z przyciemnianymi szybami, eskortowany przez policję. Wysiada prezes UEFA, trzykrotny zdobywca Złotej Piłki. Szczęśliwie podchodzi w okolice bagażnika samochodu, w pobliżu którego stałem z przygotowanym zdjęciem. Platini zauważa mnie i z uśmiechem podpisuje mi fotkę. Po parunastu minutach atmosfera się rozluźnia. Ochroniarze ulotnili się, kierownictwo przeszło do swoich biur. Znowu mogę po cichu wejść do hotelu z nadzieją, że nie zostanę wyrzucony.

Cierpliwie oczekuję na dalsze delegacje – Portugalia ma przybyć ok. 20:00. Nagle, niedaleko mnie, pojawia się nieoczekiwanie Zbigniew Boniek, który ucina sobie krótką pogawędkę z bliżej nieznaną mi osobą. Gdy skończyli, podchodzę do pana Zbyszka, który w pośpiechu podpisuje moje zdjęcie. Chwilę później przybywa do mnie pan Bogdan mówiąc, żebym przeszedł się w miejsce, gdzie goście hotelowi siedzą i piją kawę i rozejrzał się czy nie rozpoznaję tam kogoś znanego. Po krótkim spacerze rozsiadłem się na pufie, wziąłem do ręki menu i zza niego obserwuję ludzi dookoła mnie. Zauważam Safeta Susić’a – trenera Bośni i Hercegowiny, który siedzi ok. 3 metry ode mnie i rozmawia z paroma osobami. Wracam na moje stałe miejsce i przedstawiam panu Bogdanowi sytuację. Bierze on ode mnie zdjęcia i markera, chowa je za marynarkę i pewnym krokiem zmierza w kierunku legendy jugosłowiańskiej piłki. Po chwili wraca z autografami.

W międzyczasie do hotelu wchodzi Franciszek Smuda, a parę minut później Bogdan Basałaj, prezes krakowskiej Wisły. Dosiadają się oni do stolika, gdzie siedzi Michel Platini. Po tym fakcie nic ciekawego się nie dzieje. Wydarzeniem na które obecnie oczekuję, jest kolacja przedstawicieli federacji, która odbędzie w restauracji na krakowskim Rynku. Wszyscy oficjele mają zebrać się w recepcji o 19:45. Jednak, gdy owa godzina wybiła, okazało się, że nie wszyscy delegaci idą spożyć posiłek. Nie ma przede wszystkim Branko Brnović’a, na którym mi najbardziej zależy. No nic, dalej oczekuję na przyjazd Portugalczyków z Paulo Bento na czele. Czas mi się dłuży, w hotelu nic się nie dzieje. O 20:30 wchodzi do hotelu pan Bogdan informując mnie, że reprezentanci Półwyspu Iberyjskiego mają dwugodzinne opóźnienie. Stwierdzam, że nie ma sensu na nich czekać, tym bardziej, że mam przed sobą jeszcze dzień jutrzejszy. Korzystam z propozycji pana Bogdan, który podwozi mnie swoim samochodem na Plac Inwalidów, skąd wracam autobusem do domu.

Ceremonia losowania

Następnego dnia budzę się o 8:30, aby być na miejscu jak najwcześniej. Po drodze muszę jeszcze załatwić parę spraw na uczelni. Szczęśliwie tym razem obyło się bez kolejek, więc do Sheratonu wchodzę wcześniej niż myślałem. W hotelu można poczuć atmosferę losowania. Przewijają się dziennikarze, sekretarz generalny UEFA, Gianni Infantino siedzi w hotelowej restauracji. Dookoła widzę specjalne miejsca oznaczone logiem EURO, gdzie wydawane są akredytacje na ceremonię. Ściągam kurtkę, torbę odstawiam za fotel i staję przy filarze obserwując otoczenie. Zauważam Branko Brnović’a, od którego biorę autograf. Po 10 minutach od tego zdarzenia podchodzi do mnie znajomy ochroniarz mówiąc „Niestety musimy wrócić do wczorajszej rozmowy”. Myślałem, że ze względu na zamieszanie, dzisiaj będzie łatwiej o autografy, lecz się przeliczyłem. Ochrony jest dwa razy więcej, a kolekcjonerzy podpisów nie są mile widziani.

Wychodzę z hotelu i przez długi czas kompletnie nic się nie dzieje. Dzisiaj pod Sheratonem pojawili się też inni kolekcjonerzy. Za jakiś czas mają też dotrzeć Luki, Jarząb oraz Tick. A więc czekam i marznę. Nikogo ciekawego nie widać, poza Henrykiem Kasperczakiem i Michałem Listkiewiczem, którzy zaszczycili losowanie swoją obecnością. Nagle zauważam Paulo Bento, który ze swoimi ziomkami z federacji zmierza do hotelu. Trener Portugalczyków podpisuje moje zdjęcie i wchodzi do budynku. Później okaże się, że to był mój ostatni zdobyty autograf.

10 minut później pod hotel przybywa Łukasz Samek, a po godzinie z hotelu wychodzi Zbigniew Boniek, który natychmiast pożałował tego nieprzemyślanego ruchu. Otacza go chmara kolekcjonerów i dziennikarzy z kamerami. Luki, wpatrzony w Zbyszka jak w ołtarz, rusza do akcji walczyć o swoje. Była gwiazda Juventusu z grymasem na twarzy podpisuje wszystkie zdjęcia i fotografuje się z paroma osobami. Nawiązują się inteligentne rozmowy:

 

-Panie Zbyszku, wreszcie Pana spotkałem! Nigdzie Pana zastać nie można!

-Aaa, to my chyba po innych klubach chodzimy (śmiech).

 

Kolejny kolekcjoner zagadał do zdobywcy Pucharu Europy: „Można prosić zdjęcie?”. Boniek odpowiedział: „Tak”, po czym szybko wszedł do hotelu. Podekscytowany człowiek nie zauważył tego faktu i cały czas pozował do fotografii, wyciągając rękę z cyfrówką w stronę osób, które mogłyby mu ją zrobić. Gdy zorientował się w sytuacji, trochę się speszył. Nagle zauważam zmierzającego w stronę hotelu pana Antoniego – wysokiego stopniem krakowskiego policjanta, który tym razem był w ubraniu cywilnym. Zauważa mnie i mówi z uśmiechem: „Ty znowu tutaj? Chłopie, ty to masz zdrowie!”.

Gdy ok. 12:45 dołączył do nas Darek, stwierdzamy, że nie ma sensu czekać przed hotelem, skoro za 15 minut rozpoczyna się losowanie. Udajemy się do Restauracji 8 Aleja, gdzie w tym czasie można zjeść wszystko 50% taniej – jest elegancko i niedrogo. Obsługa także zaspokaja nasze potrzeby wizualne. Zamawiamy dwie duże pizze. Na przystawkę dostajemy grzanki z bagietki + kawior. Po posiłku kelnerka raczy nas kieliszkiem likieru orzechowego. Płacimy, wychodzimy z lokalu i udajemy się w swoje strony – ja na uczelnię, a Darek i Łukasz pod hotel. Powodzenia Panowie!

Europejskie anegdoty

22 grudnia 2011, Autor: mani
True story, bro!

True story, bro!

Smęci mi ten mani, napisz co tam na Fulham, opisz coś o Włochach, jakąś notkę o Twente byś zrobił. Ale co tu pisać? Przylecieli, rozdali trochę autografów, zagrali mecz i polecieli. Szybko i na temat, a bez zbędnego nudzenia, kto jak i co. Kogo interesuje, że na Twente z domu wyszedłem kwadrans przed 7 rano, wróciłem kwadrans przed 3, a za 5 godzin jechałem już do pracy? Albo, że pokoje we Wrocławiu były lepsze, niż w Warszawie, natomiast żarcie w KFC wręcz odwrotnie. Nuuuuuuuudddddy. Z całego zbierania zawsze najciekawsze są historie, które później zmieniają się na kolejnych w opowiadane anegdoty. Postaram się klika przytoczyć, choć wiadomo, pióro i kartka (czy też klawiatura i laptop) nie oddadzą nigdy w pełni tego, co się działo.

Przylot Fulham, już trochę na lotnisku czekamy. No może nie wszyscy trochę, byli tacy co koczowali tam od rana, a przylot „anglików” grubo po południu. Stoimi, rozmawiamy, nagle Pulpeta nie ma, już stoi przy drzwiach z hali odpraw, a tam mu Riise podpisuje zdjęcie. Po wszystkim Łukasz stwierdza, że chyba pobił swój rekord na 100m.

To samo lotnisko, trochę inne osoby, lądować ma Twente. Do ich przylotu jakieś 20 minut. Stoimy przed, bo czasu jeszcze trochę. Nagle między nami zaczynają przechodzić osoby w tych samych dresach. Przylecieli wcześniej, lekka panika, ale dajemy radę. W ogóle mieliśmy się dowiedzieć, gdzie się zatrzymują, a tu już trzeba zbierać. O, idzie Filip Bednarek. Cześć, Filip, gdzie zostajecie? Szybko i zwięźle „nie wiem”. Miejmy nadzieję, że się bardziej orientuje gdy stoi w bramce. Na szczęście ogarnięty był coach Co.

Twente już w busie, nagle kierowca się odwraca, robi zdjęcie, wychodzi na zewnątrz i stwierdza z bananem na twarzy: a ja już mam wszystkich!

Lotnisko we Wrocławiu. Przylot Włoch. Pełno bandy z JuvePoland. Zdjęcia, śpiewy, cyrkusy i pajacowanie. Rano sms od maniego. „Od Gela słyszałem, że Wam Majkel z JuvePoland jakąś wiochę robią”. Fajnie, ani Gela, ani Majkela to ja we Wrocławiu nie widziałem. Zabawa w głuchy telefon pełną gębą.

Uderz w puchara

Uderz w puchara

Wrocław. Przychodzimy z Darkiem Tickiem i Karolem Pirlo pod hotel Polaków. Stoi z 20 dzieciaków, którzy zbierają w zeszytach z biologii czy innej geografii autografy. Niektórzy zbierali nawet ołówkiem. Nagle przychodzi jeden z nich, siema, siema, daje grabę, zebrałem już Smudę, udzieliłem wywiadu w telewizji, nawet nie wiem co tam mówiłem, tu chodzą, tam się rozgrzewają… Ja na Darka, Darek na Karola, Karol na mnie. ?!?! WTF? Okazało się, że to Mateqi debiutuje na zlocie.

Lotnisko. Wrocław. Podpisane co podpisane.  Szału nie ma. Mateqi przychodzi. Ee, Pirlo mi podpisał 2 zdjęcia. Ale po twarzy, eee, nie podoba mi się… Innym się wcale nie podpisał.

Kraków. Przyjeżdżam na Fulham mocno rano. Pulpet ledwie wyjechał z Radomia. Kontaktuję się z Lukim, czy mnie zaprosi na śniadanie. W odpowiedzi dostaję prosty komunikat. To co piwko jakieś? Wiadomo, na pusty żołądek to ja nie jem.

Naciągamy Lukiego, który ma jakieś ważne zajęcia na uczelni, żeby z nami jechał na lotnisko zbierać Fulham. Raz chce jechać, raz nie chce. W końcu decyduje się na uczelnię, mamy się spotkać wieczorem. Przychodzi z wywołanymi na szybko fotami. Udało mu się zbić z ceny, choć i tak sporo zapłacił. Wychodzą do busu na trening. Przyjechali ze swoją ochroną. Wszyscy pozbierali co umieli, oglądają, co tam kto ma. A Ty Łukasz? Gelu mnie tak wcisnął w autobus, że nic nie mam. Nie przejmuj się, przyjadą z powrotem, to sobie coś zbierzesz.
Przyjechali. Nic nie zebrał.

Kraków. Inny hotel. Twente. Wychodzi coach Co i jakiś zawodnik na konferencję. Stoimy w czterech, wszyscy zmieszani. Kto to mógł być? Bajrami? Bo łysy? Ale nie podobny. Hej coach, kto to tam wszedł do busu. Charli! ?!? Aaa Chadli! Obciął się specjalnie tak, żebyście gonie poznali! Możemy mu zająć minutę? Pewnie, jak minutę to czemu nie, po czym ekipa wbija się do busu i spokojnie zbiera autografy.

Kilka minut wcześniej Michał wypytuje wszystkich, którzy mogą wiedzieć, kto pojedzie na konferencję. Podjeżdża jakiś minibus. Kierowca staje koło nas, przygląda się i zaczyna pytać po angielsku czy jesteśmy dziennikarzami i czy jedziemy z nim na konferencję. Tak, pewnie, czemu nie. Nie, spoko żartujemy. A to nie wie Pan kto tam pojedzie? Całość ciągle po angielsku, wywiązuje się kilku minutowy dialog. Widać, że wszyscy się starają pięknie ładnie po angielsku mówić, po czym tylko lekko znudzony i oparty o kolumnę przed Sheratonem autor tego tekstu stwierdza: A może Panowie tak po Polsku porozmawiamy? Konsternacja z obu stron. Kierowca, spoko, możemy. Myślałem, że jesteście zagranicznymi dziennikarzami, ale dzień.

Darek wącha kwiatki, od góry

Darek wącha kwiatki, od góry

Darek, stary imprezowicz, wszędzie kogoś zna, więc we Wrocławiu rusza na balety. Godzina 23:59. Sms. Ej (cenzura) spotkałem na klubach Ćwięlonga, Sobotę, Kelemena i Dudka, gadałem z Pepe, że taką drogę przebyłem po grafy, a oni jutro nie trenują. Sms zwrotny. A to pogoda i pora do imprezowania dopisuje? Nie zrozumiał, a szkoda.

Sobota. Wrocław. Włosi już odlecieli. Pogoda dopisuje. Stwierdzam, że idę choć trochę pozwiedzać, bo jedyne co widziałem przez 2 dni to autobusy, rozkopany dworzec, galerie handlowe, hotel i lotnisko. Mateqi zostaje ze mną. Szybko sprawdzamy, że Młody Śląsk gra z Młodym ŁKSem na Oporowskiej. Trochę chodzimy po Wrocławiu, ale nie ma co, jedziemy na mecz. Kilka osób udało się dorwać, ale ciągle interesowało nas, co to za Brazylijczyk może siedzieć na trybunach. Kolejny raz 90minut na telefonie. Chyba Alexandre? Idziemy do Łukasza Madeja, podpis, zdjęcie, Panie Łukaszu, czy to tam siedzi Alexandre. Tak, na pewno. Na pewno? Tak, na pewno. Spoko. Hey Alexandre możesz nam tu podpisać, Brazylijczyk ściąga słuchawki z uszu, podpisuje, Mateusz robi z nim fotę. Ale, hmmm, mi to nie wygląda na podpis Alexandre. 90minut. Szybkie sprawdzenie kadry Młodej Ekstraklasy Śląska i jest.
Niejaki Dudu.

Wrocław. Zbieramy przed hotelem Polaków. Nagle przyjeżdża ktoś. Skądś go znamy. A, Wojciech Gąssowski. Jak już stoimy to co nam tam, zbierzemy sobie. Krótka rozmowa. Pan Wojciech zamyślony, a może macie pożyczyć jakiś mazak, też bym sobie ich pozbierał.

Ląduje Fulham. Pulpet próbuje robić fotki z ręki z Hangelandem. Hangeland od niego o 2 głowy wyższy. Pyk, jedna, urwana głowa Pulpeta, drugie podejście. Tym razem Brede bez głowy. Udało się, chyba, za 3 razem.

True story, bro!

WPIS AUTORSTWA GOLLAZA.

Opole we Wrocławiu

13 listopada 2011, Autor: Agres0r

Jakiś czas, czyli tydzień temu, ustawiłem się z forumowym Unkasem – prywatnie Denisem, na trening reprezentacji Polski PZPN, który odbył w mieście Wrocław, w celu pozbierania autografów podopieczny selekcjonera Smudy.
Zaplanowaliśmy datę 9 listopada roku bieżącego 2011, bowiem akurat tego Denis nie miał zajęć na uczelni, ja miałem wyłącznie Regionalizm w systemie administracji publicznej z panią dr Woźniak, dzięki czemu również miałem dzień wolny. Zdjęcia wywołane, budzik nastawiony, jedziemy!
Zacznę pompatycznie – podbudka 6:45, śniadanko, kawcia, poranna toaleta i można ruszać. Ruszać, w sensie zejść z czwartego piętra na dół, po drodze wyrzucając śmieci, odpalić papierosa, przejść na drugą stronę ulicy i znaleźć się na opolskim dworcu PKP. Dopalając papierosa chwyciłem za telefon, wybierając numer do Unkasa. Po chwili chłopak stojący kilka metrów dalej, wzbudzający we mnie pewne podejrzenia, co do bycia Unkasem odebrał moje połączenie, szybkie zapoznanie na zasadzie: - Maciej. – Denis., zakupienie biletów na pociąg relacji Opole – Wrocław, chwila oczekiwania i odjazd. Usiedliśmy sobie na spokojnie, zajmując pierwsze lepsze miejsce w niezwykle inkluzywnym wagonie wiadomego przewoźnika, rozpoczęliśmy rozmowę, przerywaną prezentacją starannie wykonanych wywołanych zdjęć, które postanowiłem, sposobem Jedynego Zawodowego Kolekcjonera Autografów, którego z tego miejsca chcę serdecznie pozdrowić, wpiąć w zeszyt A4 mojego kolegi z roku,  robiąc sprytne rozcięcia kluczami z mieszkania. Godzina szybkiej jazdy i witamy Wrocław!
Tu zaczęły się pierwsze schody. Nie chodzi mi oczywiście o to, że musieliśmy schody minąć, tylko o fakt, że wraz z Denisem, mówiąc delikatnie, słabo znaliśmy topografię miasta. Papieros w usta i poszukiwania przystanku, whatever autobusowego czy tramwajowego, który zaprowadziłby nas do celu, jakim był stadion przy ulicy Oporowskiej 62. Pewien poczciwy dżentelmen, który zapewne jest zwykłym gburem, wskazał nam tenże przystanek. Sprawdzamy godzinę odjazdu autobusu linii 125 – 9:50. Na zegarku 9:30, w głowie myśl, że autobus nie jedzie dokładnie pod stadion i zastanowienie – co by tu zrobić. Aż nagle, przy tablicy rozkładu jazdy pojawiła się pewna sympatyczna pani, która wskazała nam drogę, a wręcz zaprowadziła, na linię tramwajową numer 11, którą ruszyliśmy. Oczywiście, ani mi, ani Unkasowi nie chciało się zapamiętać,  na którym przystanku mamy wysiąść.
Jedziemy i jedziemy. Bez biletu, bowiem maszyna znajdująca się wewnątrz przewyższała swoją obsługą nasz intelekt, gdy zadzwoniła do mnie moja dziewczyna:
- I jak tam?
- A jedziemy i jedziemy, końca nie widać, nawet nie wiem gdzie mamy wysiąść.
- A gdzie teraz jesteście?
- Fedrom, Fadrom, coś takiego.
- Dobrze, sprawdzę w internecie gdzie macie wyjść.
Chwila oczekiwania, bo w końcu to internet mobilny …
- Aniu, jesteśmy na jakimś F.A.T-cie, coś takiego.
- No to przejechaliście o cztery przystanki za dużo!
DENIS! WYSIADAMY!
Czym prędzej przeszliśmy na drugą stronę, wsiedliśmy w tramwaj jadący z powrotem i znaleźliśmy się tuż przy stadionie, tuż po krótkim marszu. Przychodzimy pod stadion, kilka osób oczekujący na autobus reprezentacji, dobre pół godziny do rozpoczęcia treningu i wiele znaczące słowa pana ochroniarza, Alberta.
TRENING ZAMKNIĘTY.
No to świetnie. Negocjujemy, pytamy, że zdjęcia, że autografy, ze z daleka, że studenci, że biedni, że głodni. Nie podziałało.
CZEKAMY.
Podjeżdża autobus reprezentacji, wspaniale. W międzyczasie inny, żądni zdobycia podpisu czy zrobienia sobie zdjęcia, dołączają się do nas w narzekaniu na nie wpuszczenie pięciu osób na wielce zamknięty trening, naszej wielce zabunkrowanej reprezentacji.
CZEKAMY.
Sklep WKS odwiedzony, spoglądanie z  zazdrościa na tych, którym udało się wejść: yyyy, ja po bilety/zanieść CV/do kogoś tam/do klubu/. Naturalnie wszystkie możliwe portale, telewizje i gazety również obserwowały zamknięty trening. A wtem!
Palę sobie papierosa, obok mnie przechodzi trzech gości, jakby nigdy nic wchodzą, ochrona się z nimi wita, a mi w głowie kołacze się myśl – czy to był … Tak, to Jezierski – odpowiada ochroniarz Albert, nękany co pięć minut pytaniami czy nie da się nic zrobić, czy przekaże zdjęcia i takie tam. - Hmmm, Jezierski wróci, to go zbiorę – pomyślałem, mając w torbie zeszyt i marker Unkasa w kieszeni. Nagle obok mnie przechodzi starszy pan, w dresiku i czapce bejsbolówce. - Panie trenerze, można podpis? - zapytałem, i po chwili we wspomnianym notesie, miałem już autograf trenera Lenczyka. Unkas postąpił podobnie, a zza rogu wyłonił się autobus piłkarzy Śląska Wrocław.
Poranny trening reprezentacji dobiegł końca, ten otwarty dopiero za kilka godzin, bramy stadionu otwarte, więc nie mając nic do stracenia, weszliśmy z Denisem na teren obiektu. Chwila zwiedzania, zapoznanie się z miejscowym kolekcjonerem, szczycącym się posiadaniem autografu Zidane’a i opowiadającym o tym jak to zbiera osobiście i się fotografuje z każdą znaną personą, przy okazji mającym też pojęcie, kto ze Śląska jest kto (akurat w tym aspekcie mieliśmy z Denisem ogromny problem). No i się zaczęło – Cristián Omar Díaz, Johan Voskamp, wspomniany Jezierski, Waldemar Sobota czy Piotr Ćwielong. Autografy jeden po drugim lądowały w naszych zeszytach – naturalnie, gdybyśmy wiedzieli co się święci, przygotowalibyśmy wcześniej zdjęcia, ale co tam.  Mateusz Cetnarski podpisując się wspomniał o fotkach, które trzyma w aucie, i co nas bardziej zaciekawiło, o treningu o 15:00. Wpadł nam jeszcze Marián Kelemen, posłuchaliśmy rady wrocławskiego kolekcjonera, mówiącego, żeby udać się pod hotel, szybki wywiad na polsatowskich Wydarzeń w sprawie braku godła na koszulkach i z Denisem postanowiliśmy jednak udać się pod wspomniany hotel.
Z planów zrezygnowaliśmy całkowicie nie łapiąc się w rozkładach oraz nie znajdując nikogo, kto mógłby nam pomóc w określeniu drogi, udaliśmy się na BP, w celu zjedzenia czegoś pożywnego. Zadowoliliśmy się hot-dogami, ja wypiłem kolejną tego dnia kawę. Nieco oddaliliśmy się od stadionu, na który postanowiliśmy wrócić na własnych nogach, nieco wydłużając sobie drogę.  Po kilkunastu minutach dotarliśmy na Oporowską 62, pochodziliśmy nieco obok budynku klubowego, zatrzymaliśmy się przy szatni i wyczekiwaliśmy. Kilka metrów od nas stał jakiś łysy dziennikarzyna lokalnego radia. Podchodzi do niego ubrany w dres – łee, jakiś no-name trenerzyna – pomyśleliśmyi zaczyna się rozmowa:
- Ze mną jest właśnie Janusz Sybis …
Janusz Sybis? Google w telefonie pozwoliło nam się dowiedzieć, że jest to legenda Śląska Wrocław, piłkarz grający również osiemnaście razy w reprezentacji Polski. Te cenne informacje spowodowały +1 w naszych kolekcjach. Tadeusz Socha, Łukasz Madej, Marek Wasiluk, Sebastian Dudek oraz Rafał Gikiewicz – zawodnicy kończyli treningi na rowerku i chętnie podpisywali nam się na zdjęciach. Obok nas stało dwóch ćwierćinteligentów, z koszulkami Śląska, które mieli na sobie, zbierając podpisy. Gimnazjaliści, w szykownych dresach JP i halówkach Nike’a, zamienili oczywiście z nami kilka słów, aczkolwiek rozmowa z nimi, była na poziomie naszych niektórych forumowiczów, co sprytnie z Denisem zauważyliśmy, stwierdzając, że czujemy się jak na forum. Przy okazji, może to któryś z Was? ;-)
Piotr Celeban i Przemysław Kaźmierczak zakończyli naszą przygodę z autografami, bo nagle zrobiło się zimno, godzina 16 z minutami o ochrona oczywiście nas wyprosiła, informując, że dla kibiców otwarta jest trybuna.
- A to autografów już nie będzie można zdobyć?
- Nie ma szans.

- Panie, motyla noga, czekamy tu od rana.
- Co mnie to obchodzi? – rzekł szef ochrony i doprowadził mnie i Unkasa do szewskiej pasji. No to czekamy, aż trybuny się otworzą, mróz przypomina mi o tym, że kurtka zimowa została w domu, kibiców zeszła się pokaźna ilość, bramy otwarte … WCHODZIMY!

Trening jak to trening, nic ciekawego napisać o tym nie można, bieganie, podawanie, kopanie, gierka (1:0 po golu Obraniaka dla I składu, w drugim brylował Frankowski …) i rozmowa z Tomaszem Rząsą, od którego Unkas wziął autograf, o tym co da się zrobić, żebyśmy wzięli autografy. Pan Tomek, strasznie sympatyczny chłop, uznał że coś się da zrobić … Się przeliczył. Koniec treningu, zawodnicy udają się do autobusu, my czekamy przy płocie, (nie można było wpuścić kilkunastu osób na powierzchnię dla mediów) razem z nami ojcowie z dziećmi, które chcą sygnaturki swoich idoli. Większość zawodników, ma nas w dupie, za przeproszenie, bo zimno, bo zmęczeni, bo Playstation, kilku jednak podchodzi – Peszko, Wasilewski, Obraniak , Perquis, Błaszczykowski, Szczęsny. Był również trener Smuda, który w swoim stylu głupkowato się uśmiechał, kiedy ktoś rzucał tekstem o Adamiakowej, Biedronce, czy jego maturze. Wpadło kilka podpisów, dzieci zadowolone, my mniej. Pojawiła się propozycja pojechania ze wspomnianym wrocławskim kolekcjonerem pod hotel, z której jednak z Unkasem ze względu na całodniowe zmęczenie, nie przyjęliśmy.
Tramwaj, standardowo bez biletu, kilkominutowe poszukiwanie dworca PKP, sympatyczny fakt, że pociąg dopiero za godzinę, większość czasu stanie w gigantycznej kolejce po bilety, szybka szama okropnej bułki za 5,50zł z dworcowej budy i wojaż do Opola. W pociągu staranne liczenie autografów, rozmowa o dniu pełnym wrażeń i planowanie wspólnego zbierania autografów piłkarzy z Roosevelta 81 na dniach.

Reasumując, może szkoda, że nie pojechaliśmy pod hotel, być może zbiory byłyby bardziej obfite, może szkoda, ze nie pojechaliśmy kilka dni później, mielibyśmy autografy Włochów. Ale z drugiej strony niespodziewane kilkanaście podpisów piłkarzy Śląska Wrocław i dobre wspomnienia pozostaną, a co do Włochów, to na Facebooku w znajomych mam Pirlo, to znaczy nie Andreę z Juventusu, tylko Karola (pozdrawiam!), więc tak naprawdę, to nie ma czego żałować, do zobaczenia na kolejnych zlotach, wypadach i podróżach, które oczywiście skrzętnie opublikuje na łamach tego bloga, pisząc kolejną notkę na ponad 1400 słów w niecała godzinę.

Pozdrawiam,
Agres0r.

PS. Unkas też możliwe, że was pozdrawia, ale do końca, to nie wiem.

Pamiętajcie o Alamo!

13 września 2011, Autor: mani
Mamy tu Meksyk, o jakim nawet nie śnisz!

Mamy tu Meksyk, o jakim nawet nie śnisz!

Pamiętacie o Alamo? Znaczne, nieprzyjemne siły meksykańskie chcą stłamsić biednych Teksańczyków, ale Ci twardo się bronią przez 13 dni. Nie? To właśnie będzie historia o nieprzyjemnych meksykańskich siłach, zielonej hołocie i naszej nieustraszonej z manim walce o autografy.

W składzie mani, Pycio, śmietana, gollaz postanowiliśmy zrobić wycieczkę w krainy dzikie, by pozbierać narodowych reprezentantów Meksyku w piłce nożnej, zobaczyć mecz międzynarodowy wspomnianej drużyny z polskimi kopaczami i jak zwykle miło spędzić czas. Data: 01.09 (czwartek) – 03.09.2011 (sobota).

Od poniedziałku, kiedy Meksykanie przylecieli napływają do mnie z różnych stron sprzeczne informacje. Na lotnisku spoko, podpisują dużo, Torrado only one, Hernandez tylko na koszulkach i proporczykach, ale zawsze coś. Plan mam opracowany, zdjęcia wywołane pośrednio, czas ruszać w drogę. Melduje się w pogrążonej ciemnościami stolicy już o 4 rano, Marcin dociera jakieś 3,5 godziny później. Szybkie śniadanie w postaci tradycyjnej kuchni warszawskiej (kebab) i czas ruszać pod hotel. Nawet udaje nam się trafić bez problemów, pod hotel schodzą się oprócz nas inni kolekcjonerzy, dojeżdżają forumowi MAT92 oraz Krystian, kilku innych znanych mi z opowieści kolekcjonerów, czas nam mija spokojnie, aż w końcu idą na nas te hordy nieprzyjaciół. Ja dopadam jednego, Ochoę x2, mani upolował 3, ale grafów ma 5. Inni jeszcze gorzej. Torrado na każdym zdjęciu twierdzi, że to nie on. No to się nam pięknie zaczęła przygoda. Pojechali. Ile mogą mieć trening? 2 godziny? Czas na piwo! Wbijamy do Ogrodu Saskiego, różne dziwne zwierzęta tam, żyją, kombinacje psów z końmi. No nic, jak piwa nie można, to może można Ice Tea z pianką? Ledwo załyczyliśmy a już nas atakują niebieskie stwory. O Panowie, tak ciepło, a Wy bez piwka? A telefony skąd macie? Kradzione! A skąd? Z salonu! A to w porządku, widzę fajne chłopaki, no to nic, do widzenia! Oby nie, siema! Do widzenia!. Powrót pod hotel, już za chwilę wrócą, już za godzinkę! Albo za dwie? Wrócili po 5. Ilość zdobytych podpisów: 0. Meksykanie wszyscy tacy sami, koniec, ja przestaję zbierać na zdjęciach, bo nic z tego nie będzie. Kapitalnie!

Ono też chciało być piłkarzem!

Ono też chciało być piłkarzem!

No to nic, lecimy na obiad, tradycyjna kuchnia warszawska dalej w modzie (McDonald) i pod hotel Polaków. Tam już jakoś idzie lepiej. Na pierwszy ogień idzie Cezary Kucharski, dalej z grubej rury, Roman Kołtoń, który uwaga! nie jest piłkarzem, choć zawsze chciał nim być, Jacek Kazimierski, sędzia spotkania Alexandru Deaconu, dalej reprezentanci, Sandomierski, jest, Wawrzyniak, jest! Hmm, mani, kurde, tyle mam tych zdjęć, a jeszcze ani jednego nie podpisanego? Bo mani to wiadomo, już miał z 80 zdjęć podpisanych, jak się wywołuje 14 Małeckich i 23 Błaszczykowskich to tak jest . Wreszcie coś się ruszyło, Szczęsny jest, Wasilewski jest, Smuda, jest, Frankowski, jest, Zieliński, jest. W zasadzie to nie pamiętam czy akurat tych złapaliśmy po treningu, przed treningiem, czy dopiero nazajutrz, zbieraliśmy 3 razy i nie wyglądało to źle.

DAREK PASIEKA!

DAREK PASIEKA!

Kilku nie udało się zebrać, dołożyliśmy kilka niespodziewanych grafów – Kasperczak, Borek, Baszczyński, Kowalewski… i DARIUSZ PASIEKA! Personalne zwycięstwo Marcina. I Pana Dariusza, który prawie przemknął się niezauważony. Jedynie uciekł nam młody Koźmiński. Tylko od Jarka Jakimowicza nikt autografów nie chciał. Wiadomo, to Meksyk miał być najważniejszy na tej wycieczce, więc opisywanie zbierania Polaków sobie już odpuszczę. Szybkie zakupy, bo na Bielanach gdzie spaliśmy nie ma żadnych sklepów (tak twierdził Pulpet, który spał tam wcześniej z Pirlo). Te nic to Żabka, Biedronka, Makro i inne sklepy, no ale… Szybka podróż metrem, autobusem, z buta, prawie jak Stare Miasto i Jak Się Poruszać Po Mieście, na miejscu czteropak na kolację i spać. Ponad 40 godzin bez snu zrobiło swoje.

Polska - Meksyk

Polska - Meksyk

Z hotelu wybijamy o świcie, rano Meksykanie mieli mieć rozruch, spacer, czy coś w tym stylu. Pod hotelem stała ekipa. Meksykanie znowu rach ciach ciach i są w busie. Trzech udało się dopaść, maniemu dwóch. Skok ilościowy w moim wykonaniu ogromny. Dowiadujemy się, że rozruch mają na Polonii, więc szybka konsultacja z MATem, przechodniami i ruszamy tramwajem na Konwiktorską. Trening zamknięty dla publiczności, tzn. wchodzą wszyscy, którzy chcą oprócz mnie, maniego i dwóch kolegów. Nawet gość na rowerze. Ale przecież ochroniarz wie, kogo może, a kogo nie może wpuścić i nie ma o czym dyskutować. Jak mani miał Pasiekę, tak ja miałem Piotrka Stokowca. A co? Nie po to przyjechałem do Warszawy, żeby nie zbierać kogo się tylko da. Rozruch kończy się dość szybko, znowu udaję się załapać na 2 czy tam 3 autografy. Gdybym zdobył w jeden dzień 7, to byłbym zły. Teraz jestem nieoczekiwanie zadowolony. Już siedem! A jeszcze z cztery podejścia. Czas najwyższy na tradycyjną kuchnię warszawską (tym razem wypadło na KFC) i znowu pod hotel Polaków. Czasu trochę mieliśmy, więc plan był, aby wpaść do sejmu, przemówić coś, senatora Piechniczka spotkać, niestety skończyło się tylko na oglądaniu budynków sejmu i senatu z zewnątrz. Polaków pod hotelem pozbieraliśmy, więc czas na mecz.

Piknik

Piknik

Mecz jak mecz, mani nie chciał kibicować, ja kibicować z założenia mogłem tylko Meksykowi, zasmakowaliśmy tradycyjnej kuchni warszawskiej (kiełbasa w bułce), piknik na 100%. Polacy kopali jak umieli, Meksykanie na pół gwizdka. Ja już na Pepsi Arenie, która wtedy jeszcze nie była gazowana, byłem, mani nie, nie wiem jak jego opinia, ale mi się podoba. Po meczu próbujemy wydostać się z pod stadionu busem. Nasz cel to oczywiście hotel Meksykanów. Do pierwszego nie wbijamy, bo jest przepełniony, drugi i trzeci nie przyjeżdżają, więc ewakuujemy się z buta. Jak tylko odeszliśmy na 2 minuty przyjechał pierwszy, znowu przepełniony. Kolejny jedzie, biegniemy, jest, udało się. Jedziemy razem z grupą meksykańskich kibiców. Przynajmniej wesoło było, tylko Polki, blondynki, mimo życzeń naszych gości nie chcą tańczyć na rurkach.

Chicharito

Chicharito

Pod hotelem kilka osób, jedna dziewczyna chce się rozbierać dla Chicharito, piłkarze podjeżdżają, tym razem w końcu coś konkretnego, Marquez podpisuje raz, dos Santos raz, zawsze coś i jakiś dziwny gość na Ch też, szkoda, że to tylko Cherookie. Jest ok. Jak na nich. Znajomy schemat, metro, nocny bus, oooops nie ten co miał być, wracamy z buta dość trochę, kolejny nocny bus, kilka piw, godzina 3, wstawać na 7, żeby zbierać jeszcze Polaków przed odlotem do Gdańska? Chęci może i były, ale dajemy sobie spokój.

Rano kolejny trening Meksykanów, tym razem od razu udajemy się na Polonię. Schodzą się znani już nam wcześniej kolekcjonerzy oraz forumowy Michał. Jak możecie się domyśleć, nie tylko na forum ma takie imię! Choć sprytne by było gdyby miał np. Wojtek, o! Na trening Meksykanie przyjeżdżają w okrojonym składzie i zaliczamy kolejny pusty przelot. Na szczęście po są znacznie milsi. Znowu Marquez podpisuje, mani ma chyba z 11 jego autografów (tak, ferrari, aż tyle!) , dos Santos, Salcido. Wyłamuje się jak zawsze trener. Ja znowu złapałem tego na Ch! Przynajmniej go przehandlowałem z manim na Israela. Co to by był za dzień, gdybyśmy nie skosztowali tradycyjnej kuchni warszawskiej (znowu McDonald)? Tym razem towarzyszył nam Michał. Pojedli, to czas kupić mazak. Dla maniego skończyłoby się to prawie dożywociem. Chciał być kurde Playboyem! Bramka pikała i pikała, a w dwóch plecakach maniego można było znaleźć prawie wszystko. Już miał się rozbierać do majtek, ale na szczęście to tylko dezodorant, do tego w połowie pusty (a może w połowie pełny?). Ostatnia szansa nas jeszcze czekała na lotnisku. Michał pokazuje nam, gdzie w Warszawie spokojnie można wypić piwo, droga mija szybko. Jesteśmy, znowu te same osoby! Znowu te same autografy, Duenas, Ochoa, Barrera. Tylko jeden jakiś przygłupi. Ale trzeba mu wybaczyć, w końcu ostatnio miał jakiś uraz głowy, niech już leci jak najdalej. No to pa zielona hołoto! Ich wizytę kończy stwierdzenie Darka, w końcu polecieli. Od Michała razem z manim dostajemy w prezencie po autografie Sinhy na zdjęciu. DZIĘ-KU-JE-MY. Jeszcze ostatni tradycyjny posiłek warszawski (Burger King), piwo w Złotych Tarasach, obczajanie reprezentacji u-17 Cypru, która też się tam szlajała i wreszcie powrót z zaświatów na Śląsk! Podróż błyskawiczna, gdy ja dojeżdżałem do Katowic mani dopiero wsiadał do pociągu.

Bilans zysków to 21 autografów od 14 Meksykanów + dwa, po jednym od maniego i Michała + sporo autografów Polaków. Było na pewno ciekawie, do następnego i pamiętajcie o Alamo!

WPIS AUTORSTWA GOLLAZA.

 

Unikatowy autograf od Mierzejewskiego

Unikatowy autograf od Mierzejewskiego

A na zakończenie kilka słów od maniego: Całą wyprawę będę wspominał bardzo dobrze. Od jej początku, kiedy ku mojemu zdziwieniu przyjechałem pociągiem na czas, gdzie mój tegoroczny wakacyjny bilans opóźnień w podróży to 2h do Cieszyna, 3h do Pragi, 1h z Krakowa, 4h do Krakowa, 0,66h do Wrocławia. W Warszawie mogłem się także sporo nauczyć. Przede wszystkim wiem już, że zdjęć nie należy przyklejać do zeszytu. O ile zbierając Wisłę w Trójmieście udało mi się Mateuszowi Kowalskiemu wyperswadować, że podpisywanie się pod zdjęciem, na obliczeniach matematycznych nie jest tym, co się od niego oczekuje, o tyle tym razem nie udało się. Stąd mam unikatowy podpis Adriana Mierzejewskiego (odklejając zdjęcie od kartki będę miał dwa unikalne podpisy, wciąż rozważam zrobienie tego). Ze zbierania Polaków najbardziej utkwił w pamięci Przemysław Tytoń, który raczył się mnie zapytać przy podpisywaniu drugiego z trzech zdjęć: „Co wy k**wa to sprzedajecie?” „Kto by Ciebie człowieku kupił? Ależ skąd!”. Muszę też zdementować niektóre rzeczy napisane przez Grzegorza. Nie podpisałem 14 fot Małeckiego i 23 Błaszczykowskiego, ich zostawiłem sobie na Gdańsk :P . Ponadto, nie podpisałem aż 11 Marquezów, więc nie łam się Szymon ;) Co więcej, jestem dumny z siebie po rozpoznaniu Darka Pasieki. Wrzesień był dla mnie dobrym miesiącem, bo kilka dni później ponownie spotkałem pana Darka, kiedy przechadzał się po terenie sopockiego hotelu Sheraton. Tym razem jednak nikt ze zbierających kolekcjonerów nie pofatygował się po jego podpis :( No ale nic, pewnie kolekcjonerzy z Warszawy już go mieli, na niejednym zdjęciu. Wypad całkiem pozytywny, szkoda, że niektórzy użytkownicy nie dotarli, jak mieli. Ale może następnym razem wyjdzie lepiej: większą ekipą i bardziej przyjaznych grajków do zbierania ;)

Monchengladbach 2011

12 września 2011, Autor: luki

Przeglądając blog, czytając najnowsze przygody kolekcjonerów podczas zbierania autografów doszedłem do wniosku, że trzeba zrobić coś inaczej, coś co przykuje uwagę na dłuższy czas. Przygotowując się do pisania głowa była pełna pomysłów, pełna oryginalności. Chciałem żeby nie powtórzyła się sytuacja z moim poprzednim wpisem, ale jednak. Dylemat czystej kartki… brak czasu i późniejszy brak weny przyczyniły się do tego, że ten wpis będzie jednym z wielu, będzie w dalszym ciągu powielał ten sam schemat: kto, gdzie, kogo, nic więcej. Bo po co na siłę kombinować? Albo dobra, będzie inaczej, ale w góry uprzedzam, że to co będziecie czytać z założenia ma być chaotyczne i niezgodne z jakąkolwiek chronologią.
Lato w Polsce nie dopisywało, więc postanowiłem wyruszyć na zachód, ku słońcu. Nic bardziej mylnego. Pogoda płatała figle, odechciewało się wszystkiego: biegania, chodzenia, mówienia, a tym bardziej proszenia o autografy. W takich warunkach pracować mogą tylko zawodowi kolekcjonerzy, których jednak jest jak na lekarstwo. Dlatego też musiałem zaczerpnąć informacji u jedynego znanego mi profesjonalisty w tym fachu. Rozmowa z owym osobnikiem była krótka, ale bardzo treściwa. Dowiedziałem się tego czego oczekiwałem, czyli niczego. Sfrustrowany otaczającą mnie rzeczywistością zdecydowałem wziąć się w garść i zrobić to po co tam przyjechałem. Ubrany, pachnący fiołkami, uzbrojony w marker, długopis, zdjęcia oraz karty pocztowe wyruszyłem na łowy. Zamierzony cel, czyli nowi gracze Gladbach plus Ci, których chce lud, został szybko zrealizowany, dwa treningi i po ptakach.
Data mojego urlopu została specjalnie dopasowana pod kalendarz gier Bundesligi. Dwa spotkania na Borussia-Park w ciągu tygodnia. Nic tylko wykorzystać. Na pierwszy ogień Stuttgart. Mecz raczej ciekawy. Bramki były, więc nie ma co narzekać, tylko wynik nie satysfakcjonował. Kolejny tydzień, kolejny mecz, tym razem Wolfsburg. Widowisko przednie, gra znakomita, a i bramki też w porządku, szczególnie ta ostatnia. 4:1 i pierwsze miejsce w tabeli, supcio. Nie było mi dane zebrać autografów po meczach. Bramkarze za szerocy, a ze mnie żaden kozak, nawet mój niemiecki nie pomógł.
Urozmaiceniem tegorocznego wyjazdu były Mistrzostwa Europy w hokeju na trawie. Widząc plakat pomyślałem ‘czemu nie?’. Skutkiem mojego zachowania jest ponad sto pięćdziesiąt podpisów od (dla większości) nołnejmów, dwukrotne zakochanie się oraz wiedza, że Rosjanie nie zmieniają koszulek i krótko mówiąc – śmierdzą.
To by było na tyle. Za rok kolejne wiadomości z rajchu. Ten rok zaliczam do udanych. Nie tylko za względu na podpisy. Dużo śmiechu, dużo niespodzianek, dużo niezapomnianych wrażeń, to jest to czego każdy oczekuje od wakacyjnych wojaży. Oczywiście też tych związanych z kolekcjonerstwem.

Na sam koniec chciałem Was przeprosić za moje wodolejstwo i oczywiście za opóźnienia. Biorę przykład od najlepszych, pkp!

Pozdrawiam,
Roger ze śmietana.

Cierpliwość jest kluczem do szczęścia.*

25 sierpnia 2011, Autor: mani
Ivan Jovanović

Ivan Jovanović

Za dziesięć dziewiętnasta. Ostatnie dwa autografy zebrane. Pomyślałem: „chyba jednak było warto” i ruszyłem w drogę powrotną do domu. Jeszcze raz spojrzałem na hotel położony przy Bulwarach Wiślanych, od nazwy którego robiło mi się już niedobrze, podobnie jak od widoku obrotowych drzwi wejściowych. A miało być szybko, łatwo i przyjemnie…

Do zbierania autografów zawodników APOEL’u Nikozja skłoniły mnie dwie rzeczy. Po pierwsze była to najprawdopodobniej ostatnia szansa na poważniejsze zbieranie podpisów w wakacje roku 2011. A po drugie? Na oficjalnej stronie najlepszej cypryjskiej drużyny znalazłem ładne profilowe zdjęcia piłkarzy. Powód może błahy… nie dla mnie. Zdjęcia odebrałem we wtorkowe południe, a następnie ruszyłem do centrum miasta, gdzie prawdopodobnie znajduje się jeden z hoteli, w którym zamieszkają Cypryjczycy. Wcześniej skontaktowałem się z Darkiem (forumowym Tick’iem) i doszedłem do wniosku, że nie zdążę w tak krótkim czasie dostać się na lotnisko, gdzie kilkanaście minut po godzinie dwunastej miał wylądować samolot z piłkarzami APOEL’u na pokładzie. Podobnie jak czeskie pociągi, tak i cypryjskie samoloty, a właściwie to jeden, okazały się zawodne. Piłkarze wraz z częścią kibiców wybierających się do Krakowa wylądowali z ponad godzinnym opóźnieniem.

Przechadzając się po Krakowskim Rynku otrzymałem informacje od Szanownego Darka, że zawodnicy z Nikozji zamieszkają w tym samym hotelu co przed laty m.in. Barcelona. Momentalnie udałem się nad Wisłę. Czekając na przybycie autokaru nagle zobaczyłem…  Tick’a, który pod hotel przyjechał razem z zaprzyjaźnioną osobą odpowiedzialną za organizację pobytu rywali Białej Gwiazdy w Krakowie. Zaraz potem pojawił się też oczekiwany autokar. Zgodnie z instrukcją hotelowego ochroniarza („Jak zbieracie sobie pod hotelem to nie ma problemu, ale ze środka będę musiał was wyprosić.”) zabraliśmy się do roboty. Warto dodać, że Darek uzupełniał kolekcję o te podpisy, których nie udało mu się zebrać na lotnisku, ja startowałem od zera. Pierwszy autograf to nie kto inny jak trener Cypryjczyków, Ivan Jovanović, kolejne to podpisy piłkarzy, których udało się rozpoznać. Cała operacja trwała nie więcej jak pięć minut. Po tym czasie zawodnicy w komplecie weszli do hotelu, a w ręce trzymałem tylko siedem podpisanych zdjęć. Nie byłem zadowolony, co innego Darek, który doszedł do wniosku, że nie będzie już dzisiaj starał się o ostatnie dwa brakujące autografy. Jako że nie miałem innych planów na popołudnie, postanowiłem zameldować się pod hotelem jeszcze o godzinie 17:00, kiedy na trening wyjeżdżać mieli piłkarze z Nikozji.

Nuno Morais

Nuno Morais

Z zapasem kilkunastu minut stawiłem się ponownie w tym samym miejscu, gdzie pięć godzin wcześniej. Nie wiedziałem, że najgorsze dopiero przede mną. Miły pan z ochrony poinformował mnie, że zawodnicy na konferencję prasową i wieczorny trening wyjadą dopiero kwadrans przed dziewiętnastą. Chwila zawahania … i stwierdziłem, że się nie wycofam. Zaczekam na ławce z widokiem na najdłuższą polską rzekę. Po godzinie zawodnicy powoli w kilkuosobowych grupach wychodzili z hotelu, aby jeszcze kilkanaście minut zaczerpnąć świeżego zatrutego krakowskiego powietrza. Pomyślałem: „w to mi graj!”. Jakiś czas później brakowało mi już tylko autografów dwóch panów: Mariosa Hlia i Estebana Solariego. Doszedłem do wniosku, że to niemożliwe, żeby mi uciekli, bo to dość charakterystyczni z wyglądu piłkarze. Po chwili zjawił się trener Jovanović wraz z kilkoma osobami ze sztabu szkoleniowego i stwierdził, że wszyscy są już w autokarze. Nie minęła sekunda, kiedy zwróciłem się do serbskiego szkoleniowca z prośbą, aby zebrał mi dwa brakuje podpisy, a ja sobie grzecznie na nie poczekam przed autokarem. Odpowiedź „No, It’s difficult, after training” nie satysfakcjonowała mnie. Ostatnią szansę upatrzyłem we wsiadającym do autokaru trenerze (a może to był kierownik albo masażysta?). Nie zważając na początkową reakcję (znowu usłyszałem „It’s difficult”) wsunąłem mu w dłoń dwa zdjęcia i marker, a kiedy udał się pewnym krokiem do środka autokaru pomyślałem, że to musi się udać. Tak też się stało.

Co mnie nauczyła dzisiejsza przygoda? Cierpliwość, cierpliwość, cierpliwość. Bez niej nie wytrwasz w kolekcjonerstwie. Wam i sobie życzę więc cierpliwości : )

*Przysłowie greckie.

WPIS AUTORSTWA JARZĄBA.

Fristajlo po kazachsku

17 sierpnia 2011, Autor: gelu

W przedostatni dzień czerwca wczesnym rankiem wyruszyłem do Białegostoku po podpisy Irtyszu Pawłodar. Tym razem nie z Łomży, bowiem w tym czasie przebywałem od kilku dni na turnusie geodezyjnym w turystycznej wsi Serwy, dwadzieścia kilometrów za Augustowem, więc musiałem się z niego urwać na jeden dzień. Pech chciał, że akurat w dniu wycieczki. Cóż, coś za coś.

Sergei Ivanov

Sergei Ivanov

Będąc w hotelu trochę się obawiałem przed podróżą o kilka aspektów min. jak pokonam odcinek Serwy-Augustów oraz o kilka innych np. nie wiedziałem w jakim hotelu będą nocować rodacy kolesia od ,,Fu, fu, fu, fu Fristajlo”. Pierwszy problem rozwiązał się genialnie, bowiem jedna z osób powiedziała mi, że trzy kilometry dalej za wsią jest bezpośredni autobus do stolicy Podlasia. Bardzo podbudował mnie ten fakt, bo inaczej pewnie jechałbym na stopa, a z tym różnie bywa. Dzień wcześniej kelnerka przygotowała mi jeszcze suchy prowiant na drogę i byłem już gotowy. Droga jak to droga, upłynęła pod znakiem czytania ,,Piłki Nożnej” oraz słuchania piosenek, głownie z repertuaru Queen. Jakoś przed dziewiątą byłem na miejscu, więc postanowiłem, że udam się do hotelu Gołębiewski, gdzie prawdopodobnie będą nocować Kazachowie. Rok temu gościł w nim także Aris Saloniki. Dotarłem na miejsce i uciąłem sobie krótką pogawędkę z ochroniarzem:

- Przepraszam, mógłby mi Pan powiedzieć czy w tym hotelu nocuje jakaś drużyna z Kazachstanu?
– No.., tak, nocuje.
– Aha, a czy nie orientuje się Pan, kiedy mogą przyjechać?
– Oni już przyjechali, dziś w nocy, chyba z Grodna i są już w hotelu.
– A czy jeśli któryś z piłkarzy poruszałby się wewnątrz hotelu przy stolikach to mógłbym wejść do środka i wziąć podpis?
– Nie… To niemożliwe.
– Dlaczego?
– No… Po prostu nie, takie są procedury.
– Jakie procedury? Jak byłem w zeszłym roku to nie było żadnych procedur, pański kolega po fachu bez problemu wpuszczał każdego. Kto wymyślił te procedury?
– Po prostu od zawsze są, nie to nie.
– Dobrze, a mi się wydaje, że nie ma żadnych procedur, tylko Pan po prostu nie chce mnie wpuścić.
– No bo wiesz, oni są zmęczeni, a tu jeszcze te autografy…
– Dobrze, to już poczekam na zewnątrz.

Miałem w głębokim poważaniu jego argument, ale nie chciałem już się patroszyć, i tak by mnie nie wpuścił. Swoją drogą to ludzie narzekają, że młodzież jest zdegenerowana, że pije, pali, ćpa, a jak ktoś kulturalnie chce wziąć kilka głupich autografów to jak zwykle pojawiają się problemy.

Potem przez jakieś trzy minuty zrobiłem dwie rundki wzdłuż hotelowego chodnika, co chwilę zerkając przed szybę do środka hotelu. Patrzę, patrzę… Kurka wodna, siedzi dwóch kopaczy! Jednego nie kojarzę z facjaty, ale drugiego od razu poznałem – to blondwłosy kazachski wirtuoz Eduard Sergienko! Zapukałem w szybę, spojrzał się, pokazałem mu mazak i jego zdjęcia, skumał czaczę i udał się do wyjścia na zewnątrz. Przywitał się uściskiem dłoni i podpisał wszystko, co miałem. Było dużo czasu, więc dla siebie wziąłem autograf z dedykacją. Podziękowałem i życzyłem powodzenia. Z tymi powodzeniami to trochę kłamałem, no może nawet więcej niż trochę, bo oczywiście chciałem, aby jakaś zagraniczna drużyna przyjechała jeszcze do Białegostoku. No, ale ,,Jadźka” skutecznie pozbawiła mnie tych zmartwień.

Tak czy inaczej zebrałem pierwszy podpis i oczekiwałem kolejnych. Będzie dobrze – powiedziałem sobie. I było, bowiem chwilę później do stolika dosiadł się były reprezentant Kirgistanu – Sergei Ivanov. To samo, co wcześniej: pukam w szybę, reaguje, pokazuję mazak i zdjęcia, gestem wołam go na zewnątrz. Z kolei on ręką pokazuje z uśmiechem na twarzy, abym to ja wszedł do środka. Kiwam głową, że nie da rady, więc on wyszedł na zewnątrz, przywitał się, podpisał foty, dla mnie z dedykacją, inna sprawa, że napisał ,,for Agrian” , ale nie szkodzi. Zrobiłem sobie także z nim zdjęcie moim niskiej jakości telefonem i podziękowałem. Tym samym podpis gracza z Kirgistanu (notabene 106 kraju w kolekcji) wszedł w moje posiadanie. Fajnie, tym bardziej, że lubię egzotyczne autografy. Minęła krótka chwila, ja właśnie chowałem podpisy Sergienki oraz Ivanova, gdy nagle na zewnątrz wysypuje się całą drużyna Irtyszu! Okazało się, że mają zaplanowany poranny trening na godzinę jedenastą.

Rodowity_Łomżanin i Mamoutou Coulibaly

Rodowity_Łomżanin i Mamoutou Coulibaly

Lekko zaskoczony, od razu dopadłem bałkańskie trio Daskalov-Govedarica-Nikolic i wziąłem od każdego podpis, Govedarica dał autograf dedykację pisząc cyrylicą. Serb dobrze mówił po angielsku, blisko niego trzymał się Mamoutou Coulibaly, od którego wziąłem podpis a także zrobiłem zdjęcie Govedarica początkowo myślał, że jestem z jakieś gazety, więc odpowiedziałem mu, że po prostu kolekcjonuję autografy piłkarzy. W międzyczasie zebrała się wokół kilkuosobowa grupa Kazachów, bynajmniej nie po to, by nucić ,,Fu, fu, fu, fu fristajlo!”, więc Serb wytłumaczył wszystkim w mowie Puszkina kim jestem. Znacznie ułatwiło mi to sprawę, bo większość sama podchodziła, ja rozpoznawałem, lub nie, po twarzy i dawałem zdjęcie do podpisu. Jeśli nie, to prosiłem, aby się przedstawił. Zauważyłem potem, że obok mnie cały czas stoi dwóch piłkarzy, okazało się, że to niejaki Danayev oraz Kryukov, o których nie miałem pojęcia, nie miałem ich zdjęć, więc wziąłem ich autografy na kartkach. Trochę się zdołowałem, kiedy dowiedziałem się, że do Polski nie przyjechali reprezentanci : David Loria, Murat Tleshev, Anatolie Doros i Vladislav Chernyshov. Zostały mi trzy zdjęcia- najbardziej doświadczony reprezentant Kazachstanu, który kiedyś biegał po polskich boiskach, czyli Aleksandr Kuchma a także dwóch trenerów – Ishutin oraz Talgat Baysufinov, który w przeszłości zaliczył epizod z kazachskiej reprezentacji grając w meczu z Turkmenistanem. W międzyczasie przypomniało mi się, że nie zrobiłem zdjęcia z Eduardem, więc pofatygowałem się w jego kierunku. Potem Kazachowie pokazali mi Ishutina, następnie Kuchmę, który akurat rozmawiał z trenerem Baysufinovem. Podszedłem, poprosiłem o podpis, podpisał dwa zdjęcia, po czym jak zobaczył kolejne, powiedział: ,,five minutes”. Po tym czasie podszedł do mnie i podpisał pozostałości, następnie zapytał po polsku: ,,Polak?”. Odpowiedziałem twierdząco, po czym on powiedział, po polsku, że przeprasza mnie iż musiałem czekać, ale miał ważną rozmowę z trenerem dotyczącą meczu (świetnie mówił po polsku, osoba postronna jeśli by go usłyszała to pomyślałaby że to nasz rodak).

Eduard Sergienko

Eduard Sergienko

Potem jeszcze zadał pytanie od kiedy zbieram, skąd wiedziałem że będą w tym hotelu, mówił też chwilę o epizodzie w chorzowskim Ruchu. Wszyscy prócz Kuchmy i Baysufinova (który był kilka metrów dalej) siedzieli w autokarze, więc poszedłem jeszcze do trenera po podpis. Długo nie mogłem znaleźć jego zdjęcia, co on skomentował: ,,trener nie”, ale na szczęście Kuchma miał sprawniejsze oczy i spostrzegł zdjęcie swojego coacha, które on oczywiście podpisał. Obaj udawali się w stronę autokaru, a ja właśnie przypomniałem sobie, że zapomniałem zrobić sobie zdjęcie z Kuchmą, więc krzyczę do niego, że chciałbym jeszcze zdjęcie, on odpowiada że już musi jechać, ja mówię że to potrwa tylko chwilę, więc się zgodził a ja szybko strzeliłem sobie z nim fotkę. Życzyłem powodzenia, Kuchma wsiadł do autokaru a ja oddaliłem się od hotelu, by powłóczyć się po mieście, podczas gdy Kazachowie będą trenować na stadionie, gdzie następnego dnia miał być rozegrany mecz. Po drodze wpadłem na pomysł, aby kupić kopertę, napisać na niej swój adres, włożyć zdjęcia piłkarzy, których nie było i dać jakiemuś piłkarzowi aby mi wziął autografy,najlepiej Govedaricy bądź Kuchmie, bo z nimi najłatwiej się dogadać. Po godzinie wróciłem więc pod hotel, nie było tam żadnych miejsc siedzących, więc postanowiłem się udać na ławkę obok przystanku. Usiadłem na niej, ale byłem odwrócony plecami do hotelu, to mnie zgubiło. Owszem, co jakiś czas się odwracałem, ale nie wtedy kiedy przyjechali. Więc odwracam się, a tu już autokar stoi pod hotelem. Motyla noga, mówię do siebie, po czym biegnę pod hotel i w ostatniej chwili udało mi się złapać Kuchmę, reszta już była w środku. Przedstawiłem mu sprawę z tą kopertą i zdjęciami, odpowiedział ,,Dobrze, zrobię to”, podziękowałem mu odgórnie i poszedłem. W środku koperty były zdjęcia pięciu piłkarzy, nie wiem jak jest z pocztą w Kazachstanie, fajnie jakby te foty wróciły podpisane, ale może być również tak, że Kuchma potraktuje tą sprawę po macoszemu.

Po drodze jeszcze wpadłem do hotelu Cristal, w którym często przebywa Jaga. Chciałem zrobić sobie zdjęcia ze Skerlą, Arzumanyanem oraz Frankowskim (które kiedyś miałem, ale gdzieś mi przepadło) oraz po podpisy ,,nowych”. Gdy zapytałem recepcjonistek czy dziś będą w hotelu, to odpowiedziały, że nie mogą udzielać takich informacji, co skwitowałem tekstem, żeby się nie obawiały, nie mam zamiaru nic im dosypywać do zupy, chcę tylko kilka autografów. Odpowiedziały, że naprawdę nie mogą udzielać takich informacji, oraz że mam być cierpliwy. A ja dałem sobie spokój i poszedłem na dworzec autobusowy.

Reasumując, udało mi się zebrać siedemnaście autografów, wśród nich nie było Asanbayeva, reprezentanta Kazachstanu, który był w Białymstoku, ale ja nie miałem w ogóle pojęcia o nim, nie wiedziałem, że gra on w klubie z Pawłodaru.

Dziękuję wszystkim, którzy przeczytali do końca.

Adzio

Tres jours de Pologne

16 sierpnia 2011, Autor: mani

Skoro na blogu posucha, a wszyscy mogą opisać swoje szalone przygody ze zbierania autografów to i moją (plus kilku innych osobników, zbieżność nazwisk przypadkowa) skromną historię przedstawię. Jestem w pracy, więc czasu na pisanie mam sporo :)

Plan na wakacje był w stu procentach podporządkowany dwóm wydarzeniom, zlotowi w Pradze, o którym możecie przeczytać (lub będziecie mogli) oraz naszemu jedynemu poważnemu wyścigowi kolarskiemu, zwanemu z polskiego Tour de Pologne. Urlop zaplanowany już dawno, szkolenie u jedynego polskiego zawodowego kolekcjonera z zasad BHP odbyte, wprawdzie biegowo jeszcze odstaję, ale wszystko przede mną. A poza tym w wakacje ciężka praca!

Przygotowania rozpoczęte już w czwartek, na pierwszy ogień idzie lista startowa, wykreślanie autografów już posiadanych, zaznaczanie głównych celów, ale zbieramy wszystko, stara zasada ze zlotu w Krakowie mówi, że im więcej tym lepiej i nie zbiera się na jakość, tylko na ilość! Piątek to przygotowywanie, gdzieniegdzie już legendarnych, ramek, wykupienie całego asortymentu kart pocztowych na głównej poczcie w Rudzie Śląskiej (w ilości 9 – słownie dziewięć) i wyjazd w stronę Częstochowy do rodziców. Dostęp na tym zadupiu do netu trochę ograniczony, ale niedziela wita mnie kacem, kilkoma zmianami na liście startowej, później także pośrednią informacją od niejakiego Mateusza, że w kilku teamach dyrektorami są medaliści IO. Szybkie poprawki i przygotowany znacznie lepiej niż w roku poprzednim mogę ruszać do boju.

"Znajdź sobie kogoś, kto pozbiera grafy za ciebie, a jeśli nie to przynajmniej ogarnie kto jest kim."

"Znajdź sobie kogoś, kto pozbiera grafy za ciebie, a jeśli nie to przynajmniej ogarnie kto jest kim."

Poniedziałek, czyli dzień pierwszy to 2 etap z Częstochowy do Dąbrowy Górniczej. Mój ciężko nudzący się na emeryturze ojciec deklaruje, że pojedzie ze mną i szybko oraz oszczędnie melduję się na starcie. Bez problemów trafiamy na start, gdzie część ekip już się zebrała. Pogoda strasznie niepewna, opady przekreśliłby plan, ale nawet po jakimś czasie wychodzi słońce. Fortuna nam sprzyja. Jak mówi Barney Stinson „I only have one rule”, czyli znajdź sobie kogoś, kto pozbiera grafy za ciebie, a jeśli nie to przynajmniej ogarnie kto jest kim. Po pozbieraniu autografu Lecha (Leszka wg TVP) Piaseckiego (starszy Pan, któremu pożyczyłem długopis zebrał sobie też jego autograf „Mistrzu, napisz dla Czesława i daj autograf! Ale napisz Pan też nazwisko, bo skąd mam wiedzieć kim jesteś!”) oraz kilku kolarzy Vacansoleil z Michałem Gołasiem w składzie („Hallo, could you sign?” spytał gollaz w tamtym roku Pana Michała, w tym roku postanowił nie popełnić podobnej gafy, ale postanowienia postanowieniami, a przyzwyczajenie pozostają, tym razem Michał nie raczył skomentować, w tamtym roku stwierdził „a ja akurat jestem Polakiem!”) znalazłem oczywiście taką osobę. W międzyczasie jeszcze ogarniam kilku kolarzy CCC oraz reprezentacji Polski, którzy z powodów finansowych przygotowywać do etapów muszą się na świeżym powietrzu. Ciekawe czy w tych busikach mają zezwolenie na przewóz tylu osób? Zasłyszana historyjka mówi, że związku nie stać nawet na reprezentacyjne rowery, więc kolarze jechali na klubowych. Zbieranie z moim nowym kolegą, który wiedział, kto, gdzie i kiedy przebiegało bardzo sprawnie. Kto odwiedził kiedyś miasto medalikarzy, ten wie jak wygląda ulica NMP, gdzie stały busy ekip. Dla kolekcjonera to jak gwiazdka w lato, nic tylko przebierać w potencjalnych celach. Po kilkukrotnym przejściu od początku do końca całej kolumny stwierdzam, że najlepiej ulokować się w jednym miejscu. Wypadło gdzieś w połowie stawki, wręcz idealnie, bo koło siebie ustawione były busy Katiuszy, Garmin, Liquigasu i Quick Stepu z takimi gwiazdami jak Tom Boonen, Danielo Di Luca, Luca Paolini czy Michaele Scarponi, tam zostaję aż do startu. W pierwszy dzień udało się zebrać ponad 60 autografów, co pozwalało patrzeć optymistycznie w przyszłość.

Będzin

Będzin

Wtorek i etap nr 3. Będzin – Katowice. Z jednego miasta do drugiego jakieś 15min pociągiem, trzeba było tylko dostać się do Będzina. 32km, które dzielą miejsce mojej pobudki z Będzinem przyszłoby mi pokonywać ok. 3 godzin pociągiem, więc kolejny raz korzystam z usług ojca. Do Będzina przybywamy nieoczekiwanie bardzo szybko i sprawnie, co powoduje, że jestem na miejscu sporo przed czasem. Postanawiam zwiedzić pobliski stadion miejski, na którym swoje spotkania rozgrywa miejscowa Sarmacja, poczytać nieodłączny dodatek Dziennika Zachodniego. Na półtora godziny przed rozpoczęciem etapu zjawiają się pierwsze ekipy, przy autobusie Radioshack wyczajam dwóch kolekcjonerów ze zdjęciami, więc szybka podbitka do nich, co tam mają ciekawego i czy wiedzą kto jest kto (patrz B. Stinson!). Po krótkiej rozmowie, jeden z nich stwierdza „a, ty chyba jesteś gollaz z kolekcja24!”. Trafiony, zatopiony. Kolekcjonerami okazali się aumiler oraz jego brat. Chwilę rozmawiamy, ale trzeba brać się do ciężkiej roboty, na pierwszy ogień idzie Astana, gdzie szybko skolegowałem się z włoskim kierowcą autobusu. On ani słowa po angielsku, ja po włosku kilka przekleństw, więc dogadaliśmy się szybko i komplet autografów Astany zdobyty. Z czasem pojawiają się kolejne autografy, jeden tu, drugi tam, m.in. trzykrotnego medalisty olimpijskiego Viatcheslava Ekimova (zwanego także Efimkinem), Alexa Rassmusena, którego przyszło mi lekko gonić (czekając przy autobusie HTC widziałem jego rower z przodu busu, czekałem przy drzwiach, a Alex w tym czasie załatwiał co trzeba w pobliskich krzakach) i kilku innych, lepszych lub gorszych zawodników. 5 minut przed startem zaczyna się ulewa i postanawiam zerwać się na pociąg do Katowic, gdzie byłem umówiony z Karolem, forumowym śmietaną.

Katowice

Katowice

W Katowicach jestem przed Karolem, a przynajmniej tak mi się wtedy wydawało, więc jeszcze szama na spokojnie i idę poczekać na niego na peronie. Oczywiście to on już na mnie czekał. Po mojej strefie bufetu plan był taki by udać się na strefę bufetów kolarzy zebrać jakieś bidony. Peleton dopiero wjechał do Katowic, miał jeszcze sporo kilometrów do pokonania więc spokojnie zmierzamy tam gdzie powinny czekać na swoich kolarzy ekipy. Kolarze mijają nas raz, drugi, trzeci, a my dalej idziemy w koło rundy i strefy bufetu brak. W końcu, gdy udaje się nam ją znaleźć to już trzeba się było zwijać na metę. Zdobywamy po bidonie Vacansoleil (kolarze piją z niego olej, jak sama nazwa wskazuje!), ja jeszcze Skya, który trafia pod moje nogi, a Karol De Rossy – Ceramica Flaminia (dla kolesia, który też taki otrzymał było to spełnienie marzeń, zawsze chciał mieć bidon reprezentacji Polski!). Na metę docieramy idealnie o czasie, finiszu oczywiście nie widzimy, ale na szczęście znajdujemy parking z niektórymi busami. Na miejscu jest już aumiler, zjeżdżają się cykliści, ja zbieram kilka, Karol trochę więcej, hitem był Mr. Żi (Ji Cheng), który przyjechał jako ostatni. Można powiedzieć, że były to jego ostatni podrygi w wyścigu, bo na następnym etapie wycofał się już po kilku minutach jazdy. Przy mecie zbieramy jeszcze zwycięzcę etapu Kittela, Karol jeszcze kilku Polaków. Umawiamy się na sobotę na Kraków, ja zabieram się z kumplami do domu autem, Karol pociągiem. Znowu ponad 50 autografów zdobytych + 2 bidony. Jest dobrze.

Kraków

Kraków

Po kilku dniach przerwy z Karolem meldujemy się w Krakowie. Sobota, krótki, ostatni etap, na szczęście wszystko w jednym miejscu. Podróż mija powoli, ale bez zbędnych opóźnień. Chwilę po wyjściu z dworca atakuje nas, poniekąd miła, przedstawicielka głównego sponsora wyścigu, proponując mojej skromnej osobie wzięcie udziału w krótkiej ankiecie z możliwym wygraniem pobytu w czterogwiazdkowym hotelu z SPA. Jako osoba, znająca wszystkie odpowiedzi na potencjalne pytania dotyczące TdP chętnie godzę się na udzielenie kilku. Pytania były arcytrudne, jednak nie z takimi rzeczami człowiek sobie radził.
- Czy wie Pan, kto jest głównym sponsorem TdP?
- Oczywiście!
- Yyy, no dobrze, a czy wie Pan, że Skandia, która właśnie jest głównym sponsorem TdP już od 150 lat proponuje…
- Teraz właśnie o tym czytaliśmy!
- Czy chciałby Pan poznać ofertę jaką proponuje Panu Skandia?
- Oczywiście…, że nie!
Jeszcze tylko musiałem podać dane (Pani nie skorzystała z oferty, by wpisać swoje dane i pojechać do spa), więc w nagrodę dostała lekko zmodyfikowane moje i ruszamy dalej. Ledwo zrobiliśmy kilka kroków, a już spotykamy aumilera z bratem i ojcem. Karol prawie by się zgubił, ale zachował czujność. Okrężną (a jakże mogłoby być inaczej?) drogą ruszamy w stronę Błoń, gdzie przy stadionie Wisły usytuowany był parking dla ekip. Pod parkingiem od strony Błoń spotykamy dwóch kolekcjonerów, z którymi potem mam przyjemność oglądać wyścig, na pytanie czy to na pewno dobry parking, odpowiadają, że chyba tak. Doświadczenie nabyte na zeszłorocznym zlocie mówi nam, że po drugiej stronie jest jeszcze jeden parking i nasze przeczucia okazują się słuszne. Widzimy autobus techniczny Saxo, czekających na reprezentację Polski kilku fanów i tyle… Na dodatek przejeżdża bus CCC i jedzie gdzie indziej, reprezentacja podjeżdża na chwilę, Karol zdobywa jeden autograf i Polacy odjeżdżają. Lekki napad paniki, iść na rynek czy czekać jeszcze? Karol znając skuteczność moich krakowskich wyborów stwierdza, że zostajemy, co okazało się w 100% słuszne. Po pewnym czasie pojawiają się kolejne ekipy (w tym Astana, z moim ulubionym kierowcą), oprócz kilku, które podobno są pod Cracovią, Karol zbiera dużo, ja powoli kompletuję brakujące autografy, śmietanie udaje się zebrać osobiście 2 autografy kolarzy, których nie było na miejscu oraz Mr. Crasha! Przed startem Karol znika w nieznanych okolicznościach, ja natomiast kieruję się na śniadanie (w końcu już była prawie 16) i na trasę. W trakcie wyścigu zdobywam jeszcze kilka bidonów, breloczek do kluczy CCC i na spokojnie oglądam rywalizację. Po etapie udaje mi się zebrać jeszcze kilka autografów, od p. Ekimova dostaję dokładny program TdP, z aumilerem czekamy jeszcze na zwycięzcę klasyfikacji górskiej, wspomnianego wcześniej Michała Gołasia, w tym czasie z pobliskiego baru dolatują nas odgłosy radości z zdobycia przez Wisłę bramki na 1-1 w meczu z warszawską Polonią. Michał podzielił losy Karola, więc odprowadzam jeszcze trochę aumilera i tramwajem wracam pod dworzec. Jeszcze tylko obiad w galerii, gdzie spotykam braci Skorupskich, szybkie zakupy wody mineralnej, które zamieniły się w czteropak Żywca i nagle, ni stąd, ni zowąd odnajduje się na dworcu zagubiony Karol. Powrót w miarę spokojny, oprócz fatamorgany jednego z towarzyszy podróży, któremu z braku napojów objawiły się po drodze Tychy. Ostatni dzień na TdP pozytywnie kończy świetne 3 dni i wypada tylko czekać na następny rok.

 

WPIS AUTORSTWA GOLLAZA

Tres jours de Pologne.
Skoro na blogu posucha, a wszyscy mogą opisać swoje szalone przygody ze zbierania autografów to i moją (plus kilku innych osobników, zbieżność nazwisk przypadkowa) skromną historię przedstawię. Jestem w pracy, więc czasu na pisanie mam sporo :)
Plan na wakacje był w stu procentach podporządkowany dwóm wydarzeniom, zlotowi w Pradze, o którym możecie przeczytać (lub będziecie mogli) oraz naszemu jedynemu poważnemu wyścigowi kolarskiemu, zwanemu z polskiego Tour de Pologne. Urlop zaplanowany już dawno, szkolenie u jedynego polskiego zawodowego kolekcjonera z zasad BHP odbyte, wprawdzie biegowo jeszcze odstaję, ale wszystko przede mną. A poza tym w wakacje ciężka praca!
Przygotowania rozpoczęte już w czwartek, na pierwszy ogień idzie lista startowa, wykreślanie autografów już posiadanych, zaznaczanie głównych celów, ale zbieramy wszystko, stara zasada ze zlotu w Krakowie mówi, że im więcej tym lepiej i nie zbiera się na jakość, tylko na ilość! Piątek to przygotowywanie, gdzieniegdzie już legendarnych, ramek, wykupienie całego asortymentu kart pocztowych na głównej poczcie w Rudzie Śląskiej (w ilości 9 – słownie dziewięć) i wyjazd w stronę Częstochowy do rodziców. Dostęp na tym zadupiu do netu trochę ograniczony, ale niedziela wita mnie kacem, kilkoma zmianami na liście startowej, później także pośrednią informacją od niejakiego Mateusza, że w kilku teamach dyrektorami są medaliści IO. Szybkie poprawki i przygotowany znacznie lepiej niż w roku poprzednim mogę ruszać do boju.
Poniedziałek, czyli dzień pierwszy to 2 etap z Częstochowy do Dąbrowy Górniczej. Mój ciężko nudzący się na emeryturze ojciec deklaruje, że pojedzie ze mną i szybko oraz oszczędnie melduję się na starcie. Bez problemów trafiamy na start, gdzie część ekip już się zebrała. Pogoda strasznie niepewna, opady przekreśliłby plan, ale nawet po jakimś czasie wychodzi słońce. Fortuna nam sprzyja. Jak mówi Barney Stinson „I only have one rule”, czyli znajdź sobie kogoś, kto pozbiera grafy za ciebie, a jeśli nie to przynajmniej ogarnie kto jest kim. Po pozbieraniu autografu Lecha (Leszka wg TVP) Piaseckiego (starszy Pan, któremu pożyczyłem długopis zebrał sobie też jego autograf „Mistrzu, napisz dla Czesława i daj autograf! Ale napisz Pan też nazwisko, bo skąd mam wiedzieć kim jesteś!”) oraz kilku kolarzy Vacansoleil z Michałem Gołasiem w składzie („Hallo, could you sign?” spytał gollaz w tamtym roku Pana Michała, w tym roku postanowił nie popełnić podobnej gafy, ale postanowienia postanowieniami, a przyzwyczajenie pozostają, tym razem Michał nie raczył skomentować, w tamtym roku stwierdził „a ja akurat jestem Polakiem!”) znalazłem oczywiście taką osobę. W międzyczasie jeszcze ogarniam kilku kolarzy CCC oraz reprezentacji Polski, którzy z powodów finansowych przygotowywać do etapów muszą się na świeżym powietrzu. Ciekawe czy w tych busikach mają zezwolenie na przewóz tylu osób? Zasłyszana historyjka mówi, że związku nie stać nawet na reprezentacyjne rowery, więc kolarze jechali na klubowych. Zbieranie z moim nowym kolegą, który wiedział, kto, gdzie i kiedy przebiegało bardzo sprawnie. Kto odwiedził kiedyś miasto medalikarzy, ten wie jak wygląda ulica NMP, gdzie stały busy ekip. Dla kolekcjonera to jak gwiazdka w lato, nic tylko przebierać w potencjalnych celach. Po kilkukrotnym przejściu od początku do końca całej kolumny stwierdzam, że najlepiej ulokować się w jednym miejscu. Wypadło gdzieś w połowie stawki, wręcz idealnie, bo koło siebie ustawione były busy Katiuszy, Garmin, Liquigasu i Quick Stepu z takimi gwiazdami jak Tom Boonen, Danielo Di Luca, Luca Paolini czy Michaele Scarponi, tam zostaję aż do startu. W pierwszy dzień udało się zebrać ponad 60 autografów, co pozwalało patrzeć optymistycznie w przyszłość.
Wtorek i etap nr 3. Będzin – Katowice. Z jednego miasta do drugiego jakieś 15min pociągiem, trzeba było tylko dostać się do Będzina. 32km, które dzielą miejsce mojej pobudki z Będzinem przyszłoby mi pokonywać ok. 3 godzin pociągiem, więc kolejny raz korzystam z usług ojca. Do Będzina przybywamy nieoczekiwanie bardzo szybko i sprawnie, co powoduje, że jestem na miejscu sporo przed czasem. Postanawiam zwiedzić pobliski stadion miejski, na którym swoje spotkania rozgrywa miejscowa Sarmacja, poczytać nieodłączny dodatek Dziennika Zachodniego. Na półtora godziny przed rozpoczęciem etapu zjawiają się pierwsze ekipy, przy autobusie Radioshack wyczajam dwóch kolekcjonerów ze zdjęciami, więc szybka podbitka do nich, co tam mają ciekawego i czy wiedzą kto jest kto (patrz B. Stinson!). Po krótkiej rozmowie, jeden z nich stwierdza „a, ty chyba jesteś gollaz z kolekcja24!”. Trafiony, zatopiony. Kolekcjonerami okazali się aumiler oraz jego brat. Chwilę rozmawiamy, ale trzeba brać się do ciężkiej roboty, na pierwszy ogień idzie Astana, gdzie szybko skolegowałem się z włoskim kierowcą autobusu. On ani słowa po angielsku, ja po włosku kilka przekleństw, więc dogadaliśmy się szybko i komplet autografów Astany zdobyty. Z czasem pojawiają się kolejne autografy, jeden tu, drugi tam, m.in. trzykrotnego medalisty olimpijskiego Viatcheslava Ekimova (zwanego także Efimkinem), Alexa Rassmusena, którego przyszło mi lekko gonić (czekając przy autobusie HTC widziałem jego rower z przodu busu, czekałem przy drzwiach, a Alex w tym czasie załatwiał co trzeba w pobliskich krzakach) i kilku innych, lepszych lub gorszych zawodników. 5 minut przed startem zaczyna się ulewa i postanawiam zerwać się na pociąg do Katowic, gdzie byłem umówiony z Karolem, forumowym śmietaną. W Katowicach jestem przed Karolem, a przynajmniej tak mi się wtedy wydawało, więc jeszcze szama na spokojnie i idę poczekać na niego na peronie. Oczywiście to on już na mnie czekał. Po mojej strefie bufetu plan był taki by udać się na strefę bufetów kolarzy zebrać jakieś bidony. Peleton dopiero wjechał do Katowic, miał jeszcze sporo kilometrów do pokonania więc spokojnie zmierzamy tam gdzie powinny czekać na swoich kolarzy ekipy. Kolarze mijają nas raz, drugi, trzeci, a my dalej idziemy w koło rundy i strefy bufetu brak. W końcu, gdy udaje się nam ją znaleźć to już trzeba się było zwijać na metę. Zdobywamy po bidonie Vacansoleil (kolarze piją z niego olej, jak sama nazwa wskazuje!), ja jeszcze Skya, który trafia pod moje nogi, a Karol De Rossy – Ceramica Flaminia (dla kolesia, który też taki otrzymał było to spełnienie marzeń, zawsze chciał mieć bidon reprezentacji Polski!). Na metę docieramy idealnie o czasie, finiszu oczywiście nie widzimy, ale na szczęście znajdujemy parking z niektórymi busami. Na miejscu jest już aumiler, zjeżdżają się cykliści, ja zbieram kilka, Karol trochę więcej, hitem był Mr. Żi (Ji Cheng), który przyjechał jako ostatni. Można powiedzieć, że były to jego ostatni podrygi w wyścigu, bo na następnym etapie wycofał się już po kilku minutach jazdy. Przy mecie zbieramy jeszcze zwycięzcę etapu Kittela, Karol jeszcze kilku Polaków. Umawiamy się na sobotę na Kraków, ja zabieram się z kumplami do domu autem, Karol pociągiem. Znowu ponad 50 autografów zdobytych + 2 bidony. Jest dobrze.
Po kilku dniach przerwy z Karolem meldujemy się w Krakowie. Sobota, krótki, ostatni etap, na szczęście wszystko w jednym miejscu. Podróż mija powoli, ale bez zbędnych opóźnień. Chwilę po wyjściu z dworca atakuje nas, poniekąd miła, przedstawicielka głównego sponsora wyścigu, proponując mojej skromnej osobie wzięcie udziału w krótkiej ankiecie z możliwym wygraniem pobytu w czterogwiazdkowym hotelu z SPA. Jako osoba, znająca wszystkie odpowiedzi na potencjalne pytania dotyczące TdP chętnie godzę się na udzielenie kilku. Pytania były arcytrudne, jednak nie z takimi rzeczami człowiek sobie radził.
- Czy wie Pan, kto jest głównym sponsorem TdP?
- Oczywiście!
- Yyy, no dobrze, a czy wie Pan, że Skandia, która właśnie jest głównym sponsorem TdP już od 150 lat proponuje…
- Teraz właśnie o tym czytaliśmy!
- Czy chciałby Pan poznać ofertę jaką proponuje Panu Skandia?
- Oczywiście…, że nie!
Jeszcze tylko musiałem podać dane (Pani nie skorzystała z oferty, by wpisać swoje dane i pojechać do spa), więc w nagrodę dostała lekko zmodyfikowane moje i ruszamy dalej. Ledwo zrobiliśmy kilka kroków, a już spotykamy aumilera z bratem i ojcem. Karol prawie by się zgubił, ale zachował czujność. Okrężną (a jakże mogłoby być inaczej?) drogą ruszamy w stronę Błoń, gdzie przy stadionie Wisły usytuowany był parking dla ekip. Pod parkingiem od strony Błoń spotykamy dwóch kolekcjonerów, z którymi potem mam przyjemność oglądać wyścig, na pytanie czy to na pewno dobry parking, odpowiadają, że chyba tak. Doświadczenie nabyte na zeszłorocznym zlocie mówi nam, że po drugiej stronie jest jeszcze jeden parking i nasze przeczucia okazują się słuszne. Widzimy autobus techniczny Saxo, czekających na reprezentację Polski kilku fanów i tyle… Na dodatek przejeżdża bus CCC i jedzie gdzie indziej, reprezentacja podjeżdża na chwilę, Karol zdobywa jeden autograf i Polacy odjeżdżają. Lekki napad paniki, iść na rynek czy czekać jeszcze? Karol znając skuteczność moich krakowskich wyborów stwierdza, że zostajemy, co okazało się w 100% słuszne. Po pewnym czasie pojawiają się kolejne ekipy (w tym Astana, z moim ulubionym kierowcą), oprócz kilku, które podobno są pod Cracovią, Karol zbiera dużo, ja powoli kompletuję brakujące autografy, śmietanie udaje się zebrać osobiście 2 autografy kolarzy, których nie było na miejscu oraz Mr. Crasha! Przed startem Karol znika w nieznanych okolicznościach, ja natomiast kieruję się na śniadanie (w końcu już była prawie 16) i na trasę. W trakcie wyścigu zdobywam jeszcze kilka bidonów, breloczek do kluczy CCC i na spokojnie oglądam rywalizację. Po etapie udaje mi się zebrać jeszcze kilka autografów, od p. Ekimova dostaję dokładny program TdP, z aumilerem czekamy jeszcze na zwycięzcę klasyfikacji górskiej, wspomnianego wcześniej Michała Gołasia, w tym czasie z pobliskiego baru dolatują nas odgłosy radości z zdobycia przez Wisłę bramki na 1-1 w meczu z warszawską Polonią. Michał podzielił losy Karola, więc odprowadzam jeszcze trochę aumilera i tramwajem wracam pod dworzec. Jeszcze tylko obiad w galerii, gdzie spotykam braci Skorupskich, szybkie zakupy wody mineralnej, które zamieniły się w czteropak Żywca i nagle, ni stąd, ni zowąd odnajduje się na dworcu zagubiony Karol. Powrót w miarę spokojny, oprócz fatamorgany jednego z towarzyszy podróży, któremu z braku napojów objawiły się po drodze Tychy. Ostatni dzień na TdP pozytywnie kończy świetne 3 dni i wypada tylko czekać na następny rok.Tres jours de Pologne. 

Skoro na blogu posucha, a wszyscy mogą opisać swoje szalone przygody ze zbierania autografów to i moją (plus kilku innych osobników, zbieżność nazwisk przypadkowa) skromną historię przedstawię. Jestem w pracy, więc czasu na pisanie mam sporo :)

Plan na wakacje był w stu procentach podporządkowany dwóm wydarzeniom, zlotowi w Pradze, o którym możecie przeczytać (lub będziecie mogli) oraz naszemu jedynemu poważnemu wyścigowi kolarskiemu, zwanemu z polskiego Tour de Pologne. Urlop zaplanowany już dawno, szkolenie u jedynego polskiego zawodowego kolekcjonera z zasad BHP odbyte, wprawdzie biegowo jeszcze odstaję, ale wszystko przede mną. A poza tym w wakacje ciężka praca!

Przygotowania rozpoczęte już w czwartek, na pierwszy ogień idzie lista startowa, wykreślanie autografów już posiadanych, zaznaczanie głównych celów, ale zbieramy wszystko, stara zasada ze zlotu w Krakowie mówi, że im więcej tym lepiej i nie zbiera się na jakość, tylko na ilość! Piątek to przygotowywanie, gdzieniegdzie już legendarnych, ramek, wykupienie całego asortymentu kart pocztowych na głównej poczcie w Rudzie Śląskiej (w ilości 9 – słownie dziewięć) i wyjazd w stronę Częstochowy do rodziców. Dostęp na tym zadupiu do netu trochę ograniczony, ale niedziela wita mnie kacem, kilkoma zmianami na liście startowej, później także pośrednią informacją od niejakiego Mateusza, że w kilku teamach dyrektorami są medaliści IO. Szybkie poprawki i przygotowany znacznie lepiej niż w roku poprzednim mogę ruszać do boju.

Poniedziałek, czyli dzień pierwszy to 2 etap z Częstochowy do Dąbrowy Górniczej. Mój ciężko nudzący się na emeryturze ojciec deklaruje, że pojedzie ze mną i szybko oraz oszczędnie melduję się na starcie. Bez problemów trafiamy na start, gdzie część ekip już się zebrała. Pogoda strasznie niepewna, opady przekreśliłby plan, ale nawet po jakimś czasie wychodzi słońce. Fortuna nam sprzyja. Jak mówi Barney Stinson „I only have one rule”, czyli znajdź sobie kogoś, kto pozbiera grafy za ciebie, a jeśli nie to przynajmniej ogarnie kto jest kim. Po pozbieraniu autografu Lecha (Leszka wg TVP) Piaseckiego (starszy Pan, któremu pożyczyłem długopis zebrał sobie też jego autograf „Mistrzu, napisz dla Czesława i daj autograf! Ale napisz Pan też nazwisko, bo skąd mam wiedzieć kim jesteś!”) oraz kilku kolarzy Vacansoleil z Michałem Gołasiem w składzie („Hallo, could you sign?” spytał gollaz w tamtym roku Pana Michała, w tym roku postanowił nie popełnić podobnej gafy, ale postanowienia postanowieniami, a przyzwyczajenie pozostają, tym razem Michał nie raczył skomentować, w tamtym roku stwierdził „a ja akurat jestem Polakiem!”) znalazłem oczywiście taką osobę. W międzyczasie jeszcze ogarniam kilku kolarzy CCC oraz reprezentacji Polski, którzy z powodów finansowych przygotowywać do etapów muszą się na świeżym powietrzu. Ciekawe czy w tych busikach mają zezwolenie na przewóz tylu osób? Zasłyszana historyjka mówi, że związku nie stać nawet na reprezentacyjne rowery, więc kolarze jechali na klubowych. Zbieranie z moim nowym kolegą, który wiedział, kto, gdzie i kiedy przebiegało bardzo sprawnie. Kto odwiedził kiedyś miasto medalikarzy, ten wie jak wygląda ulica NMP, gdzie stały busy ekip. Dla kolekcjonera to jak gwiazdka w lato, nic tylko przebierać w potencjalnych celach. Po kilkukrotnym przejściu od początku do końca całej kolumny stwierdzam, że najlepiej ulokować się w jednym miejscu. Wypadło gdzieś w połowie stawki, wręcz idealnie, bo koło siebie ustawione były busy Katiuszy, Garmin, Liquigasu i Quick Stepu z takimi gwiazdami jak Tom Boonen, Danielo Di Luca, Luca Paolini czy Michaele Scarponi, tam zostaję aż do startu. W pierwszy dzień udało się zebrać ponad 60 autografów, co pozwalało patrzeć optymistycznie w przyszłość.

Wtorek i etap nr 3. Będzin – Katowice. Z jednego miasta do drugiego jakieś 15min pociągiem, trzeba było tylko dostać się do Będzina. 32km, które dzielą miejsce mojej pobudki z Będzinem przyszłoby mi pokonywać ok. 3 godzin pociągiem, więc kolejny raz korzystam z usług ojca. Do Będzina przybywamy nieoczekiwanie bardzo szybko i sprawnie, co powoduje, że jestem na miejscu sporo przed czasem. Postanawiam zwiedzić pobliski stadion miejski, na którym swoje spotkania rozgrywa miejscowa Sarmacja, poczytać nieodłączny dodatek Dziennika Zachodniego. Na półtora godziny przed rozpoczęciem etapu zjawiają się pierwsze ekipy, przy autobusie Radioshack wyczajam dwóch kolekcjonerów ze zdjęciami, więc szybka podbitka do nich, co tam mają ciekawego i czy wiedzą kto jest kto (patrz B. Stinson!). Po krótkiej rozmowie, jeden z nich stwierdza „a, ty chyba jesteś gollaz z kolekcja24!”. Trafiony, zatopiony. Kolekcjonerami okazali się aumiler oraz jego brat. Chwilę rozmawiamy, ale trzeba brać się do ciężkiej roboty, na pierwszy ogień idzie Astana, gdzie szybko skolegowałem się z włoskim kierowcą autobusu. On ani słowa po angielsku, ja po włosku kilka przekleństw, więc dogadaliśmy się szybko i komplet autografów Astany zdobyty. Z czasem pojawiają się kolejne autografy, jeden tu, drugi tam, m.in. trzykrotnego medalisty olimpijskiego Viatcheslava Ekimova (zwanego także Efimkinem), Alexa Rassmusena, którego przyszło mi lekko gonić (czekając przy autobusie HTC widziałem jego rower z przodu busu, czekałem przy drzwiach, a Alex w tym czasie załatwiał co trzeba w pobliskich krzakach) i kilku innych, lepszych lub gorszych zawodników. 5 minut przed startem zaczyna się ulewa i postanawiam zerwać się na pociąg do Katowic, gdzie byłem umówiony z Karolem, forumowym śmietaną. W Katowicach jestem przed Karolem, a przynajmniej tak mi się wtedy wydawało, więc jeszcze szama na spokojnie i idę poczekać na niego na peronie. Oczywiście to on już na mnie czekał. Po mojej strefie bufetu plan był taki by udać się na strefę bufetów kolarzy zebrać jakieś bidony. Peleton dopiero wjechał do Katowic, miał jeszcze sporo kilometrów do pokonania więc spokojnie zmierzamy tam gdzie powinny czekać na swoich kolarzy ekipy. Kolarze mijają nas raz, drugi, trzeci, a my dalej idziemy w koło rundy i strefy bufetu brak. W końcu, gdy udaje się nam ją znaleźć to już trzeba się było zwijać na metę. Zdobywamy po bidonie Vacansoleil (kolarze piją z niego olej, jak sama nazwa wskazuje!), ja jeszcze Skya, który trafia pod moje nogi, a Karol De Rossy – Ceramica Flaminia (dla kolesia, który też taki otrzymał było to spełnienie marzeń, zawsze chciał mieć bidon reprezentacji Polski!). Na metę docieramy idealnie o czasie, finiszu oczywiście nie widzimy, ale na szczęście znajdujemy parking z niektórymi busami. Na miejscu jest już aumiler, zjeżdżają się cykliści, ja zbieram kilka, Karol trochę więcej, hitem był Mr. Żi (Ji Cheng), który przyjechał jako ostatni. Można powiedzieć, że były to jego ostatni podrygi w wyścigu, bo na następnym etapie wycofał się już po kilku minutach jazdy. Przy mecie zbieramy jeszcze zwycięzcę etapu Kittela, Karol jeszcze kilku Polaków. Umawiamy się na sobotę na Kraków, ja zabieram się z kumplami do domu autem, Karol pociągiem. Znowu ponad 50 autografów zdobytych + 2 bidony. Jest dobrze.

Po kilku dniach przerwy z Karolem meldujemy się w Krakowie. Sobota, krótki, ostatni etap, na szczęście wszystko w jednym miejscu. Podróż mija powoli, ale bez zbędnych opóźnień. Chwilę po wyjściu z dworca atakuje nas, poniekąd miła, przedstawicielka głównego sponsora wyścigu, proponując mojej skromnej osobie wzięcie udziału w krótkiej ankiecie z możliwym wygraniem pobytu w czterogwiazdkowym hotelu z SPA. Jako osoba, znająca wszystkie odpowiedzi na potencjalne pytania dotyczące TdP chętnie godzę się na udzielenie kilku. Pytania były arcytrudne, jednak nie z takimi rzeczami człowiek sobie radził.
- Czy wie Pan, kto jest głównym sponsorem TdP?
- Oczywiście!
- Yyy, no dobrze, a czy wie Pan, że Skandia, która właśnie jest głównym sponsorem TdP już od 150 lat proponuje…
- Teraz właśnie o tym czytaliśmy!
- Czy chciałby Pan poznać ofertę jaką proponuje Panu Skandia?
- Oczywiście…, że nie!
Jeszcze tylko musiałem podać dane (Pani nie skorzystała z oferty, by wpisać swoje dane i pojechać do spa), więc w nagrodę dostała lekko zmodyfikowane moje i ruszamy dalej. Ledwo zrobiliśmy kilka kroków, a już spotykamy aumilera z bratem i ojcem. Karol prawie by się zgubił, ale zachował czujność. Okrężną (a jakże mogłoby być inaczej?) drogą ruszamy w stronę Błoń, gdzie przy stadionie Wisły usytuowany był parking dla ekip. Pod parkingiem od strony Błoń spotykamy dwóch kolekcjonerów, z którymi potem mam przyjemność oglądać wyścig, na pytanie czy to na pewno dobry parking, odpowiadają, że chyba tak. Doświadczenie nabyte na zeszłorocznym zlocie mówi nam, że po drugiej stronie jest jeszcze jeden parking i nasze przeczucia okazują się słuszne. Widzimy autobus techniczny Saxo, czekających na reprezentację Polski kilku fanów i tyle… Na dodatek przejeżdża bus CCC i jedzie gdzie indziej, reprezentacja podjeżdża na chwilę, Karol zdobywa jeden autograf i Polacy odjeżdżają. Lekki napad paniki, iść na rynek czy czekać jeszcze? Karol znając skuteczność moich krakowskich wyborów stwierdza, że zostajemy, co okazało się w 100% słuszne. Po pewnym czasie pojawiają się kolejne ekipy (w tym Astana, z moim ulubionym kierowcą), oprócz kilku, które podobno są pod Cracovią, Karol zbiera dużo, ja powoli kompletuję brakujące autografy, śmietanie udaje się zebrać osobiście 2 autografy kolarzy, których nie było na miejscu oraz Mr. Crasha! Przed startem Karol znika w nieznanych okolicznościach, ja natomiast kieruję się na śniadanie (w końcu już była prawie 16) i na trasę. W trakcie wyścigu zdobywam jeszcze kilka bidonów, breloczek do kluczy CCC i na spokojnie oglądam rywalizację. Po etapie udaje mi się zebrać jeszcze kilka autografów, od p. Ekimova dostaję dokładny program TdP, z aumilerem czekamy jeszcze na zwycięzcę klasyfikacji górskiej, wspomnianego wcześniej Michała Gołasia, w tym czasie z pobliskiego baru dolatują nas odgłosy radości z zdobycia przez Wisłę bramki na 1-1 w meczu z warszawską Polonią. Michał podzielił losy Karola, więc odprowadzam jeszcze trochę aumilera i tramwajem wracam pod dworzec. Jeszcze tylko obiad w galerii, gdzie spotykam braci Skorupskich, szybkie zakupy wody mineralnej, które zamieniły się w czteropak Żywca i nagle, ni stąd, ni zowąd odnajduje się na dworcu zagubiony Karol. Powrót w miarę spokojny, oprócz fatamorgany jednego z towarzyszy podróży, któremu z braku napojów objawiły się po drodze Tychy. Ostatni dzień na TdP pozytywnie kończy świetne 3 dni i wypada tylko czekać na następny rok.

 

 

Krakowska tradycja czyli druga część relacji z Drugiego Ogólnopolskiego Zlotu Forumowiczów kolekcja24.pl

12 sierpnia 2011, Autor: mani

Pora na drugą i zarazem ostatnią część relacji z Drugiego Ogólnopolskiego Zlotu Forumowiczów kolekcja24.pl. Poprzedni zlot odbył się w Krakowie. Teraz z inicjatywy Maniego, który żałował, że przez termin zlotu nie będzie mu dane wybrać się do Rygi na mecz Skonto – Wisła, forumowicze ponownie spotkali się w tym mieście. I ponownie zbierali autografy Wisły. Staje się to chyba powoli pewną naszą tradycją ;) Zapraszam na relację.


Nocne zwiedzanie

Kraków nocą

Kraków nocą

Po rozdzieleniu się w Cieszynie, część została na miejscu, gdzie czekała na swój pociąg. Druga część, czyli Pulpet, Mani oraz Jarząb udali się w stronę dworca autobusowego. Nie bez problemów trafiliśmy tam na chwilę przed odjazdem busa do Krakowa. Trzygodzinna podróż do byłej stolicy Polski minęła nam szybko. Jeszcze mały postój w Galerii, gdzie spotkaliśmy się z Lukim, na zakupy i można udać się do hotelu. Według informacji umieszczonych na stronie hostelu, powinniśmy dotrzeć tam z dworca pieszo w jakieś dwadzieścia kilka minut. Wymęczeni podróżą woleliśmy jednak skorzystać z komunikacji miejskiej. Tramwajem jechaliśmy 13 minut, więc od razu na myśl przyszło 5 minuten zum Fuss z Pragi. Na szczęście trafiliśmy do hostelu Guliwer. Samo wypakowanie się nie było jednak sprawą prostą gdyż od razu po przekroczeniu progu, Maniego zaatakował niewidzialny stopień. Na szczęście nikomu nic się nie stało.

Idzie, idzie!

Idzie, idzie!

Po lekkim ogarnięciu się, skontaktowaliśmy się z forumowym Tickiem, który w Krakowie studiuje. Umówiliśmy się pod Mickiewiczem, żeby wspólnie spędzić resztę tego wieczoru. Chwilę pogadaliśmy, pooglądaliśmy zdjęcia z Pragi i udaliśmy się w drogę do mieszkania Darka. Po drodze znaleźliśmy czas na długie rozmowy o pięknych polskich dziewczynach kolekcjonerstwie. Od razu po dotarciu do miejsca docelowego, Pulpet, niczym lew na widok gazeli, rzucił się na Darkowego laptopa i odpalił Facebook’a. Dalszą część wieczoru spędziliśmy właśnie na konwersacji i obczajaniu szesnastolatek na fejsie (Pulpet).

Łukasze przy Hiltonie

Łukasze przy Hiltonie

W pewnym momencie wizytę złożył nam Pan Szwed. Pan Szwed był współlokatorem Darka i w momencie naszego spotkania przyjmował on swoich szwedzkich gości w swoim szwedzkim pokoju. Swoją nienaganną angielszczyzną oznajmił nam, że trochę go denerwuje używane przez nas głośno słownictwo i zasugerował, że jak musimy rozmawiać, to już lepiej żebyśmy puścili jakąś muzykę. Nasz klient – nasz Pan (Szwed)! Chyba jednak był rozczarowany muzyką, bo od pewnego czasu Tick poszukuje nowego mieszkania. Po skończeniu się flaszki wszystkich tematów do rozmów postanowiliśmy wrócić do naszego hostelu. Po małym postoju w budce z kebabem i spożywczym udaliśmy się w długą podróż do domu. Zajęło nam to jakoś z półtorej godziny, o dziwo znowu więcej niż było napisane na stronie hostelu. Około godziny 5:30 udało nam się wreszcie położyć spać. Następny dzień również miał być pełen wrażeń!

 

Mecz ze Skonto

Stadion Wisły

Stadion Wisły

Wypoczęci i pełni życia wstaliśmy po godzinie ósmej. Cel był szlachetny, bo Łukasz z Przemyśla dostał się na studia na Uniwersytet Jagiellonii Jagielloński i musiał złożyć swoje papiery. Z chęcią mu potowarzyszyliśmy. Kolejka nie była zbyt duża, dlatego Luki szybko załatwił swoje sprawy i mogliśmy się udać na stadion przy ulicy Reymonta. Tam Mani wraz z Lukim wyrobili Kartę Kibica, która od tego sezonu jest obowiązkowa do wchodzenia na mecze Wisły. Cała procedura trwała chwilę, wypełnienie formularza, przekazanie go pani w okienku i zrobienie zdjęcia. Mani może się pochwalić, że jego zdjęcie w KK jest chyba najgorszym jego zdjęciem w dokumentach, które posiada.

Pulpet w piżamie z Paharsem

Pulpet w piżamie z Paharsem

Następnym przystankiem podczas naszego pracowitego dnia był hotel Swing, gdzie zatrzymali się piłkarze Skonto Ryga. Trochę wskazówek co do zbierania uzyskaliśmy od Gela i Ticka, którzy zbierali Łotyszy dzień wcześniej. Pewnym krokiem weszliśmy do hotelu uzbrojeni w zdjęcia, zeszyty i markery. Stanęliśmy obok recepcji i czekaliśmy na rozwój akcji. Po kilkudziesięciu sekundach jeden z panów pracujących tam powiedział nam, że piłkarze zaraz zejdą na obiad. Była 13:30, więc pomyśleliśmy, że to kwestia maksymalnie pół godziny. Wtedy rozsiedliśmy się na zachwalanych już przez Gela sofach i cierpliwie czekaliśmy. Po kilkunastu minutach zauważyliśmy idącego w naszym kierunku Mariansa Paharsa. Bez problemu podpisał moje zdjęcia, Pulpetowi złożył autograf w zeszycie, Lukiemu na kartce. Nie miał też nic przeciwko zrobieniu sobie zdjęcia z jedynym w Polsce, a może i na świecie, profesjonalnym kolekcjonerem autografów. Pierwszy z dwóch głównych celów zbierania odhaczony. Teraz pójdzie z górki! – pomyśleliśmy.

Pulpet i Nathan Junior w lazurowym (?) dresie

Pulpet i Nathan Junior w lazurowym (?) dresie

Nic bardziej mylnego ;) Wróciliśmy na sofy i czekaliśmy na resztę. Czasami przechodzili koło nas jacyś łotewscy biznesmeni czy też masażyści i inni członkowie sztabu w przepięknych dresach Kappy. Piłkarzy jednak jak nie było, tak nie ma. Z czasem zaczęliśmy się nudzić, wtedy Pulpet zorientował się, że w hotelu jest HotSpot, dlatego też od razu wszedł na Facebook’a. Czekaliśmy tak koło 150 minut. Nagle z windy wyszedł Nathan Junior. Zebraliśmy i zaczęliśmy się rozglądać. W odległym korytarzu Pulpet dostrzegł kilku piłkarzy, więc udaliśmy się pod jadalnie i tam czekaliśmy na nich. Luki został przy kanapach, gdyż poza Paharsem żaden zawodnik go nie interesował. Łapaliśmy kogo się dało, kiedy schodzili na obiad. Po pewnym czasie naszym oczom ukazał się Vitalijs Astafjevs, rekordzista Europy pod względem ilości występów w kadrze narodowej. Pierwszy podszedł do niego Pulpet i poprosił o autograf. Zaczął szukać wolnego miejsca w swoim zeszycie. Zajmowało mu to sporo czasu. W pewnym momencie Astafjevs nie wytrzymał i wypalił: I am not a player! , chcąc pewnie zbyć biednego Łukasza. Wtedy do akcji wkroczył Mani, podając Vitalijsowi zdjęcia. Bardzo mu się one spodobały (Nice photos.). Wreszcie Pulpet znalazł czystą kartę i wziął od niego autograf. Potem zbieraliśmy wychodzących z obiadu piłkarzy. Kiedy trener Skonto zjadł, Mani podszedł do niego i poprosił o przekazanie listu Jurisowi Laizansowi. Pahars odmówił, proponując powierzenie tego arcytrudnego zadania one of the boys. Tak też zrobił, wręczając kopertę bodajże jakiemuś Brazylijczykowi (jak na razie odpis nie przyszedł, więc może wybór nie był dobry). Zebrawszy większość graczy udaliśmy się na posiłek do Galerii Krakowskiej, a następnie do hostelu. Bo to był wielki dzień!

Wisła - Skonto 2:0

Wisła - Skonto 2:0

Wtorek, 19 lipca zapisze się w historii polskiego kolekcjonerstwa jako pierwszy w historii mecz w eliminacjach Ligi Mistrzów obejrzany przez Pulpeta. Wyposażeni w barwy Lechii (Mani), Wisły (Luki) oraz żółtą oczojebną koszulkę (Pulpet) udaliśmy się ponownie na stadion Wisły. Mieliśmy pewne problemy ze znalezieniem odpowiedniego połączenia z naszego hostelu, dlatego pojawiliśmy się tam trochę później, niż mieliśmy zaplanowane. Na przystanku Reymana (na żądanie) czekał już na nas Gelu. To właśnie dzięki niemu obejrzenie meczu przez forumowiczów było możliwe. Michał przekazał nam zakupione bilety i udaliśmy się na sektor G. Niestety nie udało się nam wszystkim być na tym samym sektorze. Tick oraz Jarząb poszli na sektor C, na który Gelu biletów nie dostał. Stadion powoli się zapełniał. Widać było, że nasz sektor to sektor ludzi obytych w świecie i ogarniętych. Wszyscy pilnowali swoich miejsc i nie podobało im się, że siedzieliśmy dwa miejsca obok tych wykupionych przez nas. Tak samo nie byli zbyt zadowoleni, kiedy sporo osób stało przez całe spotkanie. Może kiedyś doczekają się, że przyjdą takie czasy jak w Anglii, gdzie za takie rzeczy można dostać zakaz stadionowy. Oby nie ;)

Kibice Wisły

Kibice Wisły

Do przerwy Skonto nieźle się broniło, ale Biała Gwiazda kontrolowała grę. Efektem były dwie bramki, swoją drogą bardzo podobne do siebie. Pierwszą strzelił Patryk Małecki, a drugą nowo pozyskany Ivica Iliev. Doping na naszym sektorze nie był jakiś fantastyczny, ale co imponujące, kiedy młyn prosił cały stadion o powstanie i śpiewanie, wszystkie sektory to zrobiły. Najzagorzalszym kibicem był oczywiście Pulpet. Jego śpiew słychać pewnie było nawet w Radomiu. Po zakończonym spotkaniu pożegnaliśmy się z Gelem i wróciliśmy autobusem do ronda, z którego poszliśmy do hostelu. Wszyscy byli zmęczeni dlatego poszliśmy spać. Na następny dzień mieliśmy zaplanowane zbieranie autografów piłkarzy zwycięzcy obejrzanego spotkania.

 

Sparing z Garbarnią

Wisła - Garbarnia

Wisła - Garbarnia

Profilaktycznie nastawiliśmy budzik na 8:30. Po pewnym czasie dowiedzieliśmy się od Darka, że o 10:30 piłkarze mają trening na bocznym boisku. Szybko spakowaliśmy się, sprzątnęliśmy pokój, oddaliśmy klucze i udaliśmy się w stronę Stadionu. Razem z Darkiem poszliśmy na boczne boisko. Odbywał się tam sparing Wisły z Garbarnią Kraków. W składzie Białej Gwiazdy wystąpili gracze, którzy we wtorkowym meczu nie grali od pierwszej minuty. Sparingowi przyglądali się także ludzie związani z klubem. Pojawił się Stan Valckx, Cleber, Zdzisław Kapka, Kazimierz Kmiecik, siedział też w pobliżu Patryk Małecki. Spotkanie pod dyktando Wisły. Nieźle prezentowali się nowi zawodnicy: Gervasio Nunez i Dudu Biton.

Pulpet oraz Iliev i Lamey

Pulpet oraz Iliev i Lamey

Gdy sędzia odgwizdał koniec pierwszej połowy chcieliśmy zebrać autografy, jednakże piłkarze udali się na drugi koniec boiska i tam odpoczywali podczas krótkiej przerwy. Postanowiliśmy więc czekać do końca spotkania. W międzyczasie zaczęli się zbierać przy boisku inni piłkarze, którym nie było dane w sparingu wystąpić. Byli to między innymi Ivica Iliev i Michael Lamey. Z oboma piłkarzami wywiad przeprowadzał jako dziennikarz. Ze względu na Darka koszulkę byliśmy ciekawi, czy był on z Gazety Wyborczej. Po skończonym meczu zabraliśmy się za zbieranie. Wszyscy zebrali to co chcieli, każdy z nowych zawodników się pojawił, więc forumowicze byli usatysfakcjonowani. Kiedy wszystko już ogarnęliśmy, postanowiliśmy sobie, tak jak rok temu, zrobić zdjęcie z dwoma grajkami. Tym razem padło na Gervasio Nuneza i Juniora Diaza. Poprosiliśmy o zrobienie zdjęcia Kazimierza Moskala. Problemem były rozładowane baterie, jednak po szybkiej ich wymianie udało się odnieść sukces. Potem rozeszliśmy się. Darek pakować się do swojego mieszkania, reszta na dworzec.

Forumowicze z Gervasio Nunezem i Juniorem Diazem

Forumowicze z Gervasio Nunezem i Juniorem Diazem

Bus do Radomia i pociąg do Przemyśla przyjechały niewiele później niż dotarliśmy na miejsce i tam forumowicze się pożegnali. Problem miał jedynie Mani, który na swój pociąg musiał czekać ponad trzy godziny. Zwiedził sobie za to Galerię, ostatnią godzinę korzystając z darmowego WiFi i wygodnej kanapy w Burger Kingu. Oczywiście pociąg i tak się spóźnił, pomimo że startował w Krakowie. Na szczęście w przeciwieństwie do pociągu do Czechowic, ten był pusty. Maniemu udało się znaleźć własny, pusty przedział. Z początku zapowiadało się, że w tym roku nie będzie podobnych przygód jak w 2010 roku.

Sklep z jogurtami w Galerii Krakowskiej

Sklep z jogurtami w Galerii Krakowskiej

W okolicach Radomia, Mani postanowił uderzyć w kimę. Długo jednak się nie wyspał, a to wszystko przez inwazję Warszawiaków wsiadających w Warszawie Wschodniej. Jeśli ktoś czasami wybiera się na wakacje pod namioty na Półwysep Helski i zna tamtejsze beach bary, to pewnie wie, o czym mówię ;) Większość nowych współtowarzyszy podróży wybierała się do Kołobrzegu na Sunrise Festival, reszta jechała uskuteczniać spożywanie alkoholu do Mielna. Tak więc było pewne, że to koniec snu na tę podróż. Chłopacy (bo dziewczyn mało jechało) byli dobrze zaopatrzeni w podróż, pewnie o cokolwiek byś nie poprosił, to by Ci skombinowali ;) Opóźniony pociąg dojechał do Gdańska Oliwy koło 8:30 w czwartek i wtedy można powiedzieć, że nasz zlot się zakończył.

 

Do zobaczenia za rok

Podsumowując, tegoroczny zlot był bardzo udany. Udało się poznać kolejnych dwóch forumowiczów, którzy nie pojawili się na poprzednim spotkaniu. Pod względem kolekcjonerskim bardzo dobrze. Zebraliśmy Spartę Praga, Al-Ahli Dubaj, Skonto Ryga oraz Wisłę Kraków. Razem do kolekcji przybyło sporo autografów. W przyszłym roku również mamy nadzieję spotkać się wspólnie na zlocie. I oby było on równie udany jak poprzednie ;) Ale więcej szczegółów pewnie dowiemy się w 2012.