Archiwum autora

Wrocław 2011 – czyli byli Mistrzowie Świata w Polsce

środa, 18 Styczeń 2012
Stadion Miejski we Wrocławiu

Stadion Miejski we Wrocławiu

Od dawna kusi mnie napisanie dla was dłuższej notki na temat zbiorów we Wrocławiu, jednak brak chęci, tudzież brak czasu i nic z tego nie wychodziło. W ostatnim czasie nawet kilka zdań o Italii napisał Grzegorz. Postanowiłem napisać coś od siebie. Znalazłem troszeczkę czasu by opisać to co działo się w stolicy Dolnego Śląska.

Wszystko zaczęło się kilka miesięcy wcześniej. Mecz Polski z Włochami ma się odbyć w listopadzie. Pierwotnie planowano by był rozegrany we Warszawie lub w Poznaniu – jednak wypadło na Wrocław do którego mam ~140km. Postanowiłem więc udać się tam na 3 dniowe zbieranie.  Zabrałem ze sobą nie tylko zdjęcia Włoskich piłkarzy, które wywołałem tuż przed meczem, lecz także Polaków przygotowanych znacznie wcześniej…ale nie o tym czas pisać. Mamy czwartek! – krzyknąłem rano wstając z łóżka. Początek podróży, która w pamięci pozostanie bardzo długo. Sprawne pakowanie, poranna wizyta w toalecie, minutka na poczcie po odbiór zdjęć, centrum, PKP, … – mamy już gruuboo po 8, a ja już siedzę w pociągu gdzie sortowałem zdjęcia. Mija pierwsza godzina….Kalisz, mija druga godzina…Oleśnica, mija trzecia godzina…WROCŁAW!.  Pierwsze co ujrzałem to strasznie rozkopany dworzec oraz wielu zabieganych ludzi, teraz tylko pomyśleć co może dziać się na EURO!?. Ogarnięcie mojej mini mapki, którą trzymałem w kieszeni, obejście dookoła dworca, zakup biletów MPK – mamy południe. Jedzie tramwaj w stronę dzielnicy „Krzyki” do którego wsiadam i udaję się prosto (no może prawie) pod hotel Biało-Czerwonych „Platinium Palace”. Na pierwszym planie czerwony autokar naszej kadry – o dziwo mający jeszcze Orła, którym w ostatnim czasie żyła cała Polska. Kilka zdań do lokalnej telewizji. Idzie Franciszek Smuda:

- „Można prosić o autograf?”
- „Ależ śmiało!”

Robert Lewandowski i Mateqi

Robert Lewandowski i Mateqi

Mogłem cieszyć się z pierwszego autografu zdobytego we Wrocławiu, a jak to się mówi pierwsze koty za płoty. Zbiera się coraz większa grupka młodzieży z pobliskiej szkoły. Podpisy biorą w zeszytach, na kartkach, na czym się tylko da – jeden to zbierał nawet ołówkiem… Nagle po drugiej stronie hotelu ujrzałem znane mi twarze. Idzie Grzegorz wraz z Dariuszem oraz Karolem. Podchodzę, podaję dłoń. Patrzą się na mnie, jeden na drugiego, drugi na trzeciego. Pewnie sobie myślą „Kto to kurde jest!?” – jednak szybko zostałem rozpoznany i okazało się, że jestem niejaki forumowy „Mateqi” – Chłopak z Sieradza! Małe pogaduchy, przeglądanie zdjęć, oczekiwanie na piłkarzy. W między czasie przychodzi do nas Sebastian (SeboLZ), który już do końca zbiera razem z nami. Podjeżdża mały busik, zdjęcia i markery przygotowane w dłoniach. Z samochodu wychodzi znana nam skądś osoba. Szybko skojarzyłem, że jest to piosenkarz Wojciech Gąssowski (ambasador Euro2012) od którego wzięliśmy podpis – nóż, widelec – może się kiedyś przyda. Po chwili podchodzi do nas Pan Wojtek i pyta czy nie mamy pożyczyć jakiegoś pisaka, bo też chciałby sobie pozbierać reprezentantów ;) . Zaczęło robić się coraz ciekawiej. Kilka grajków podjeżdżało samochodami pod hotel przed którym śmiało mogliśmy zbierać autografy. I takim sposobem wpadły podpisy takich piłkarzy jak: Damien Perquis, Łukasz Piszczek, Łukasz Fabiański, Robert Lewandowski czy Marcin Wasilewski. Następnie wpadają kolejne podpisy. W sumie pod Platinium Palace zebrałem autografy 15 osób. Bardzo pozytywnie zaskoczyło mnie władanie językiem obcym przez Grzegorza, który nawet do Polaków mówił „please”, „thank you” – to się nazywa zawodowstwo.

JuvePoland na lotnisku

JuvePoland na lotnisku

Powoli się ściemnia, patrzymy na zegarek – godzina 17.00. Myślimy czy zostać jeszcze chwilkę i czekać na kolejne podpisy, czy jednak wybrać się wcześniej na lotnisko Strachowice, gdzie półtorej godziny później planowany był przylot reprezentacji Włoch. Wybieramy to drugie i po wcześniejszej konsultacji wsiadamy w pierwszy tramwaj, który zawozi nas w okolice „Eureki”. Stamtąd przesiadamy się w autobus lini 406, którym jedziemy już pod samo lotnisko. Korki, korki, korki: czy zdążymy?, nie ma bata musimy!.  Na lotnisku czekał już min. forumowy Gaucho, kilku kolekcjonerów z Warszawy oraz… pełno bandy z JuvePoland (jednak Majkela nie widzieliśmy). Na tablicy widnieje lot czarterowy z Pisa, czekamy, czekamy, LANDED!. Wszyscy gotowi i zwarci z niecierpliwością wypatrują znane im twarze. „Już idą” – krzyknął ktoś z tłumu, patrzymy, a tam..wybiega śmiechowo wyglądający operator kamery z Włoskiej telewizji. Wszyscy widoczny uśmiech na twarzy. Po chwili wychodzą już wszyscy. Każdy łapie kogo popadnie (no przynajmniej próbują). Fan Club piłkarzy Juventusu, Sebastian piłkarzy Milanu, ja Andreę Pirlo (który podpisuje się na twarzy :P ) oraz Giorgio Chielliniego, a Pan Dario ze Stolicy rzuca się na Cesare Prandelliego niczym nieprzyjemne siły meksykańskie wspomniane wcześniej przez Gollaza. Zanim się odwróciłem wszyscy piłkarze siedzą już w autokarze, udaje mi się jednak zawołać siedzącego na brzegu Gabriele Pina, którego zbierają także inni. Jak szybko przylecieli, tak szybko odjechali.  Trochę spóźnieni udajemy się pod hotel Radisson Blu, gdzie liczyliśmy na zdobycie kolejnych podpisów. Guzik! – wszyscy piłkarze już dawno w pokojach, jedynie został coach, który wracał po konferencji. Zrobiliśmy więc sobie dodatkowo kilka zdjęć. Czekamy dalej, jednak nic się nie pojawiało. Zniechęceni całą tą sytuacją udajemy się każdy w swoje strony z myślą o następnym dniu. Podróż do miejsca nocowania mija wyjątkowo szybko, kilka przesiadek i już jestem w domu przy ulicy Piwowarskiej, gdzie smacznie położyłem się spać.

Luigi Riva i Mateqi

Luigi Riva i Mateqi

Piątek – dla jednych Dzień Niepodległości, dla nas drugi dzień zbierania oraz mecz ekipy Pani Adamiakowej Franciszka Smudy. Godzina 8.30 pobudka!. Szybkie śniadanie, ogarnięcie plecaka. Miejscowy spożywczak oblegany przez starą gwardię czekająca na prowiant w postaci wysokoprocentowych trunków. Ale jak to nasze stare, Polskie przysłowie brzmi „dzień święty, trzeba święcić!”.  Pod hotelem jestem już o godzinie 10.00, gdzie czekał Tick, Pirlo, Gollaz, a SeboLZ powoli dojeżdżał.

- „Kogoś już macie?”
- „Nie, tylko Pin, wraz ze sztabem zeszli na dół i spacerują po recepcji”.

Claudio Marchisio i Mateqi

Claudio Marchisio i Mateqi

No to szykuje się kolejny ciężki dzień! – pomyślałem.  Mijają pierwsze godziny. Pojawia się ochroniarz informujący nas o tym, że piłkarze na dół nie zejdą, a więc nie ma co liczyć na autografy tym bardziej w popołudniowych godzinach bla, bla, bla. Nie zrezygnowaliśmy! – czekamy dalej. Mijają kolejne godziny, na dworze zimno (ale czego nie robi się dla autografów). Między godziną 13.00-14.00 piłkarze mają zejść na dół na obiad. Fałszywy alarm! obiad jedzą na górze.  Z każdą minutą oraz godziną nadzieje na kolejne podpisy upadają, jednak ni stąd, ni zowąd na schodach hotelu pojawia się tajemnicza osoba w błękitnej koszulce. Claudio Marchisio! pomocnik Juventusu rozmawiający przez telefon. Bardzo miły „Il Principino” podpisuje wszystkim zdjęcia oraz pozuje do zdjęć. Pojawia się też Daniele De Rossi. Sebastian próbuje podbiec jednak nic bardziej mylnego – De Rossi jest znacznie szybszy i ucieka szybko przez schody prowadzące do pokoi piłkarzy. Dokoła hotelu kręci się tylko Luigi Riva, Giancarlo Abete oraz sztab treningowy. Grzegorz z kolegami udają się na spacer, na którym zahaczyli o KFC (podobno było gorsze niż w Warszawie). Pod hotel podjeżdża taksówka z której wysiada znana nam postać: Zbigniew Boniek!. (autograf Bońka dawno został moim wymarzonym podpisem jednak nie spodziewałem się, że zdołam zebrać go osobiście). „Zibi” podpisuje wszystko oraz pozuje do zdjęć. Daję do podpisania flagę biało-czerwoną reprezentacji Polski.

- „Można prosić o podpis na fladze z dedykacją dla Mateusza?”
- „Jasne!”
- „Ale czy ta flaga to jeszcze z orzełkiem czy już nie?”. (wszyscy zaczęli się śmiać.).

Później czekamy już w środku hotelu. Miłe zaskoczenie – zobaczyliśmy… wesele, które właśnie odbywało się w restauracji hotelu.

Godzina 18.00. Poznany już wcześniej Pan ochroniarz, wraz z kolegą podchodzi i grzecznie informuje, nas o tym abyśmy opuścili hotel, gdyż piłkarze niedługo będą zjeżdżać na dół. Czekamy i czekamy. Wychodzą! Ja ze skorowidzem w ręku, inni ze zdjęciami w grabie. Idzie Buffon!. Wystawiłem najdalej jak mogłem moją rękę i uff.. podpisuje się na pięknym zdjęciu podnoszącym puchar Mistrzostw Świata. Sebastianowi pomazał bardzo ciekawy autograf, który w znacznej części znajduje się na kartce, a nie na zdjęciu… wołamy dalej – nic. Pojechali na mecz.  Czas wolny. Grzegorz, Karol i Darek udali się do swojego pokoju, gdzie się zdrzemnęli oraz obejrzeli mecz reprezentacji (przynajmniej pierwszą połowę, bo na drugiej zasnęli). Wraz z Sebastianem udałem się prosto na stadion. Droga umilana śpiewami zagorzałych kibiców. Oczywiście znane nam wcześniej przyśpiewki: „Gdzie jest orzeł?”, „PZPN”, „Lato kondonie…” i inne tego typu serenady.  Po pół godzinie jesteśmy na miejscu. Rozchodzimy się, pod rodzę zaliczam hotel „Etap” gdzie w recepcji czekał dla mnie bilet prosto od Wojciecha Łazarka. Wejście na stadion w miarę sprawne. Zasiadłem na trybunach gdzie przez prawie cały mecz dopingowałem Polaków (piszę prawie, ponieważ w przerwie musiałem coś przekąsić. Minuty spędzone w kolejce nie dały oczekiwanego skutku, powód?: skończyły się parówki! ).

Polska - Włochy

Polska - Włochy

Polacy starali się jak mogli, przegrali 2:0. W ostatnich minutach Kuba nie wykorzystał rzutu karnego. Po tej sytuacji wyszedłem ze stadionu i miałem do wyboru: albo jadę jeszcze raz pod hotel Włochów szukać szczęścia, albo prosto do domu. Do Wrocławia przyjechałem po to by pozbierać autografy, więc wybrałem pierwszą opcję nie zważając na to, że było już grubo po 23.00, a nocnych powrotnych autobusów prawie nie miałem. Przyjeżdżają. Zatrzymują się pojedyncze sztuki, których ciężko złapać, reszta macha, słucha muzyki. Jedynie Marchisio zatrzymuje się i ponownie podpisuje to co chcemy. Kierujemy się do domów – spotykamy się jutro na lotnisku.  Podróż z przygodami, znikoma ilość autobusów, brak tramwajów – czego tutaj jeszcze chcieć?. W domu jestem o godzinie 4.00. Pobudka szykowała się dość wcześnie gdyż piłkarze wylatywali już przed 11.00.

Oporowska

Oporowska

Sobota. Spałem dość krótko. Na lotnisku jestem niecałą godzinkę przed odlotem. Przyjechali, wychodzą!. Pierwszy rzucony na pożarcie został Antonio Nocerino od którego wziąłem podpis i udałem się prosto do Simone Pepe. Wszyscy zdążyli uciec. Celnicy zamykają wejście, jednak co mi tam wołam dalej… patrzę Montolivo!. Riccardo podpisuje moje zdjęcia. Był to ostatni zdobyty podpis na lotnisku. Lekko niezadowoleni wracamy na dworzec centralny skąd wszyscy rozjeżdżamy się w swoje strony. SeboLZ do domu we Wrocławiu, Pirlo do znajomych, Gaucho do Poznania, Tick w stronę Krakowa, a Warszawa… do Stolicy. Jako jedyny ostał się Gollaz i ja. Postanowiłem więc udać się do Sieradza późniejszym pociągiem, a wraz z bardziej doświadczonym ode mnie kolekcjonerem pozwiedzać piękne miasto jakim jest Wrocław.  Grzegorz sprawdza niezawodne google w telefonie. Młody Śląsk gra z Młodym ŁKS-em na Oporowskiej. Nie ma co! wybieramy się na mecz. W składach obu drużyn kilku podstawowych zawodników. Zebraliśmy takie podpisy jak: Mariusz Pawelec, Przemysław Kaźmierczak, Mateusz Cetnarski, Marek Gancarczyk, Łukasz Madej czy nowy trener drużyny z Łodzi Ryszard Tarasiewicz. Powrót szybka, bez żadnych przygód.

Wyjazd uważam za bardzo udany, miła, kolekcjonerska atmosfera. Wszyscy pozytywnie nastawieni. Dziękuję wszystkim za miło spędzone trzy dni we Wrocławiu. Oby do następnego!

PS Hotel Polaków: Grześ zrobił się głodny, szuka czegoś do przekąszenia, namawia chłopaków na obiad, jednak się nie udało. Przed Platinium Palace wisi karteczka z menu, czytam, czytam.. ooo! placki ziemniaczane w hotelu za jedyne dwadzieścia parę złotych. Niestety Grzegorz musiał się zadowolić kawałeczkiem czekolady, którą poczęstował go Darek ;) .

Po chwili toaleta!, w ogóle gdzie jest jakaś toaleta?, to lewo, to prawo – nie ma!. Grzegorz zrobił kółko wokół parku (nie było go kilka minut/pół godziny) nigdzie jednak nie ma toalety. Załatwił się dopiero później na lotnisku – achhh ten Wrocław!. Będę go miło wspominał!

Obiecuję, że kolejne notki nie będą tak długie jak ta, którą pisałem dwa dni ;)

Pozdrawiam Mateqi

Europejskie anegdoty

czwartek, 22 Grudzień 2011
True story, bro!

True story, bro!

Smęci mi ten mani, napisz co tam na Fulham, opisz coś o Włochach, jakąś notkę o Twente byś zrobił. Ale co tu pisać? Przylecieli, rozdali trochę autografów, zagrali mecz i polecieli. Szybko i na temat, a bez zbędnego nudzenia, kto jak i co. Kogo interesuje, że na Twente z domu wyszedłem kwadrans przed 7 rano, wróciłem kwadrans przed 3, a za 5 godzin jechałem już do pracy? Albo, że pokoje we Wrocławiu były lepsze, niż w Warszawie, natomiast żarcie w KFC wręcz odwrotnie. Nuuuuuuuudddddy. Z całego zbierania zawsze najciekawsze są historie, które później zmieniają się na kolejnych w opowiadane anegdoty. Postaram się klika przytoczyć, choć wiadomo, pióro i kartka (czy też klawiatura i laptop) nie oddadzą nigdy w pełni tego, co się działo.

Przylot Fulham, już trochę na lotnisku czekamy. No może nie wszyscy trochę, byli tacy co koczowali tam od rana, a przylot „anglików” grubo po południu. Stoimi, rozmawiamy, nagle Pulpeta nie ma, już stoi przy drzwiach z hali odpraw, a tam mu Riise podpisuje zdjęcie. Po wszystkim Łukasz stwierdza, że chyba pobił swój rekord na 100m.

To samo lotnisko, trochę inne osoby, lądować ma Twente. Do ich przylotu jakieś 20 minut. Stoimy przed, bo czasu jeszcze trochę. Nagle między nami zaczynają przechodzić osoby w tych samych dresach. Przylecieli wcześniej, lekka panika, ale dajemy radę. W ogóle mieliśmy się dowiedzieć, gdzie się zatrzymują, a tu już trzeba zbierać. O, idzie Filip Bednarek. Cześć, Filip, gdzie zostajecie? Szybko i zwięźle „nie wiem”. Miejmy nadzieję, że się bardziej orientuje gdy stoi w bramce. Na szczęście ogarnięty był coach Co.

Twente już w busie, nagle kierowca się odwraca, robi zdjęcie, wychodzi na zewnątrz i stwierdza z bananem na twarzy: a ja już mam wszystkich!

Lotnisko we Wrocławiu. Przylot Włoch. Pełno bandy z JuvePoland. Zdjęcia, śpiewy, cyrkusy i pajacowanie. Rano sms od maniego. „Od Gela słyszałem, że Wam Majkel z JuvePoland jakąś wiochę robią”. Fajnie, ani Gela, ani Majkela to ja we Wrocławiu nie widziałem. Zabawa w głuchy telefon pełną gębą.

Uderz w puchara

Uderz w puchara

Wrocław. Przychodzimy z Darkiem Tickiem i Karolem Pirlo pod hotel Polaków. Stoi z 20 dzieciaków, którzy zbierają w zeszytach z biologii czy innej geografii autografy. Niektórzy zbierali nawet ołówkiem. Nagle przychodzi jeden z nich, siema, siema, daje grabę, zebrałem już Smudę, udzieliłem wywiadu w telewizji, nawet nie wiem co tam mówiłem, tu chodzą, tam się rozgrzewają… Ja na Darka, Darek na Karola, Karol na mnie. ?!?! WTF? Okazało się, że to Mateqi debiutuje na zlocie.

Lotnisko. Wrocław. Podpisane co podpisane.  Szału nie ma. Mateqi przychodzi. Ee, Pirlo mi podpisał 2 zdjęcia. Ale po twarzy, eee, nie podoba mi się… Innym się wcale nie podpisał.

Kraków. Przyjeżdżam na Fulham mocno rano. Pulpet ledwie wyjechał z Radomia. Kontaktuję się z Lukim, czy mnie zaprosi na śniadanie. W odpowiedzi dostaję prosty komunikat. To co piwko jakieś? Wiadomo, na pusty żołądek to ja nie jem.

Naciągamy Lukiego, który ma jakieś ważne zajęcia na uczelni, żeby z nami jechał na lotnisko zbierać Fulham. Raz chce jechać, raz nie chce. W końcu decyduje się na uczelnię, mamy się spotkać wieczorem. Przychodzi z wywołanymi na szybko fotami. Udało mu się zbić z ceny, choć i tak sporo zapłacił. Wychodzą do busu na trening. Przyjechali ze swoją ochroną. Wszyscy pozbierali co umieli, oglądają, co tam kto ma. A Ty Łukasz? Gelu mnie tak wcisnął w autobus, że nic nie mam. Nie przejmuj się, przyjadą z powrotem, to sobie coś zbierzesz.
Przyjechali. Nic nie zebrał.

Kraków. Inny hotel. Twente. Wychodzi coach Co i jakiś zawodnik na konferencję. Stoimy w czterech, wszyscy zmieszani. Kto to mógł być? Bajrami? Bo łysy? Ale nie podobny. Hej coach, kto to tam wszedł do busu. Charli! ?!? Aaa Chadli! Obciął się specjalnie tak, żebyście gonie poznali! Możemy mu zająć minutę? Pewnie, jak minutę to czemu nie, po czym ekipa wbija się do busu i spokojnie zbiera autografy.

Kilka minut wcześniej Michał wypytuje wszystkich, którzy mogą wiedzieć, kto pojedzie na konferencję. Podjeżdża jakiś minibus. Kierowca staje koło nas, przygląda się i zaczyna pytać po angielsku czy jesteśmy dziennikarzami i czy jedziemy z nim na konferencję. Tak, pewnie, czemu nie. Nie, spoko żartujemy. A to nie wie Pan kto tam pojedzie? Całość ciągle po angielsku, wywiązuje się kilku minutowy dialog. Widać, że wszyscy się starają pięknie ładnie po angielsku mówić, po czym tylko lekko znudzony i oparty o kolumnę przed Sheratonem autor tego tekstu stwierdza: A może Panowie tak po Polsku porozmawiamy? Konsternacja z obu stron. Kierowca, spoko, możemy. Myślałem, że jesteście zagranicznymi dziennikarzami, ale dzień.

Darek wącha kwiatki, od góry

Darek wącha kwiatki, od góry

Darek, stary imprezowicz, wszędzie kogoś zna, więc we Wrocławiu rusza na balety. Godzina 23:59. Sms. Ej (cenzura) spotkałem na klubach Ćwięlonga, Sobotę, Kelemena i Dudka, gadałem z Pepe, że taką drogę przebyłem po grafy, a oni jutro nie trenują. Sms zwrotny. A to pogoda i pora do imprezowania dopisuje? Nie zrozumiał, a szkoda.

Sobota. Wrocław. Włosi już odlecieli. Pogoda dopisuje. Stwierdzam, że idę choć trochę pozwiedzać, bo jedyne co widziałem przez 2 dni to autobusy, rozkopany dworzec, galerie handlowe, hotel i lotnisko. Mateqi zostaje ze mną. Szybko sprawdzamy, że Młody Śląsk gra z Młodym ŁKSem na Oporowskiej. Trochę chodzimy po Wrocławiu, ale nie ma co, jedziemy na mecz. Kilka osób udało się dorwać, ale ciągle interesowało nas, co to za Brazylijczyk może siedzieć na trybunach. Kolejny raz 90minut na telefonie. Chyba Alexandre? Idziemy do Łukasza Madeja, podpis, zdjęcie, Panie Łukaszu, czy to tam siedzi Alexandre. Tak, na pewno. Na pewno? Tak, na pewno. Spoko. Hey Alexandre możesz nam tu podpisać, Brazylijczyk ściąga słuchawki z uszu, podpisuje, Mateusz robi z nim fotę. Ale, hmmm, mi to nie wygląda na podpis Alexandre. 90minut. Szybkie sprawdzenie kadry Młodej Ekstraklasy Śląska i jest.
Niejaki Dudu.

Wrocław. Zbieramy przed hotelem Polaków. Nagle przyjeżdża ktoś. Skądś go znamy. A, Wojciech Gąssowski. Jak już stoimy to co nam tam, zbierzemy sobie. Krótka rozmowa. Pan Wojciech zamyślony, a może macie pożyczyć jakiś mazak, też bym sobie ich pozbierał.

Ląduje Fulham. Pulpet próbuje robić fotki z ręki z Hangelandem. Hangeland od niego o 2 głowy wyższy. Pyk, jedna, urwana głowa Pulpeta, drugie podejście. Tym razem Brede bez głowy. Udało się, chyba, za 3 razem.

True story, bro!

WPIS AUTORSTWA GOLLAZA.

Pamiętajcie o Alamo!

wtorek, 13 Wrzesień 2011
Mamy tu Meksyk, o jakim nawet nie śnisz!

Mamy tu Meksyk, o jakim nawet nie śnisz!

Pamiętacie o Alamo? Znaczne, nieprzyjemne siły meksykańskie chcą stłamsić biednych Teksańczyków, ale Ci twardo się bronią przez 13 dni. Nie? To właśnie będzie historia o nieprzyjemnych meksykańskich siłach, zielonej hołocie i naszej nieustraszonej z manim walce o autografy.

W składzie mani, Pycio, śmietana, gollaz postanowiliśmy zrobić wycieczkę w krainy dzikie, by pozbierać narodowych reprezentantów Meksyku w piłce nożnej, zobaczyć mecz międzynarodowy wspomnianej drużyny z polskimi kopaczami i jak zwykle miło spędzić czas. Data: 01.09 (czwartek) – 03.09.2011 (sobota).

Od poniedziałku, kiedy Meksykanie przylecieli napływają do mnie z różnych stron sprzeczne informacje. Na lotnisku spoko, podpisują dużo, Torrado only one, Hernandez tylko na koszulkach i proporczykach, ale zawsze coś. Plan mam opracowany, zdjęcia wywołane pośrednio, czas ruszać w drogę. Melduje się w pogrążonej ciemnościami stolicy już o 4 rano, Marcin dociera jakieś 3,5 godziny później. Szybkie śniadanie w postaci tradycyjnej kuchni warszawskiej (kebab) i czas ruszać pod hotel. Nawet udaje nam się trafić bez problemów, pod hotel schodzą się oprócz nas inni kolekcjonerzy, dojeżdżają forumowi MAT92 oraz Krystian, kilku innych znanych mi z opowieści kolekcjonerów, czas nam mija spokojnie, aż w końcu idą na nas te hordy nieprzyjaciół. Ja dopadam jednego, Ochoę x2, mani upolował 3, ale grafów ma 5. Inni jeszcze gorzej. Torrado na każdym zdjęciu twierdzi, że to nie on. No to się nam pięknie zaczęła przygoda. Pojechali. Ile mogą mieć trening? 2 godziny? Czas na piwo! Wbijamy do Ogrodu Saskiego, różne dziwne zwierzęta tam, żyją, kombinacje psów z końmi. No nic, jak piwa nie można, to może można Ice Tea z pianką? Ledwo załyczyliśmy a już nas atakują niebieskie stwory. O Panowie, tak ciepło, a Wy bez piwka? A telefony skąd macie? Kradzione! A skąd? Z salonu! A to w porządku, widzę fajne chłopaki, no to nic, do widzenia! Oby nie, siema! Do widzenia!. Powrót pod hotel, już za chwilę wrócą, już za godzinkę! Albo za dwie? Wrócili po 5. Ilość zdobytych podpisów: 0. Meksykanie wszyscy tacy sami, koniec, ja przestaję zbierać na zdjęciach, bo nic z tego nie będzie. Kapitalnie!

Ono też chciało być piłkarzem!

Ono też chciało być piłkarzem!

No to nic, lecimy na obiad, tradycyjna kuchnia warszawska dalej w modzie (McDonald) i pod hotel Polaków. Tam już jakoś idzie lepiej. Na pierwszy ogień idzie Cezary Kucharski, dalej z grubej rury, Roman Kołtoń, który uwaga! nie jest piłkarzem, choć zawsze chciał nim być, Jacek Kazimierski, sędzia spotkania Alexandru Deaconu, dalej reprezentanci, Sandomierski, jest, Wawrzyniak, jest! Hmm, mani, kurde, tyle mam tych zdjęć, a jeszcze ani jednego nie podpisanego? Bo mani to wiadomo, już miał z 80 zdjęć podpisanych, jak się wywołuje 14 Małeckich i 23 Błaszczykowskich to tak jest . Wreszcie coś się ruszyło, Szczęsny jest, Wasilewski jest, Smuda, jest, Frankowski, jest, Zieliński, jest. W zasadzie to nie pamiętam czy akurat tych złapaliśmy po treningu, przed treningiem, czy dopiero nazajutrz, zbieraliśmy 3 razy i nie wyglądało to źle.

DAREK PASIEKA!

DAREK PASIEKA!

Kilku nie udało się zebrać, dołożyliśmy kilka niespodziewanych grafów – Kasperczak, Borek, Baszczyński, Kowalewski… i DARIUSZ PASIEKA! Personalne zwycięstwo Marcina. I Pana Dariusza, który prawie przemknął się niezauważony. Jedynie uciekł nam młody Koźmiński. Tylko od Jarka Jakimowicza nikt autografów nie chciał. Wiadomo, to Meksyk miał być najważniejszy na tej wycieczce, więc opisywanie zbierania Polaków sobie już odpuszczę. Szybkie zakupy, bo na Bielanach gdzie spaliśmy nie ma żadnych sklepów (tak twierdził Pulpet, który spał tam wcześniej z Pirlo). Te nic to Żabka, Biedronka, Makro i inne sklepy, no ale… Szybka podróż metrem, autobusem, z buta, prawie jak Stare Miasto i Jak Się Poruszać Po Mieście, na miejscu czteropak na kolację i spać. Ponad 40 godzin bez snu zrobiło swoje.

Polska - Meksyk

Polska - Meksyk

Z hotelu wybijamy o świcie, rano Meksykanie mieli mieć rozruch, spacer, czy coś w tym stylu. Pod hotelem stała ekipa. Meksykanie znowu rach ciach ciach i są w busie. Trzech udało się dopaść, maniemu dwóch. Skok ilościowy w moim wykonaniu ogromny. Dowiadujemy się, że rozruch mają na Polonii, więc szybka konsultacja z MATem, przechodniami i ruszamy tramwajem na Konwiktorską. Trening zamknięty dla publiczności, tzn. wchodzą wszyscy, którzy chcą oprócz mnie, maniego i dwóch kolegów. Nawet gość na rowerze. Ale przecież ochroniarz wie, kogo może, a kogo nie może wpuścić i nie ma o czym dyskutować. Jak mani miał Pasiekę, tak ja miałem Piotrka Stokowca. A co? Nie po to przyjechałem do Warszawy, żeby nie zbierać kogo się tylko da. Rozruch kończy się dość szybko, znowu udaję się załapać na 2 czy tam 3 autografy. Gdybym zdobył w jeden dzień 7, to byłbym zły. Teraz jestem nieoczekiwanie zadowolony. Już siedem! A jeszcze z cztery podejścia. Czas najwyższy na tradycyjną kuchnię warszawską (tym razem wypadło na KFC) i znowu pod hotel Polaków. Czasu trochę mieliśmy, więc plan był, aby wpaść do sejmu, przemówić coś, senatora Piechniczka spotkać, niestety skończyło się tylko na oglądaniu budynków sejmu i senatu z zewnątrz. Polaków pod hotelem pozbieraliśmy, więc czas na mecz.

Piknik

Piknik

Mecz jak mecz, mani nie chciał kibicować, ja kibicować z założenia mogłem tylko Meksykowi, zasmakowaliśmy tradycyjnej kuchni warszawskiej (kiełbasa w bułce), piknik na 100%. Polacy kopali jak umieli, Meksykanie na pół gwizdka. Ja już na Pepsi Arenie, która wtedy jeszcze nie była gazowana, byłem, mani nie, nie wiem jak jego opinia, ale mi się podoba. Po meczu próbujemy wydostać się z pod stadionu busem. Nasz cel to oczywiście hotel Meksykanów. Do pierwszego nie wbijamy, bo jest przepełniony, drugi i trzeci nie przyjeżdżają, więc ewakuujemy się z buta. Jak tylko odeszliśmy na 2 minuty przyjechał pierwszy, znowu przepełniony. Kolejny jedzie, biegniemy, jest, udało się. Jedziemy razem z grupą meksykańskich kibiców. Przynajmniej wesoło było, tylko Polki, blondynki, mimo życzeń naszych gości nie chcą tańczyć na rurkach.

Chicharito

Chicharito

Pod hotelem kilka osób, jedna dziewczyna chce się rozbierać dla Chicharito, piłkarze podjeżdżają, tym razem w końcu coś konkretnego, Marquez podpisuje raz, dos Santos raz, zawsze coś i jakiś dziwny gość na Ch też, szkoda, że to tylko Cherookie. Jest ok. Jak na nich. Znajomy schemat, metro, nocny bus, oooops nie ten co miał być, wracamy z buta dość trochę, kolejny nocny bus, kilka piw, godzina 3, wstawać na 7, żeby zbierać jeszcze Polaków przed odlotem do Gdańska? Chęci może i były, ale dajemy sobie spokój.

Rano kolejny trening Meksykanów, tym razem od razu udajemy się na Polonię. Schodzą się znani już nam wcześniej kolekcjonerzy oraz forumowy Michał. Jak możecie się domyśleć, nie tylko na forum ma takie imię! Choć sprytne by było gdyby miał np. Wojtek, o! Na trening Meksykanie przyjeżdżają w okrojonym składzie i zaliczamy kolejny pusty przelot. Na szczęście po są znacznie milsi. Znowu Marquez podpisuje, mani ma chyba z 11 jego autografów (tak, ferrari, aż tyle!) , dos Santos, Salcido. Wyłamuje się jak zawsze trener. Ja znowu złapałem tego na Ch! Przynajmniej go przehandlowałem z manim na Israela. Co to by był za dzień, gdybyśmy nie skosztowali tradycyjnej kuchni warszawskiej (znowu McDonald)? Tym razem towarzyszył nam Michał. Pojedli, to czas kupić mazak. Dla maniego skończyłoby się to prawie dożywociem. Chciał być kurde Playboyem! Bramka pikała i pikała, a w dwóch plecakach maniego można było znaleźć prawie wszystko. Już miał się rozbierać do majtek, ale na szczęście to tylko dezodorant, do tego w połowie pusty (a może w połowie pełny?). Ostatnia szansa nas jeszcze czekała na lotnisku. Michał pokazuje nam, gdzie w Warszawie spokojnie można wypić piwo, droga mija szybko. Jesteśmy, znowu te same osoby! Znowu te same autografy, Duenas, Ochoa, Barrera. Tylko jeden jakiś przygłupi. Ale trzeba mu wybaczyć, w końcu ostatnio miał jakiś uraz głowy, niech już leci jak najdalej. No to pa zielona hołoto! Ich wizytę kończy stwierdzenie Darka, w końcu polecieli. Od Michała razem z manim dostajemy w prezencie po autografie Sinhy na zdjęciu. DZIĘ-KU-JE-MY. Jeszcze ostatni tradycyjny posiłek warszawski (Burger King), piwo w Złotych Tarasach, obczajanie reprezentacji u-17 Cypru, która też się tam szlajała i wreszcie powrót z zaświatów na Śląsk! Podróż błyskawiczna, gdy ja dojeżdżałem do Katowic mani dopiero wsiadał do pociągu.

Bilans zysków to 21 autografów od 14 Meksykanów + dwa, po jednym od maniego i Michała + sporo autografów Polaków. Było na pewno ciekawie, do następnego i pamiętajcie o Alamo!

WPIS AUTORSTWA GOLLAZA.

 

Unikatowy autograf od Mierzejewskiego

Unikatowy autograf od Mierzejewskiego

A na zakończenie kilka słów od maniego: Całą wyprawę będę wspominał bardzo dobrze. Od jej początku, kiedy ku mojemu zdziwieniu przyjechałem pociągiem na czas, gdzie mój tegoroczny wakacyjny bilans opóźnień w podróży to 2h do Cieszyna, 3h do Pragi, 1h z Krakowa, 4h do Krakowa, 0,66h do Wrocławia. W Warszawie mogłem się także sporo nauczyć. Przede wszystkim wiem już, że zdjęć nie należy przyklejać do zeszytu. O ile zbierając Wisłę w Trójmieście udało mi się Mateuszowi Kowalskiemu wyperswadować, że podpisywanie się pod zdjęciem, na obliczeniach matematycznych nie jest tym, co się od niego oczekuje, o tyle tym razem nie udało się. Stąd mam unikatowy podpis Adriana Mierzejewskiego (odklejając zdjęcie od kartki będę miał dwa unikalne podpisy, wciąż rozważam zrobienie tego). Ze zbierania Polaków najbardziej utkwił w pamięci Przemysław Tytoń, który raczył się mnie zapytać przy podpisywaniu drugiego z trzech zdjęć: „Co wy k**wa to sprzedajecie?” „Kto by Ciebie człowieku kupił? Ależ skąd!”. Muszę też zdementować niektóre rzeczy napisane przez Grzegorza. Nie podpisałem 14 fot Małeckiego i 23 Błaszczykowskiego, ich zostawiłem sobie na Gdańsk :P . Ponadto, nie podpisałem aż 11 Marquezów, więc nie łam się Szymon ;) Co więcej, jestem dumny z siebie po rozpoznaniu Darka Pasieki. Wrzesień był dla mnie dobrym miesiącem, bo kilka dni później ponownie spotkałem pana Darka, kiedy przechadzał się po terenie sopockiego hotelu Sheraton. Tym razem jednak nikt ze zbierających kolekcjonerów nie pofatygował się po jego podpis :( No ale nic, pewnie kolekcjonerzy z Warszawy już go mieli, na niejednym zdjęciu. Wypad całkiem pozytywny, szkoda, że niektórzy użytkownicy nie dotarli, jak mieli. Ale może następnym razem wyjdzie lepiej: większą ekipą i bardziej przyjaznych grajków do zbierania ;)

Cierpliwość jest kluczem do szczęścia.*

czwartek, 25 Sierpień 2011
Ivan Jovanović

Ivan Jovanović

Za dziesięć dziewiętnasta. Ostatnie dwa autografy zebrane. Pomyślałem: „chyba jednak było warto” i ruszyłem w drogę powrotną do domu. Jeszcze raz spojrzałem na hotel położony przy Bulwarach Wiślanych, od nazwy którego robiło mi się już niedobrze, podobnie jak od widoku obrotowych drzwi wejściowych. A miało być szybko, łatwo i przyjemnie…

Do zbierania autografów zawodników APOEL’u Nikozja skłoniły mnie dwie rzeczy. Po pierwsze była to najprawdopodobniej ostatnia szansa na poważniejsze zbieranie podpisów w wakacje roku 2011. A po drugie? Na oficjalnej stronie najlepszej cypryjskiej drużyny znalazłem ładne profilowe zdjęcia piłkarzy. Powód może błahy… nie dla mnie. Zdjęcia odebrałem we wtorkowe południe, a następnie ruszyłem do centrum miasta, gdzie prawdopodobnie znajduje się jeden z hoteli, w którym zamieszkają Cypryjczycy. Wcześniej skontaktowałem się z Darkiem (forumowym Tick’iem) i doszedłem do wniosku, że nie zdążę w tak krótkim czasie dostać się na lotnisko, gdzie kilkanaście minut po godzinie dwunastej miał wylądować samolot z piłkarzami APOEL’u na pokładzie. Podobnie jak czeskie pociągi, tak i cypryjskie samoloty, a właściwie to jeden, okazały się zawodne. Piłkarze wraz z częścią kibiców wybierających się do Krakowa wylądowali z ponad godzinnym opóźnieniem.

Przechadzając się po Krakowskim Rynku otrzymałem informacje od Szanownego Darka, że zawodnicy z Nikozji zamieszkają w tym samym hotelu co przed laty m.in. Barcelona. Momentalnie udałem się nad Wisłę. Czekając na przybycie autokaru nagle zobaczyłem…  Tick’a, który pod hotel przyjechał razem z zaprzyjaźnioną osobą odpowiedzialną za organizację pobytu rywali Białej Gwiazdy w Krakowie. Zaraz potem pojawił się też oczekiwany autokar. Zgodnie z instrukcją hotelowego ochroniarza („Jak zbieracie sobie pod hotelem to nie ma problemu, ale ze środka będę musiał was wyprosić.”) zabraliśmy się do roboty. Warto dodać, że Darek uzupełniał kolekcję o te podpisy, których nie udało mu się zebrać na lotnisku, ja startowałem od zera. Pierwszy autograf to nie kto inny jak trener Cypryjczyków, Ivan Jovanović, kolejne to podpisy piłkarzy, których udało się rozpoznać. Cała operacja trwała nie więcej jak pięć minut. Po tym czasie zawodnicy w komplecie weszli do hotelu, a w ręce trzymałem tylko siedem podpisanych zdjęć. Nie byłem zadowolony, co innego Darek, który doszedł do wniosku, że nie będzie już dzisiaj starał się o ostatnie dwa brakujące autografy. Jako że nie miałem innych planów na popołudnie, postanowiłem zameldować się pod hotelem jeszcze o godzinie 17:00, kiedy na trening wyjeżdżać mieli piłkarze z Nikozji.

Nuno Morais

Nuno Morais

Z zapasem kilkunastu minut stawiłem się ponownie w tym samym miejscu, gdzie pięć godzin wcześniej. Nie wiedziałem, że najgorsze dopiero przede mną. Miły pan z ochrony poinformował mnie, że zawodnicy na konferencję prasową i wieczorny trening wyjadą dopiero kwadrans przed dziewiętnastą. Chwila zawahania … i stwierdziłem, że się nie wycofam. Zaczekam na ławce z widokiem na najdłuższą polską rzekę. Po godzinie zawodnicy powoli w kilkuosobowych grupach wychodzili z hotelu, aby jeszcze kilkanaście minut zaczerpnąć świeżego zatrutego krakowskiego powietrza. Pomyślałem: „w to mi graj!”. Jakiś czas później brakowało mi już tylko autografów dwóch panów: Mariosa Hlia i Estebana Solariego. Doszedłem do wniosku, że to niemożliwe, żeby mi uciekli, bo to dość charakterystyczni z wyglądu piłkarze. Po chwili zjawił się trener Jovanović wraz z kilkoma osobami ze sztabu szkoleniowego i stwierdził, że wszyscy są już w autokarze. Nie minęła sekunda, kiedy zwróciłem się do serbskiego szkoleniowca z prośbą, aby zebrał mi dwa brakuje podpisy, a ja sobie grzecznie na nie poczekam przed autokarem. Odpowiedź „No, It’s difficult, after training” nie satysfakcjonowała mnie. Ostatnią szansę upatrzyłem we wsiadającym do autokaru trenerze (a może to był kierownik albo masażysta?). Nie zważając na początkową reakcję (znowu usłyszałem „It’s difficult”) wsunąłem mu w dłoń dwa zdjęcia i marker, a kiedy udał się pewnym krokiem do środka autokaru pomyślałem, że to musi się udać. Tak też się stało.

Co mnie nauczyła dzisiejsza przygoda? Cierpliwość, cierpliwość, cierpliwość. Bez niej nie wytrwasz w kolekcjonerstwie. Wam i sobie życzę więc cierpliwości : )

*Przysłowie greckie.

WPIS AUTORSTWA JARZĄBA.

Tres jours de Pologne

wtorek, 16 Sierpień 2011

Skoro na blogu posucha, a wszyscy mogą opisać swoje szalone przygody ze zbierania autografów to i moją (plus kilku innych osobników, zbieżność nazwisk przypadkowa) skromną historię przedstawię. Jestem w pracy, więc czasu na pisanie mam sporo :)

Plan na wakacje był w stu procentach podporządkowany dwóm wydarzeniom, zlotowi w Pradze, o którym możecie przeczytać (lub będziecie mogli) oraz naszemu jedynemu poważnemu wyścigowi kolarskiemu, zwanemu z polskiego Tour de Pologne. Urlop zaplanowany już dawno, szkolenie u jedynego polskiego zawodowego kolekcjonera z zasad BHP odbyte, wprawdzie biegowo jeszcze odstaję, ale wszystko przede mną. A poza tym w wakacje ciężka praca!

Przygotowania rozpoczęte już w czwartek, na pierwszy ogień idzie lista startowa, wykreślanie autografów już posiadanych, zaznaczanie głównych celów, ale zbieramy wszystko, stara zasada ze zlotu w Krakowie mówi, że im więcej tym lepiej i nie zbiera się na jakość, tylko na ilość! Piątek to przygotowywanie, gdzieniegdzie już legendarnych, ramek, wykupienie całego asortymentu kart pocztowych na głównej poczcie w Rudzie Śląskiej (w ilości 9 – słownie dziewięć) i wyjazd w stronę Częstochowy do rodziców. Dostęp na tym zadupiu do netu trochę ograniczony, ale niedziela wita mnie kacem, kilkoma zmianami na liście startowej, później także pośrednią informacją od niejakiego Mateusza, że w kilku teamach dyrektorami są medaliści IO. Szybkie poprawki i przygotowany znacznie lepiej niż w roku poprzednim mogę ruszać do boju.

"Znajdź sobie kogoś, kto pozbiera grafy za ciebie, a jeśli nie to przynajmniej ogarnie kto jest kim."

"Znajdź sobie kogoś, kto pozbiera grafy za ciebie, a jeśli nie to przynajmniej ogarnie kto jest kim."

Poniedziałek, czyli dzień pierwszy to 2 etap z Częstochowy do Dąbrowy Górniczej. Mój ciężko nudzący się na emeryturze ojciec deklaruje, że pojedzie ze mną i szybko oraz oszczędnie melduję się na starcie. Bez problemów trafiamy na start, gdzie część ekip już się zebrała. Pogoda strasznie niepewna, opady przekreśliłby plan, ale nawet po jakimś czasie wychodzi słońce. Fortuna nam sprzyja. Jak mówi Barney Stinson „I only have one rule”, czyli znajdź sobie kogoś, kto pozbiera grafy za ciebie, a jeśli nie to przynajmniej ogarnie kto jest kim. Po pozbieraniu autografu Lecha (Leszka wg TVP) Piaseckiego (starszy Pan, któremu pożyczyłem długopis zebrał sobie też jego autograf „Mistrzu, napisz dla Czesława i daj autograf! Ale napisz Pan też nazwisko, bo skąd mam wiedzieć kim jesteś!”) oraz kilku kolarzy Vacansoleil z Michałem Gołasiem w składzie („Hallo, could you sign?” spytał gollaz w tamtym roku Pana Michała, w tym roku postanowił nie popełnić podobnej gafy, ale postanowienia postanowieniami, a przyzwyczajenie pozostają, tym razem Michał nie raczył skomentować, w tamtym roku stwierdził „a ja akurat jestem Polakiem!”) znalazłem oczywiście taką osobę. W międzyczasie jeszcze ogarniam kilku kolarzy CCC oraz reprezentacji Polski, którzy z powodów finansowych przygotowywać do etapów muszą się na świeżym powietrzu. Ciekawe czy w tych busikach mają zezwolenie na przewóz tylu osób? Zasłyszana historyjka mówi, że związku nie stać nawet na reprezentacyjne rowery, więc kolarze jechali na klubowych. Zbieranie z moim nowym kolegą, który wiedział, kto, gdzie i kiedy przebiegało bardzo sprawnie. Kto odwiedził kiedyś miasto medalikarzy, ten wie jak wygląda ulica NMP, gdzie stały busy ekip. Dla kolekcjonera to jak gwiazdka w lato, nic tylko przebierać w potencjalnych celach. Po kilkukrotnym przejściu od początku do końca całej kolumny stwierdzam, że najlepiej ulokować się w jednym miejscu. Wypadło gdzieś w połowie stawki, wręcz idealnie, bo koło siebie ustawione były busy Katiuszy, Garmin, Liquigasu i Quick Stepu z takimi gwiazdami jak Tom Boonen, Danielo Di Luca, Luca Paolini czy Michaele Scarponi, tam zostaję aż do startu. W pierwszy dzień udało się zebrać ponad 60 autografów, co pozwalało patrzeć optymistycznie w przyszłość.

Będzin

Będzin

Wtorek i etap nr 3. Będzin – Katowice. Z jednego miasta do drugiego jakieś 15min pociągiem, trzeba było tylko dostać się do Będzina. 32km, które dzielą miejsce mojej pobudki z Będzinem przyszłoby mi pokonywać ok. 3 godzin pociągiem, więc kolejny raz korzystam z usług ojca. Do Będzina przybywamy nieoczekiwanie bardzo szybko i sprawnie, co powoduje, że jestem na miejscu sporo przed czasem. Postanawiam zwiedzić pobliski stadion miejski, na którym swoje spotkania rozgrywa miejscowa Sarmacja, poczytać nieodłączny dodatek Dziennika Zachodniego. Na półtora godziny przed rozpoczęciem etapu zjawiają się pierwsze ekipy, przy autobusie Radioshack wyczajam dwóch kolekcjonerów ze zdjęciami, więc szybka podbitka do nich, co tam mają ciekawego i czy wiedzą kto jest kto (patrz B. Stinson!). Po krótkiej rozmowie, jeden z nich stwierdza „a, ty chyba jesteś gollaz z kolekcja24!”. Trafiony, zatopiony. Kolekcjonerami okazali się aumiler oraz jego brat. Chwilę rozmawiamy, ale trzeba brać się do ciężkiej roboty, na pierwszy ogień idzie Astana, gdzie szybko skolegowałem się z włoskim kierowcą autobusu. On ani słowa po angielsku, ja po włosku kilka przekleństw, więc dogadaliśmy się szybko i komplet autografów Astany zdobyty. Z czasem pojawiają się kolejne autografy, jeden tu, drugi tam, m.in. trzykrotnego medalisty olimpijskiego Viatcheslava Ekimova (zwanego także Efimkinem), Alexa Rassmusena, którego przyszło mi lekko gonić (czekając przy autobusie HTC widziałem jego rower z przodu busu, czekałem przy drzwiach, a Alex w tym czasie załatwiał co trzeba w pobliskich krzakach) i kilku innych, lepszych lub gorszych zawodników. 5 minut przed startem zaczyna się ulewa i postanawiam zerwać się na pociąg do Katowic, gdzie byłem umówiony z Karolem, forumowym śmietaną.

Katowice

Katowice

W Katowicach jestem przed Karolem, a przynajmniej tak mi się wtedy wydawało, więc jeszcze szama na spokojnie i idę poczekać na niego na peronie. Oczywiście to on już na mnie czekał. Po mojej strefie bufetu plan był taki by udać się na strefę bufetów kolarzy zebrać jakieś bidony. Peleton dopiero wjechał do Katowic, miał jeszcze sporo kilometrów do pokonania więc spokojnie zmierzamy tam gdzie powinny czekać na swoich kolarzy ekipy. Kolarze mijają nas raz, drugi, trzeci, a my dalej idziemy w koło rundy i strefy bufetu brak. W końcu, gdy udaje się nam ją znaleźć to już trzeba się było zwijać na metę. Zdobywamy po bidonie Vacansoleil (kolarze piją z niego olej, jak sama nazwa wskazuje!), ja jeszcze Skya, który trafia pod moje nogi, a Karol De Rossy – Ceramica Flaminia (dla kolesia, który też taki otrzymał było to spełnienie marzeń, zawsze chciał mieć bidon reprezentacji Polski!). Na metę docieramy idealnie o czasie, finiszu oczywiście nie widzimy, ale na szczęście znajdujemy parking z niektórymi busami. Na miejscu jest już aumiler, zjeżdżają się cykliści, ja zbieram kilka, Karol trochę więcej, hitem był Mr. Żi (Ji Cheng), który przyjechał jako ostatni. Można powiedzieć, że były to jego ostatni podrygi w wyścigu, bo na następnym etapie wycofał się już po kilku minutach jazdy. Przy mecie zbieramy jeszcze zwycięzcę etapu Kittela, Karol jeszcze kilku Polaków. Umawiamy się na sobotę na Kraków, ja zabieram się z kumplami do domu autem, Karol pociągiem. Znowu ponad 50 autografów zdobytych + 2 bidony. Jest dobrze.

Kraków

Kraków

Po kilku dniach przerwy z Karolem meldujemy się w Krakowie. Sobota, krótki, ostatni etap, na szczęście wszystko w jednym miejscu. Podróż mija powoli, ale bez zbędnych opóźnień. Chwilę po wyjściu z dworca atakuje nas, poniekąd miła, przedstawicielka głównego sponsora wyścigu, proponując mojej skromnej osobie wzięcie udziału w krótkiej ankiecie z możliwym wygraniem pobytu w czterogwiazdkowym hotelu z SPA. Jako osoba, znająca wszystkie odpowiedzi na potencjalne pytania dotyczące TdP chętnie godzę się na udzielenie kilku. Pytania były arcytrudne, jednak nie z takimi rzeczami człowiek sobie radził.
- Czy wie Pan, kto jest głównym sponsorem TdP?
- Oczywiście!
- Yyy, no dobrze, a czy wie Pan, że Skandia, która właśnie jest głównym sponsorem TdP już od 150 lat proponuje…
- Teraz właśnie o tym czytaliśmy!
- Czy chciałby Pan poznać ofertę jaką proponuje Panu Skandia?
- Oczywiście…, że nie!
Jeszcze tylko musiałem podać dane (Pani nie skorzystała z oferty, by wpisać swoje dane i pojechać do spa), więc w nagrodę dostała lekko zmodyfikowane moje i ruszamy dalej. Ledwo zrobiliśmy kilka kroków, a już spotykamy aumilera z bratem i ojcem. Karol prawie by się zgubił, ale zachował czujność. Okrężną (a jakże mogłoby być inaczej?) drogą ruszamy w stronę Błoń, gdzie przy stadionie Wisły usytuowany był parking dla ekip. Pod parkingiem od strony Błoń spotykamy dwóch kolekcjonerów, z którymi potem mam przyjemność oglądać wyścig, na pytanie czy to na pewno dobry parking, odpowiadają, że chyba tak. Doświadczenie nabyte na zeszłorocznym zlocie mówi nam, że po drugiej stronie jest jeszcze jeden parking i nasze przeczucia okazują się słuszne. Widzimy autobus techniczny Saxo, czekających na reprezentację Polski kilku fanów i tyle… Na dodatek przejeżdża bus CCC i jedzie gdzie indziej, reprezentacja podjeżdża na chwilę, Karol zdobywa jeden autograf i Polacy odjeżdżają. Lekki napad paniki, iść na rynek czy czekać jeszcze? Karol znając skuteczność moich krakowskich wyborów stwierdza, że zostajemy, co okazało się w 100% słuszne. Po pewnym czasie pojawiają się kolejne ekipy (w tym Astana, z moim ulubionym kierowcą), oprócz kilku, które podobno są pod Cracovią, Karol zbiera dużo, ja powoli kompletuję brakujące autografy, śmietanie udaje się zebrać osobiście 2 autografy kolarzy, których nie było na miejscu oraz Mr. Crasha! Przed startem Karol znika w nieznanych okolicznościach, ja natomiast kieruję się na śniadanie (w końcu już była prawie 16) i na trasę. W trakcie wyścigu zdobywam jeszcze kilka bidonów, breloczek do kluczy CCC i na spokojnie oglądam rywalizację. Po etapie udaje mi się zebrać jeszcze kilka autografów, od p. Ekimova dostaję dokładny program TdP, z aumilerem czekamy jeszcze na zwycięzcę klasyfikacji górskiej, wspomnianego wcześniej Michała Gołasia, w tym czasie z pobliskiego baru dolatują nas odgłosy radości z zdobycia przez Wisłę bramki na 1-1 w meczu z warszawską Polonią. Michał podzielił losy Karola, więc odprowadzam jeszcze trochę aumilera i tramwajem wracam pod dworzec. Jeszcze tylko obiad w galerii, gdzie spotykam braci Skorupskich, szybkie zakupy wody mineralnej, które zamieniły się w czteropak Żywca i nagle, ni stąd, ni zowąd odnajduje się na dworcu zagubiony Karol. Powrót w miarę spokojny, oprócz fatamorgany jednego z towarzyszy podróży, któremu z braku napojów objawiły się po drodze Tychy. Ostatni dzień na TdP pozytywnie kończy świetne 3 dni i wypada tylko czekać na następny rok.

 

WPIS AUTORSTWA GOLLAZA

Tres jours de Pologne.
Skoro na blogu posucha, a wszyscy mogą opisać swoje szalone przygody ze zbierania autografów to i moją (plus kilku innych osobników, zbieżność nazwisk przypadkowa) skromną historię przedstawię. Jestem w pracy, więc czasu na pisanie mam sporo :)
Plan na wakacje był w stu procentach podporządkowany dwóm wydarzeniom, zlotowi w Pradze, o którym możecie przeczytać (lub będziecie mogli) oraz naszemu jedynemu poważnemu wyścigowi kolarskiemu, zwanemu z polskiego Tour de Pologne. Urlop zaplanowany już dawno, szkolenie u jedynego polskiego zawodowego kolekcjonera z zasad BHP odbyte, wprawdzie biegowo jeszcze odstaję, ale wszystko przede mną. A poza tym w wakacje ciężka praca!
Przygotowania rozpoczęte już w czwartek, na pierwszy ogień idzie lista startowa, wykreślanie autografów już posiadanych, zaznaczanie głównych celów, ale zbieramy wszystko, stara zasada ze zlotu w Krakowie mówi, że im więcej tym lepiej i nie zbiera się na jakość, tylko na ilość! Piątek to przygotowywanie, gdzieniegdzie już legendarnych, ramek, wykupienie całego asortymentu kart pocztowych na głównej poczcie w Rudzie Śląskiej (w ilości 9 – słownie dziewięć) i wyjazd w stronę Częstochowy do rodziców. Dostęp na tym zadupiu do netu trochę ograniczony, ale niedziela wita mnie kacem, kilkoma zmianami na liście startowej, później także pośrednią informacją od niejakiego Mateusza, że w kilku teamach dyrektorami są medaliści IO. Szybkie poprawki i przygotowany znacznie lepiej niż w roku poprzednim mogę ruszać do boju.
Poniedziałek, czyli dzień pierwszy to 2 etap z Częstochowy do Dąbrowy Górniczej. Mój ciężko nudzący się na emeryturze ojciec deklaruje, że pojedzie ze mną i szybko oraz oszczędnie melduję się na starcie. Bez problemów trafiamy na start, gdzie część ekip już się zebrała. Pogoda strasznie niepewna, opady przekreśliłby plan, ale nawet po jakimś czasie wychodzi słońce. Fortuna nam sprzyja. Jak mówi Barney Stinson „I only have one rule”, czyli znajdź sobie kogoś, kto pozbiera grafy za ciebie, a jeśli nie to przynajmniej ogarnie kto jest kim. Po pozbieraniu autografu Lecha (Leszka wg TVP) Piaseckiego (starszy Pan, któremu pożyczyłem długopis zebrał sobie też jego autograf „Mistrzu, napisz dla Czesława i daj autograf! Ale napisz Pan też nazwisko, bo skąd mam wiedzieć kim jesteś!”) oraz kilku kolarzy Vacansoleil z Michałem Gołasiem w składzie („Hallo, could you sign?” spytał gollaz w tamtym roku Pana Michała, w tym roku postanowił nie popełnić podobnej gafy, ale postanowienia postanowieniami, a przyzwyczajenie pozostają, tym razem Michał nie raczył skomentować, w tamtym roku stwierdził „a ja akurat jestem Polakiem!”) znalazłem oczywiście taką osobę. W międzyczasie jeszcze ogarniam kilku kolarzy CCC oraz reprezentacji Polski, którzy z powodów finansowych przygotowywać do etapów muszą się na świeżym powietrzu. Ciekawe czy w tych busikach mają zezwolenie na przewóz tylu osób? Zasłyszana historyjka mówi, że związku nie stać nawet na reprezentacyjne rowery, więc kolarze jechali na klubowych. Zbieranie z moim nowym kolegą, który wiedział, kto, gdzie i kiedy przebiegało bardzo sprawnie. Kto odwiedził kiedyś miasto medalikarzy, ten wie jak wygląda ulica NMP, gdzie stały busy ekip. Dla kolekcjonera to jak gwiazdka w lato, nic tylko przebierać w potencjalnych celach. Po kilkukrotnym przejściu od początku do końca całej kolumny stwierdzam, że najlepiej ulokować się w jednym miejscu. Wypadło gdzieś w połowie stawki, wręcz idealnie, bo koło siebie ustawione były busy Katiuszy, Garmin, Liquigasu i Quick Stepu z takimi gwiazdami jak Tom Boonen, Danielo Di Luca, Luca Paolini czy Michaele Scarponi, tam zostaję aż do startu. W pierwszy dzień udało się zebrać ponad 60 autografów, co pozwalało patrzeć optymistycznie w przyszłość.
Wtorek i etap nr 3. Będzin – Katowice. Z jednego miasta do drugiego jakieś 15min pociągiem, trzeba było tylko dostać się do Będzina. 32km, które dzielą miejsce mojej pobudki z Będzinem przyszłoby mi pokonywać ok. 3 godzin pociągiem, więc kolejny raz korzystam z usług ojca. Do Będzina przybywamy nieoczekiwanie bardzo szybko i sprawnie, co powoduje, że jestem na miejscu sporo przed czasem. Postanawiam zwiedzić pobliski stadion miejski, na którym swoje spotkania rozgrywa miejscowa Sarmacja, poczytać nieodłączny dodatek Dziennika Zachodniego. Na półtora godziny przed rozpoczęciem etapu zjawiają się pierwsze ekipy, przy autobusie Radioshack wyczajam dwóch kolekcjonerów ze zdjęciami, więc szybka podbitka do nich, co tam mają ciekawego i czy wiedzą kto jest kto (patrz B. Stinson!). Po krótkiej rozmowie, jeden z nich stwierdza „a, ty chyba jesteś gollaz z kolekcja24!”. Trafiony, zatopiony. Kolekcjonerami okazali się aumiler oraz jego brat. Chwilę rozmawiamy, ale trzeba brać się do ciężkiej roboty, na pierwszy ogień idzie Astana, gdzie szybko skolegowałem się z włoskim kierowcą autobusu. On ani słowa po angielsku, ja po włosku kilka przekleństw, więc dogadaliśmy się szybko i komplet autografów Astany zdobyty. Z czasem pojawiają się kolejne autografy, jeden tu, drugi tam, m.in. trzykrotnego medalisty olimpijskiego Viatcheslava Ekimova (zwanego także Efimkinem), Alexa Rassmusena, którego przyszło mi lekko gonić (czekając przy autobusie HTC widziałem jego rower z przodu busu, czekałem przy drzwiach, a Alex w tym czasie załatwiał co trzeba w pobliskich krzakach) i kilku innych, lepszych lub gorszych zawodników. 5 minut przed startem zaczyna się ulewa i postanawiam zerwać się na pociąg do Katowic, gdzie byłem umówiony z Karolem, forumowym śmietaną. W Katowicach jestem przed Karolem, a przynajmniej tak mi się wtedy wydawało, więc jeszcze szama na spokojnie i idę poczekać na niego na peronie. Oczywiście to on już na mnie czekał. Po mojej strefie bufetu plan był taki by udać się na strefę bufetów kolarzy zebrać jakieś bidony. Peleton dopiero wjechał do Katowic, miał jeszcze sporo kilometrów do pokonania więc spokojnie zmierzamy tam gdzie powinny czekać na swoich kolarzy ekipy. Kolarze mijają nas raz, drugi, trzeci, a my dalej idziemy w koło rundy i strefy bufetu brak. W końcu, gdy udaje się nam ją znaleźć to już trzeba się było zwijać na metę. Zdobywamy po bidonie Vacansoleil (kolarze piją z niego olej, jak sama nazwa wskazuje!), ja jeszcze Skya, który trafia pod moje nogi, a Karol De Rossy – Ceramica Flaminia (dla kolesia, który też taki otrzymał było to spełnienie marzeń, zawsze chciał mieć bidon reprezentacji Polski!). Na metę docieramy idealnie o czasie, finiszu oczywiście nie widzimy, ale na szczęście znajdujemy parking z niektórymi busami. Na miejscu jest już aumiler, zjeżdżają się cykliści, ja zbieram kilka, Karol trochę więcej, hitem był Mr. Żi (Ji Cheng), który przyjechał jako ostatni. Można powiedzieć, że były to jego ostatni podrygi w wyścigu, bo na następnym etapie wycofał się już po kilku minutach jazdy. Przy mecie zbieramy jeszcze zwycięzcę etapu Kittela, Karol jeszcze kilku Polaków. Umawiamy się na sobotę na Kraków, ja zabieram się z kumplami do domu autem, Karol pociągiem. Znowu ponad 50 autografów zdobytych + 2 bidony. Jest dobrze.
Po kilku dniach przerwy z Karolem meldujemy się w Krakowie. Sobota, krótki, ostatni etap, na szczęście wszystko w jednym miejscu. Podróż mija powoli, ale bez zbędnych opóźnień. Chwilę po wyjściu z dworca atakuje nas, poniekąd miła, przedstawicielka głównego sponsora wyścigu, proponując mojej skromnej osobie wzięcie udziału w krótkiej ankiecie z możliwym wygraniem pobytu w czterogwiazdkowym hotelu z SPA. Jako osoba, znająca wszystkie odpowiedzi na potencjalne pytania dotyczące TdP chętnie godzę się na udzielenie kilku. Pytania były arcytrudne, jednak nie z takimi rzeczami człowiek sobie radził.
- Czy wie Pan, kto jest głównym sponsorem TdP?
- Oczywiście!
- Yyy, no dobrze, a czy wie Pan, że Skandia, która właśnie jest głównym sponsorem TdP już od 150 lat proponuje…
- Teraz właśnie o tym czytaliśmy!
- Czy chciałby Pan poznać ofertę jaką proponuje Panu Skandia?
- Oczywiście…, że nie!
Jeszcze tylko musiałem podać dane (Pani nie skorzystała z oferty, by wpisać swoje dane i pojechać do spa), więc w nagrodę dostała lekko zmodyfikowane moje i ruszamy dalej. Ledwo zrobiliśmy kilka kroków, a już spotykamy aumilera z bratem i ojcem. Karol prawie by się zgubił, ale zachował czujność. Okrężną (a jakże mogłoby być inaczej?) drogą ruszamy w stronę Błoń, gdzie przy stadionie Wisły usytuowany był parking dla ekip. Pod parkingiem od strony Błoń spotykamy dwóch kolekcjonerów, z którymi potem mam przyjemność oglądać wyścig, na pytanie czy to na pewno dobry parking, odpowiadają, że chyba tak. Doświadczenie nabyte na zeszłorocznym zlocie mówi nam, że po drugiej stronie jest jeszcze jeden parking i nasze przeczucia okazują się słuszne. Widzimy autobus techniczny Saxo, czekających na reprezentację Polski kilku fanów i tyle… Na dodatek przejeżdża bus CCC i jedzie gdzie indziej, reprezentacja podjeżdża na chwilę, Karol zdobywa jeden autograf i Polacy odjeżdżają. Lekki napad paniki, iść na rynek czy czekać jeszcze? Karol znając skuteczność moich krakowskich wyborów stwierdza, że zostajemy, co okazało się w 100% słuszne. Po pewnym czasie pojawiają się kolejne ekipy (w tym Astana, z moim ulubionym kierowcą), oprócz kilku, które podobno są pod Cracovią, Karol zbiera dużo, ja powoli kompletuję brakujące autografy, śmietanie udaje się zebrać osobiście 2 autografy kolarzy, których nie było na miejscu oraz Mr. Crasha! Przed startem Karol znika w nieznanych okolicznościach, ja natomiast kieruję się na śniadanie (w końcu już była prawie 16) i na trasę. W trakcie wyścigu zdobywam jeszcze kilka bidonów, breloczek do kluczy CCC i na spokojnie oglądam rywalizację. Po etapie udaje mi się zebrać jeszcze kilka autografów, od p. Ekimova dostaję dokładny program TdP, z aumilerem czekamy jeszcze na zwycięzcę klasyfikacji górskiej, wspomnianego wcześniej Michała Gołasia, w tym czasie z pobliskiego baru dolatują nas odgłosy radości z zdobycia przez Wisłę bramki na 1-1 w meczu z warszawską Polonią. Michał podzielił losy Karola, więc odprowadzam jeszcze trochę aumilera i tramwajem wracam pod dworzec. Jeszcze tylko obiad w galerii, gdzie spotykam braci Skorupskich, szybkie zakupy wody mineralnej, które zamieniły się w czteropak Żywca i nagle, ni stąd, ni zowąd odnajduje się na dworcu zagubiony Karol. Powrót w miarę spokojny, oprócz fatamorgany jednego z towarzyszy podróży, któremu z braku napojów objawiły się po drodze Tychy. Ostatni dzień na TdP pozytywnie kończy świetne 3 dni i wypada tylko czekać na następny rok.Tres jours de Pologne. 

Skoro na blogu posucha, a wszyscy mogą opisać swoje szalone przygody ze zbierania autografów to i moją (plus kilku innych osobników, zbieżność nazwisk przypadkowa) skromną historię przedstawię. Jestem w pracy, więc czasu na pisanie mam sporo :)

Plan na wakacje był w stu procentach podporządkowany dwóm wydarzeniom, zlotowi w Pradze, o którym możecie przeczytać (lub będziecie mogli) oraz naszemu jedynemu poważnemu wyścigowi kolarskiemu, zwanemu z polskiego Tour de Pologne. Urlop zaplanowany już dawno, szkolenie u jedynego polskiego zawodowego kolekcjonera z zasad BHP odbyte, wprawdzie biegowo jeszcze odstaję, ale wszystko przede mną. A poza tym w wakacje ciężka praca!

Przygotowania rozpoczęte już w czwartek, na pierwszy ogień idzie lista startowa, wykreślanie autografów już posiadanych, zaznaczanie głównych celów, ale zbieramy wszystko, stara zasada ze zlotu w Krakowie mówi, że im więcej tym lepiej i nie zbiera się na jakość, tylko na ilość! Piątek to przygotowywanie, gdzieniegdzie już legendarnych, ramek, wykupienie całego asortymentu kart pocztowych na głównej poczcie w Rudzie Śląskiej (w ilości 9 – słownie dziewięć) i wyjazd w stronę Częstochowy do rodziców. Dostęp na tym zadupiu do netu trochę ograniczony, ale niedziela wita mnie kacem, kilkoma zmianami na liście startowej, później także pośrednią informacją od niejakiego Mateusza, że w kilku teamach dyrektorami są medaliści IO. Szybkie poprawki i przygotowany znacznie lepiej niż w roku poprzednim mogę ruszać do boju.

Poniedziałek, czyli dzień pierwszy to 2 etap z Częstochowy do Dąbrowy Górniczej. Mój ciężko nudzący się na emeryturze ojciec deklaruje, że pojedzie ze mną i szybko oraz oszczędnie melduję się na starcie. Bez problemów trafiamy na start, gdzie część ekip już się zebrała. Pogoda strasznie niepewna, opady przekreśliłby plan, ale nawet po jakimś czasie wychodzi słońce. Fortuna nam sprzyja. Jak mówi Barney Stinson „I only have one rule”, czyli znajdź sobie kogoś, kto pozbiera grafy za ciebie, a jeśli nie to przynajmniej ogarnie kto jest kim. Po pozbieraniu autografu Lecha (Leszka wg TVP) Piaseckiego (starszy Pan, któremu pożyczyłem długopis zebrał sobie też jego autograf „Mistrzu, napisz dla Czesława i daj autograf! Ale napisz Pan też nazwisko, bo skąd mam wiedzieć kim jesteś!”) oraz kilku kolarzy Vacansoleil z Michałem Gołasiem w składzie („Hallo, could you sign?” spytał gollaz w tamtym roku Pana Michała, w tym roku postanowił nie popełnić podobnej gafy, ale postanowienia postanowieniami, a przyzwyczajenie pozostają, tym razem Michał nie raczył skomentować, w tamtym roku stwierdził „a ja akurat jestem Polakiem!”) znalazłem oczywiście taką osobę. W międzyczasie jeszcze ogarniam kilku kolarzy CCC oraz reprezentacji Polski, którzy z powodów finansowych przygotowywać do etapów muszą się na świeżym powietrzu. Ciekawe czy w tych busikach mają zezwolenie na przewóz tylu osób? Zasłyszana historyjka mówi, że związku nie stać nawet na reprezentacyjne rowery, więc kolarze jechali na klubowych. Zbieranie z moim nowym kolegą, który wiedział, kto, gdzie i kiedy przebiegało bardzo sprawnie. Kto odwiedził kiedyś miasto medalikarzy, ten wie jak wygląda ulica NMP, gdzie stały busy ekip. Dla kolekcjonera to jak gwiazdka w lato, nic tylko przebierać w potencjalnych celach. Po kilkukrotnym przejściu od początku do końca całej kolumny stwierdzam, że najlepiej ulokować się w jednym miejscu. Wypadło gdzieś w połowie stawki, wręcz idealnie, bo koło siebie ustawione były busy Katiuszy, Garmin, Liquigasu i Quick Stepu z takimi gwiazdami jak Tom Boonen, Danielo Di Luca, Luca Paolini czy Michaele Scarponi, tam zostaję aż do startu. W pierwszy dzień udało się zebrać ponad 60 autografów, co pozwalało patrzeć optymistycznie w przyszłość.

Wtorek i etap nr 3. Będzin – Katowice. Z jednego miasta do drugiego jakieś 15min pociągiem, trzeba było tylko dostać się do Będzina. 32km, które dzielą miejsce mojej pobudki z Będzinem przyszłoby mi pokonywać ok. 3 godzin pociągiem, więc kolejny raz korzystam z usług ojca. Do Będzina przybywamy nieoczekiwanie bardzo szybko i sprawnie, co powoduje, że jestem na miejscu sporo przed czasem. Postanawiam zwiedzić pobliski stadion miejski, na którym swoje spotkania rozgrywa miejscowa Sarmacja, poczytać nieodłączny dodatek Dziennika Zachodniego. Na półtora godziny przed rozpoczęciem etapu zjawiają się pierwsze ekipy, przy autobusie Radioshack wyczajam dwóch kolekcjonerów ze zdjęciami, więc szybka podbitka do nich, co tam mają ciekawego i czy wiedzą kto jest kto (patrz B. Stinson!). Po krótkiej rozmowie, jeden z nich stwierdza „a, ty chyba jesteś gollaz z kolekcja24!”. Trafiony, zatopiony. Kolekcjonerami okazali się aumiler oraz jego brat. Chwilę rozmawiamy, ale trzeba brać się do ciężkiej roboty, na pierwszy ogień idzie Astana, gdzie szybko skolegowałem się z włoskim kierowcą autobusu. On ani słowa po angielsku, ja po włosku kilka przekleństw, więc dogadaliśmy się szybko i komplet autografów Astany zdobyty. Z czasem pojawiają się kolejne autografy, jeden tu, drugi tam, m.in. trzykrotnego medalisty olimpijskiego Viatcheslava Ekimova (zwanego także Efimkinem), Alexa Rassmusena, którego przyszło mi lekko gonić (czekając przy autobusie HTC widziałem jego rower z przodu busu, czekałem przy drzwiach, a Alex w tym czasie załatwiał co trzeba w pobliskich krzakach) i kilku innych, lepszych lub gorszych zawodników. 5 minut przed startem zaczyna się ulewa i postanawiam zerwać się na pociąg do Katowic, gdzie byłem umówiony z Karolem, forumowym śmietaną. W Katowicach jestem przed Karolem, a przynajmniej tak mi się wtedy wydawało, więc jeszcze szama na spokojnie i idę poczekać na niego na peronie. Oczywiście to on już na mnie czekał. Po mojej strefie bufetu plan był taki by udać się na strefę bufetów kolarzy zebrać jakieś bidony. Peleton dopiero wjechał do Katowic, miał jeszcze sporo kilometrów do pokonania więc spokojnie zmierzamy tam gdzie powinny czekać na swoich kolarzy ekipy. Kolarze mijają nas raz, drugi, trzeci, a my dalej idziemy w koło rundy i strefy bufetu brak. W końcu, gdy udaje się nam ją znaleźć to już trzeba się było zwijać na metę. Zdobywamy po bidonie Vacansoleil (kolarze piją z niego olej, jak sama nazwa wskazuje!), ja jeszcze Skya, który trafia pod moje nogi, a Karol De Rossy – Ceramica Flaminia (dla kolesia, który też taki otrzymał było to spełnienie marzeń, zawsze chciał mieć bidon reprezentacji Polski!). Na metę docieramy idealnie o czasie, finiszu oczywiście nie widzimy, ale na szczęście znajdujemy parking z niektórymi busami. Na miejscu jest już aumiler, zjeżdżają się cykliści, ja zbieram kilka, Karol trochę więcej, hitem był Mr. Żi (Ji Cheng), który przyjechał jako ostatni. Można powiedzieć, że były to jego ostatni podrygi w wyścigu, bo na następnym etapie wycofał się już po kilku minutach jazdy. Przy mecie zbieramy jeszcze zwycięzcę etapu Kittela, Karol jeszcze kilku Polaków. Umawiamy się na sobotę na Kraków, ja zabieram się z kumplami do domu autem, Karol pociągiem. Znowu ponad 50 autografów zdobytych + 2 bidony. Jest dobrze.

Po kilku dniach przerwy z Karolem meldujemy się w Krakowie. Sobota, krótki, ostatni etap, na szczęście wszystko w jednym miejscu. Podróż mija powoli, ale bez zbędnych opóźnień. Chwilę po wyjściu z dworca atakuje nas, poniekąd miła, przedstawicielka głównego sponsora wyścigu, proponując mojej skromnej osobie wzięcie udziału w krótkiej ankiecie z możliwym wygraniem pobytu w czterogwiazdkowym hotelu z SPA. Jako osoba, znająca wszystkie odpowiedzi na potencjalne pytania dotyczące TdP chętnie godzę się na udzielenie kilku. Pytania były arcytrudne, jednak nie z takimi rzeczami człowiek sobie radził.
- Czy wie Pan, kto jest głównym sponsorem TdP?
- Oczywiście!
- Yyy, no dobrze, a czy wie Pan, że Skandia, która właśnie jest głównym sponsorem TdP już od 150 lat proponuje…
- Teraz właśnie o tym czytaliśmy!
- Czy chciałby Pan poznać ofertę jaką proponuje Panu Skandia?
- Oczywiście…, że nie!
Jeszcze tylko musiałem podać dane (Pani nie skorzystała z oferty, by wpisać swoje dane i pojechać do spa), więc w nagrodę dostała lekko zmodyfikowane moje i ruszamy dalej. Ledwo zrobiliśmy kilka kroków, a już spotykamy aumilera z bratem i ojcem. Karol prawie by się zgubił, ale zachował czujność. Okrężną (a jakże mogłoby być inaczej?) drogą ruszamy w stronę Błoń, gdzie przy stadionie Wisły usytuowany był parking dla ekip. Pod parkingiem od strony Błoń spotykamy dwóch kolekcjonerów, z którymi potem mam przyjemność oglądać wyścig, na pytanie czy to na pewno dobry parking, odpowiadają, że chyba tak. Doświadczenie nabyte na zeszłorocznym zlocie mówi nam, że po drugiej stronie jest jeszcze jeden parking i nasze przeczucia okazują się słuszne. Widzimy autobus techniczny Saxo, czekających na reprezentację Polski kilku fanów i tyle… Na dodatek przejeżdża bus CCC i jedzie gdzie indziej, reprezentacja podjeżdża na chwilę, Karol zdobywa jeden autograf i Polacy odjeżdżają. Lekki napad paniki, iść na rynek czy czekać jeszcze? Karol znając skuteczność moich krakowskich wyborów stwierdza, że zostajemy, co okazało się w 100% słuszne. Po pewnym czasie pojawiają się kolejne ekipy (w tym Astana, z moim ulubionym kierowcą), oprócz kilku, które podobno są pod Cracovią, Karol zbiera dużo, ja powoli kompletuję brakujące autografy, śmietanie udaje się zebrać osobiście 2 autografy kolarzy, których nie było na miejscu oraz Mr. Crasha! Przed startem Karol znika w nieznanych okolicznościach, ja natomiast kieruję się na śniadanie (w końcu już była prawie 16) i na trasę. W trakcie wyścigu zdobywam jeszcze kilka bidonów, breloczek do kluczy CCC i na spokojnie oglądam rywalizację. Po etapie udaje mi się zebrać jeszcze kilka autografów, od p. Ekimova dostaję dokładny program TdP, z aumilerem czekamy jeszcze na zwycięzcę klasyfikacji górskiej, wspomnianego wcześniej Michała Gołasia, w tym czasie z pobliskiego baru dolatują nas odgłosy radości z zdobycia przez Wisłę bramki na 1-1 w meczu z warszawską Polonią. Michał podzielił losy Karola, więc odprowadzam jeszcze trochę aumilera i tramwajem wracam pod dworzec. Jeszcze tylko obiad w galerii, gdzie spotykam braci Skorupskich, szybkie zakupy wody mineralnej, które zamieniły się w czteropak Żywca i nagle, ni stąd, ni zowąd odnajduje się na dworcu zagubiony Karol. Powrót w miarę spokojny, oprócz fatamorgany jednego z towarzyszy podróży, któremu z braku napojów objawiły się po drodze Tychy. Ostatni dzień na TdP pozytywnie kończy świetne 3 dni i wypada tylko czekać na następny rok.

 

 

Krakowska tradycja czyli druga część relacji z Drugiego Ogólnopolskiego Zlotu Forumowiczów kolekcja24.pl

piątek, 12 Sierpień 2011

Pora na drugą i zarazem ostatnią część relacji z Drugiego Ogólnopolskiego Zlotu Forumowiczów kolekcja24.pl. Poprzedni zlot odbył się w Krakowie. Teraz z inicjatywy Maniego, który żałował, że przez termin zlotu nie będzie mu dane wybrać się do Rygi na mecz Skonto – Wisła, forumowicze ponownie spotkali się w tym mieście. I ponownie zbierali autografy Wisły. Staje się to chyba powoli pewną naszą tradycją ;) Zapraszam na relację.


Nocne zwiedzanie

Kraków nocą

Kraków nocą

Po rozdzieleniu się w Cieszynie, część została na miejscu, gdzie czekała na swój pociąg. Druga część, czyli Pulpet, Mani oraz Jarząb udali się w stronę dworca autobusowego. Nie bez problemów trafiliśmy tam na chwilę przed odjazdem busa do Krakowa. Trzygodzinna podróż do byłej stolicy Polski minęła nam szybko. Jeszcze mały postój w Galerii, gdzie spotkaliśmy się z Lukim, na zakupy i można udać się do hotelu. Według informacji umieszczonych na stronie hostelu, powinniśmy dotrzeć tam z dworca pieszo w jakieś dwadzieścia kilka minut. Wymęczeni podróżą woleliśmy jednak skorzystać z komunikacji miejskiej. Tramwajem jechaliśmy 13 minut, więc od razu na myśl przyszło 5 minuten zum Fuss z Pragi. Na szczęście trafiliśmy do hostelu Guliwer. Samo wypakowanie się nie było jednak sprawą prostą gdyż od razu po przekroczeniu progu, Maniego zaatakował niewidzialny stopień. Na szczęście nikomu nic się nie stało.

Idzie, idzie!

Idzie, idzie!

Po lekkim ogarnięciu się, skontaktowaliśmy się z forumowym Tickiem, który w Krakowie studiuje. Umówiliśmy się pod Mickiewiczem, żeby wspólnie spędzić resztę tego wieczoru. Chwilę pogadaliśmy, pooglądaliśmy zdjęcia z Pragi i udaliśmy się w drogę do mieszkania Darka. Po drodze znaleźliśmy czas na długie rozmowy o pięknych polskich dziewczynach kolekcjonerstwie. Od razu po dotarciu do miejsca docelowego, Pulpet, niczym lew na widok gazeli, rzucił się na Darkowego laptopa i odpalił Facebook’a. Dalszą część wieczoru spędziliśmy właśnie na konwersacji i obczajaniu szesnastolatek na fejsie (Pulpet).

Łukasze przy Hiltonie

Łukasze przy Hiltonie

W pewnym momencie wizytę złożył nam Pan Szwed. Pan Szwed był współlokatorem Darka i w momencie naszego spotkania przyjmował on swoich szwedzkich gości w swoim szwedzkim pokoju. Swoją nienaganną angielszczyzną oznajmił nam, że trochę go denerwuje używane przez nas głośno słownictwo i zasugerował, że jak musimy rozmawiać, to już lepiej żebyśmy puścili jakąś muzykę. Nasz klient – nasz Pan (Szwed)! Chyba jednak był rozczarowany muzyką, bo od pewnego czasu Tick poszukuje nowego mieszkania. Po skończeniu się flaszki wszystkich tematów do rozmów postanowiliśmy wrócić do naszego hostelu. Po małym postoju w budce z kebabem i spożywczym udaliśmy się w długą podróż do domu. Zajęło nam to jakoś z półtorej godziny, o dziwo znowu więcej niż było napisane na stronie hostelu. Około godziny 5:30 udało nam się wreszcie położyć spać. Następny dzień również miał być pełen wrażeń!

 

Mecz ze Skonto

Stadion Wisły

Stadion Wisły

Wypoczęci i pełni życia wstaliśmy po godzinie ósmej. Cel był szlachetny, bo Łukasz z Przemyśla dostał się na studia na Uniwersytet Jagiellonii Jagielloński i musiał złożyć swoje papiery. Z chęcią mu potowarzyszyliśmy. Kolejka nie była zbyt duża, dlatego Luki szybko załatwił swoje sprawy i mogliśmy się udać na stadion przy ulicy Reymonta. Tam Mani wraz z Lukim wyrobili Kartę Kibica, która od tego sezonu jest obowiązkowa do wchodzenia na mecze Wisły. Cała procedura trwała chwilę, wypełnienie formularza, przekazanie go pani w okienku i zrobienie zdjęcia. Mani może się pochwalić, że jego zdjęcie w KK jest chyba najgorszym jego zdjęciem w dokumentach, które posiada.

Pulpet w piżamie z Paharsem

Pulpet w piżamie z Paharsem

Następnym przystankiem podczas naszego pracowitego dnia był hotel Swing, gdzie zatrzymali się piłkarze Skonto Ryga. Trochę wskazówek co do zbierania uzyskaliśmy od Gela i Ticka, którzy zbierali Łotyszy dzień wcześniej. Pewnym krokiem weszliśmy do hotelu uzbrojeni w zdjęcia, zeszyty i markery. Stanęliśmy obok recepcji i czekaliśmy na rozwój akcji. Po kilkudziesięciu sekundach jeden z panów pracujących tam powiedział nam, że piłkarze zaraz zejdą na obiad. Była 13:30, więc pomyśleliśmy, że to kwestia maksymalnie pół godziny. Wtedy rozsiedliśmy się na zachwalanych już przez Gela sofach i cierpliwie czekaliśmy. Po kilkunastu minutach zauważyliśmy idącego w naszym kierunku Mariansa Paharsa. Bez problemu podpisał moje zdjęcia, Pulpetowi złożył autograf w zeszycie, Lukiemu na kartce. Nie miał też nic przeciwko zrobieniu sobie zdjęcia z jedynym w Polsce, a może i na świecie, profesjonalnym kolekcjonerem autografów. Pierwszy z dwóch głównych celów zbierania odhaczony. Teraz pójdzie z górki! – pomyśleliśmy.

Pulpet i Nathan Junior w lazurowym (?) dresie

Pulpet i Nathan Junior w lazurowym (?) dresie

Nic bardziej mylnego ;) Wróciliśmy na sofy i czekaliśmy na resztę. Czasami przechodzili koło nas jacyś łotewscy biznesmeni czy też masażyści i inni członkowie sztabu w przepięknych dresach Kappy. Piłkarzy jednak jak nie było, tak nie ma. Z czasem zaczęliśmy się nudzić, wtedy Pulpet zorientował się, że w hotelu jest HotSpot, dlatego też od razu wszedł na Facebook’a. Czekaliśmy tak koło 150 minut. Nagle z windy wyszedł Nathan Junior. Zebraliśmy i zaczęliśmy się rozglądać. W odległym korytarzu Pulpet dostrzegł kilku piłkarzy, więc udaliśmy się pod jadalnie i tam czekaliśmy na nich. Luki został przy kanapach, gdyż poza Paharsem żaden zawodnik go nie interesował. Łapaliśmy kogo się dało, kiedy schodzili na obiad. Po pewnym czasie naszym oczom ukazał się Vitalijs Astafjevs, rekordzista Europy pod względem ilości występów w kadrze narodowej. Pierwszy podszedł do niego Pulpet i poprosił o autograf. Zaczął szukać wolnego miejsca w swoim zeszycie. Zajmowało mu to sporo czasu. W pewnym momencie Astafjevs nie wytrzymał i wypalił: I am not a player! , chcąc pewnie zbyć biednego Łukasza. Wtedy do akcji wkroczył Mani, podając Vitalijsowi zdjęcia. Bardzo mu się one spodobały (Nice photos.). Wreszcie Pulpet znalazł czystą kartę i wziął od niego autograf. Potem zbieraliśmy wychodzących z obiadu piłkarzy. Kiedy trener Skonto zjadł, Mani podszedł do niego i poprosił o przekazanie listu Jurisowi Laizansowi. Pahars odmówił, proponując powierzenie tego arcytrudnego zadania one of the boys. Tak też zrobił, wręczając kopertę bodajże jakiemuś Brazylijczykowi (jak na razie odpis nie przyszedł, więc może wybór nie był dobry). Zebrawszy większość graczy udaliśmy się na posiłek do Galerii Krakowskiej, a następnie do hostelu. Bo to był wielki dzień!

Wisła - Skonto 2:0

Wisła - Skonto 2:0

Wtorek, 19 lipca zapisze się w historii polskiego kolekcjonerstwa jako pierwszy w historii mecz w eliminacjach Ligi Mistrzów obejrzany przez Pulpeta. Wyposażeni w barwy Lechii (Mani), Wisły (Luki) oraz żółtą oczojebną koszulkę (Pulpet) udaliśmy się ponownie na stadion Wisły. Mieliśmy pewne problemy ze znalezieniem odpowiedniego połączenia z naszego hostelu, dlatego pojawiliśmy się tam trochę później, niż mieliśmy zaplanowane. Na przystanku Reymana (na żądanie) czekał już na nas Gelu. To właśnie dzięki niemu obejrzenie meczu przez forumowiczów było możliwe. Michał przekazał nam zakupione bilety i udaliśmy się na sektor G. Niestety nie udało się nam wszystkim być na tym samym sektorze. Tick oraz Jarząb poszli na sektor C, na który Gelu biletów nie dostał. Stadion powoli się zapełniał. Widać było, że nasz sektor to sektor ludzi obytych w świecie i ogarniętych. Wszyscy pilnowali swoich miejsc i nie podobało im się, że siedzieliśmy dwa miejsca obok tych wykupionych przez nas. Tak samo nie byli zbyt zadowoleni, kiedy sporo osób stało przez całe spotkanie. Może kiedyś doczekają się, że przyjdą takie czasy jak w Anglii, gdzie za takie rzeczy można dostać zakaz stadionowy. Oby nie ;)

Kibice Wisły

Kibice Wisły

Do przerwy Skonto nieźle się broniło, ale Biała Gwiazda kontrolowała grę. Efektem były dwie bramki, swoją drogą bardzo podobne do siebie. Pierwszą strzelił Patryk Małecki, a drugą nowo pozyskany Ivica Iliev. Doping na naszym sektorze nie był jakiś fantastyczny, ale co imponujące, kiedy młyn prosił cały stadion o powstanie i śpiewanie, wszystkie sektory to zrobiły. Najzagorzalszym kibicem był oczywiście Pulpet. Jego śpiew słychać pewnie było nawet w Radomiu. Po zakończonym spotkaniu pożegnaliśmy się z Gelem i wróciliśmy autobusem do ronda, z którego poszliśmy do hostelu. Wszyscy byli zmęczeni dlatego poszliśmy spać. Na następny dzień mieliśmy zaplanowane zbieranie autografów piłkarzy zwycięzcy obejrzanego spotkania.

 

Sparing z Garbarnią

Wisła - Garbarnia

Wisła - Garbarnia

Profilaktycznie nastawiliśmy budzik na 8:30. Po pewnym czasie dowiedzieliśmy się od Darka, że o 10:30 piłkarze mają trening na bocznym boisku. Szybko spakowaliśmy się, sprzątnęliśmy pokój, oddaliśmy klucze i udaliśmy się w stronę Stadionu. Razem z Darkiem poszliśmy na boczne boisko. Odbywał się tam sparing Wisły z Garbarnią Kraków. W składzie Białej Gwiazdy wystąpili gracze, którzy we wtorkowym meczu nie grali od pierwszej minuty. Sparingowi przyglądali się także ludzie związani z klubem. Pojawił się Stan Valckx, Cleber, Zdzisław Kapka, Kazimierz Kmiecik, siedział też w pobliżu Patryk Małecki. Spotkanie pod dyktando Wisły. Nieźle prezentowali się nowi zawodnicy: Gervasio Nunez i Dudu Biton.

Pulpet oraz Iliev i Lamey

Pulpet oraz Iliev i Lamey

Gdy sędzia odgwizdał koniec pierwszej połowy chcieliśmy zebrać autografy, jednakże piłkarze udali się na drugi koniec boiska i tam odpoczywali podczas krótkiej przerwy. Postanowiliśmy więc czekać do końca spotkania. W międzyczasie zaczęli się zbierać przy boisku inni piłkarze, którym nie było dane w sparingu wystąpić. Byli to między innymi Ivica Iliev i Michael Lamey. Z oboma piłkarzami wywiad przeprowadzał jako dziennikarz. Ze względu na Darka koszulkę byliśmy ciekawi, czy był on z Gazety Wyborczej. Po skończonym meczu zabraliśmy się za zbieranie. Wszyscy zebrali to co chcieli, każdy z nowych zawodników się pojawił, więc forumowicze byli usatysfakcjonowani. Kiedy wszystko już ogarnęliśmy, postanowiliśmy sobie, tak jak rok temu, zrobić zdjęcie z dwoma grajkami. Tym razem padło na Gervasio Nuneza i Juniora Diaza. Poprosiliśmy o zrobienie zdjęcia Kazimierza Moskala. Problemem były rozładowane baterie, jednak po szybkiej ich wymianie udało się odnieść sukces. Potem rozeszliśmy się. Darek pakować się do swojego mieszkania, reszta na dworzec.

Forumowicze z Gervasio Nunezem i Juniorem Diazem

Forumowicze z Gervasio Nunezem i Juniorem Diazem

Bus do Radomia i pociąg do Przemyśla przyjechały niewiele później niż dotarliśmy na miejsce i tam forumowicze się pożegnali. Problem miał jedynie Mani, który na swój pociąg musiał czekać ponad trzy godziny. Zwiedził sobie za to Galerię, ostatnią godzinę korzystając z darmowego WiFi i wygodnej kanapy w Burger Kingu. Oczywiście pociąg i tak się spóźnił, pomimo że startował w Krakowie. Na szczęście w przeciwieństwie do pociągu do Czechowic, ten był pusty. Maniemu udało się znaleźć własny, pusty przedział. Z początku zapowiadało się, że w tym roku nie będzie podobnych przygód jak w 2010 roku.

Sklep z jogurtami w Galerii Krakowskiej

Sklep z jogurtami w Galerii Krakowskiej

W okolicach Radomia, Mani postanowił uderzyć w kimę. Długo jednak się nie wyspał, a to wszystko przez inwazję Warszawiaków wsiadających w Warszawie Wschodniej. Jeśli ktoś czasami wybiera się na wakacje pod namioty na Półwysep Helski i zna tamtejsze beach bary, to pewnie wie, o czym mówię ;) Większość nowych współtowarzyszy podróży wybierała się do Kołobrzegu na Sunrise Festival, reszta jechała uskuteczniać spożywanie alkoholu do Mielna. Tak więc było pewne, że to koniec snu na tę podróż. Chłopacy (bo dziewczyn mało jechało) byli dobrze zaopatrzeni w podróż, pewnie o cokolwiek byś nie poprosił, to by Ci skombinowali ;) Opóźniony pociąg dojechał do Gdańska Oliwy koło 8:30 w czwartek i wtedy można powiedzieć, że nasz zlot się zakończył.

 

Do zobaczenia za rok

Podsumowując, tegoroczny zlot był bardzo udany. Udało się poznać kolejnych dwóch forumowiczów, którzy nie pojawili się na poprzednim spotkaniu. Pod względem kolekcjonerskim bardzo dobrze. Zebraliśmy Spartę Praga, Al-Ahli Dubaj, Skonto Ryga oraz Wisłę Kraków. Razem do kolekcji przybyło sporo autografów. W przyszłym roku również mamy nadzieję spotkać się wspólnie na zlocie. I oby było on równie udany jak poprzednie ;) Ale więcej szczegółów pewnie dowiemy się w 2012.

Praha!

wtorek, 9 Sierpień 2011

Drugi Ogólnopolski Zlot Forumowiczów kolekcja24.pl

Drugi Ogólnopolski Zlot Forumowiczów kolekcja24.pl

Introduction.

W dniach 14-18 lipca odbył się Drugi Ogólnopolski Zlot Forumowiczów kolekcja24.pl, dlatego też postanowiłem podzielić naszą historię na rozdziały, każdy odpowiadający poszczególnym dniom. Pragnę od razu zaznaczyć, że historia dla czytających może być nudna, ale proszę mi wierzyć: nudno nie było.

 

Chapter One: 14.07.2011, Co to jest trzy godziny?

Łódź Kaliska - Łódź Widzew w 2 godziny

Łódź Kaliska - Łódź Widzew w 2 godziny

Wszystko zaczęło się w czwartek w godzinach porannych (przynajmniej w moim przypadku). Godzina 7:08 pociąg zmierzający do Bielska-Białej zatrzymuje się w Kędzierzynie-Koźlu. Nie pozostawało mi nic innego jak wsiąść do środka. Wszystko szło zgodnie z planem – dużo wolnego miejsca, bezproblemowa podróż, muzyka na uszach – aż do wiadomości zwrotnej od Maniego, w której nasz administrator oświadczył, że on i podróżujący wraz z nim Pulpet i H7 mają opóźnienie. Po godzinie 10:40 wysiadłem w Cieszynie, miejscu gdzie wszyscy mieli na mnie już czekać. Okazało się, że czekał tylko Jarząb. Natomiast wspomniana wyżej trójka plus Gollaz, który dołączył do nich w Katowicach ‘podróżowała’ dalej. W międzyczasie wraz z Maćkiem (czyt. Jarząbem) porozmawialiśmy o wielu sprawach związanych ze sportem, kolekcjonerstwem, dodatkowo starczyło nam czasu by wypić piwo, legalnie bądź nie. (Dla wyjaśnienia dodam, że było po 12:00). Reszta uczestników zlotu dołączyła do nas z drobnym opóźnieniem. Z drobnym, bo tylko trzygodzinnym. W drodze na dworzec kupiliśmy prowiant na czas podróży oraz zahaczyliśmy o lokal z kebabami, gdzie Wietnamczycy dorzucili parę frytek na dno bułki! Kto wie, może dodali coś jeszcze..

 

Mkniemy po Czechach

Mkniemy po Czechach

Z Czeskiego Cieszyna ruszyliśmy kilka minut po 15. Podróż rozpoczęła się bez zakłóceń. Szybko znaleźliśmy sobie wolny przedział, szybko też otworzyliśmy pierwsze butelki z … . Równie szybko, bo po około 23 minutach, pociąg się zatrzymał. Przez kilkanaście minut nie wiedzieliśmy czemu, ale jak się później okazało zabrakło prądu z powodu szalejącej burzy. Pociąg nie ruszał się z miejsca przez dłuższą chwilę, więc mieliśmy czas na dosłownie wszystko. Po trzech godzinach ‘express’ do Pragi wystartował po raz kolejny. Na szczęście od tego czasu pociąg zatrzymywał się już tylko na wyznaczonych stacjach, np. w ‘Ołumieńcu’, gdzie ponoć czekał Marek Heinz, ale nikt oprócz Pulpeta go nie widział.. Dalsza droga mijała nam już bez zbędnych zakłóceń i tak około 22 dotarliśmy do stolicy Republiki Czeskiej. Z Dworca głównego chcieliśmy dostać się do naszej noclegowni, gdzie czekała na nas, jak się później okazało bardzo miła i sympatyczna obsługa. O drogę na Zizkov (dzielnicę Pragi, gdzie znajdował się nasz hostel?) spytaliśmy jakiegoś faceta, który powiedział, że można tam dotrzeć w ‘five minutes zum fuß ‘. Jak się później okazało, gość nie miał racji, ale mimo wszystko dziękujemy za chęć pomocy! Jednak nie ‘zum fuß’, a tramwajem dostaliśmy się do ‘Ubytovni’. Po uiszczeniu opłaty, wypakowaniu bagaży, szybkiej kąpieli i jeszcze szybszym wyborze łóżek położyliśmy się spać.

 

Chapter Two: 15.07.2011, ‘I don’t know’ i ‘Black from Brazil’.

Sklepik Sparty Praga
Sklepik Sparty Praga

Na następny dzień obudziliśmy się bardzo wcześnie (cyt. ‘O siódmej macie już być przebrani i gotowi do wyjścia!’). Szybki prysznic, podczas którego ściana ukradła mi bokserki.. śniadanie i można ruszać. W planach mieliśmy zwiedzanie Starego Miasta, ale na wszelki wypadek wszyscy wzięli zdjęcia, karty czy kto co tam sobie przygotował do zbierania autografów. Pierwszym punktem w planie był stadion Sparty, następnie Stare Miasto, Most Karola, Hradczany i Strahov. Kilka przebytych kilometrów, kilka litrów różnego rodzaju napojów i po kilku godzinach tułaczki po centrum Pragi dotarliśmy na Velký strahovský stadion. Po rundce wokół stadionu oraz zrobieniu kilku zdjęć weszliśmy do wewnątrz największego stadionu piłkarskiego na świecie. W środku znajdują się boiska treningowe oraz budynek klubowy Sparty Praga. Na nasze szczęście trafiliśmy na trening pierwszej drużyny. Gdy ten się zakończył każdy z nas zebrał kogo tylko chciał. Każdy z nas zebrał po kilkanaście podpisów.

Forumowicze z Ivanem Haskiem

Forumowicze z Ivanem Haskiem

Po treningu usiedliśmy w lokalu znajdującym się w budynku klubowym. Ja (Roger), Mani i Gollaz popijając piwo oglądaliśmy jeden z etapów Tour de France, a Pulpet z Jarząbem poszli szukać siedziby Czeskiego Związku Piłkarskiego (CzeZetPeeN!). Gdy etap dobiegał końca otrzymaliśmy od nich telefon, że na jednym z pobliskich stadionów trenuje reprezentacja Arabii Saudyjskiej, która jak się później okazało była tylko klubem z ZEA – Al Ahly Dubai, gdzie w poprzednim sezonie grał Fabio Cannavaro, a obecnie występuje tam były król strzelców Bundesligi Grafite. Wychodząc z lokalu spotkaliśmy trenera Sparty i zebraliśmy od niego podpis na zdjęciu zostawionym przez Pulpeta. Pozdrowiliśmy pana Josefa i szybkim krokiem udaliśmy się w poszukiwania owego stadionu. Gdy tam dotarliśmy, trening już się kończył. Po krótkiej rozmowie z jednym z członków sztabu szkoleniowego i wyjaśnieniu przez niego, który to jest Jaja Coelho (cyt. ‘Black from Brazil’) – zaczęliśmy zbierać podpisy. Oczywiście w większości nie wiedzieliśmy kogo, ale to nie miało większego znaczenia. Podczas podpisywania mojej karty przez jednego zawodnika ‘niechcący’ go wyśmiałem (czyt. jego podpis), a on niczym się nie przejmując, zaśmiał się powiedział z uśmiechem na ustach ‘I don’t know’. Po czym wszyscy zgromadzeniu dookoła wybuchnęli śmiechem. Po zrobieniu sobie zdjęć z Grafite i Ivanem Haskiem, zebraniu podpisów od wszystkich zawodników udaliśmy się w podróż powrotną do noclegowni. W międzyczasie zrobiliśmy zakupy w sklepie, podczas której Mani kupił główną nagrodę do zbliżającego się turnieju pokera. Następnie kolacja, prysznic i wspomniany turniej, w którym wystąpił Roger, Mani oraz Gollaz. Reszta, czyli Pycio, Jarząb i Pulpet poszli spać. Gollaz odpadł pierwszy, ale wygrał nagrodę dnia – batonik ‘Roger’. Na placu boju pozostała tylko dwójka, walka była zacięta, ale ostatecznie wygrał Mani. Następnie wspomniana dwójka zajrzała do lodówki, wyciągnęła z niej małe co nieco i opróżnili. Po jakimś czasie dołączył do nich Pulpet, a na samym końcu Jarząb. Po czwartej było po wszystkim i wszyscy mogli pójść spać.

 

Chapter Three: 16.07.2011, ‘Pulpet zbieraj!’

Bohemians 1905 Praha

Bohemians 1905 Praha

Po całonocnych rozmowach niektórym nie było dane wstać na siódmą i trzeba było przełożyć wyjście na późniejsze godziny. Koło południa kupiliśmy kolejne bilety 24-godzinne i wsiedliśmy do tramwaju w kierunku centrum. W planach mieliśmy odwiedzeniu kilku innych stadionów znajdujących się w stolicy Czech. Pierwszym w rozkładzie było boisko należące do Viktorii Zizkov. Kilka fotek, krótka przerwa i ruszyliśmy dalej. Następny przystanek SynotTip Arena należąca do Slavii. I znowu to samo – zdjęcia, wędrówka dookoła stadionu i marsz na przystanek. Cel – stadion Bohemiansa 1905 (Darku, dziękujemy za adres!). Na miejscu czekał na nas Pavel Srnicek, bądź też Petr Kouba, który okazał się tylko Daliborem Slezakiem. Podczas krótkiej pogawędki dowiedzieliśmy się, że pana Panenki nie ma w klubie, więc nie mogliśmy go pozdrowić.

Plakat zachęcający do obejrzenia sparingów

Plakat zachęcający do obejrzenia sparingów

Następnie wybraliśmy się na stadion TJ Lokomotiva Praha, gdzie miał być rozegrany sparing pomiędzy Loko Vltavin a Spartą Praga. Byliśmy tam ponad dwie godziny za wcześnie, więc zjedliśmy sobie po kiełbasce, wypiliśmy po piwku i czekaliśmy na przyjazd piłkarzy. Pierwszy przyjechał trener Josef Chovanec, więc szybko wzięliśmy od niego po autografie. Następnie pojawił się autobus z piłkarzami. W międzyczasie każdy oprócz Rogera nabył programy meczowe, by móc w nich zbierać podpisy. I takim sposobem nasze zbiory się powiększyły. Szybko w programach znajdowały się podpisy Libora Sionki, Vaclava Kadleca, Vlastimilia Vidlicki, Tomasa Repki, Leonardo Kweuke oraz innych piłkarzy pierwszoligowca. Gdy Pulpet zebrał dziewiąty autograf od wspomnianego wyżej Kweuke mogliśmy spokojnie udać się gdzie indziej. I tak Pycio, Mani, Gollaz i właśnie Pulpet udali się na Strahov, gdzie sparing miała Reprezentacja Czech do lat 19 z rezerwami Sparty. Natomiast Roger i Jarząb zostali na pierwszej połowie meczu, by później dołączyć do reszty.

Sparing Sparta B - Czechy U19

Sparing Sparta B - Czechy U19

W czasie drugiego sparingu Pulpet zbierał podpisy od obecnych i byłych piłkarzy, a także od agentów sportowych. Czasami musiał się przebiec, ale co to człowiek nie zrobi dla kolejnego podpisu. Do naszych zbiorów dołączyły podpisy od ludzi tj: Martin Frydek, Zdenek Svoboda, Jiri Skalak, Roman Polom, Ladislav Krejci oraz Tomas Pekhart, który nie był Tomasem Pekhartem. Po udanych zbiorach udaliśmy się do ośrodka. Tradycyjnie szybka kolacja (tym razem trochę wolniejsza i droższa), kąpiel kilka partii w pokera i do łóżek.

 

Chapter Four: 17.08.2011, Niedzielny spacer.

Stadion nieDukli Praha

Stadion nieDukli Praha

Niedziela jest zazwyczaj takim dniem, w którym każdemu nic się nie chce. Dlatego też uczestnicy zlotu leżeli długo w łóżkach, tradycyjnie Roger przedłużał wyjście o kilkadziesiąt minut. Na ten dzień nie mieliśmy nic zaplanowane, więc trzeba było coś wykombinować. Golllaz zaproponował, że pojedziemy zobaczyć starą halę do hokeja oraz nową o nazwie O2 Arena. Pulpet dodał: ‘Może jeszcze ten stadion, który widać z tramwaju’. No to po kolei – tramwaj, metro, znowu metro no i jesteśmy. Niestety nikt nie wiedział dokładnie gdzie się znajdowaliśmy, więc musieliśmy spojrzeć na mapę. Gollaz odkrył gdzie może znajdować się wspomniana stara hala hokejowa. Niektórzy chętnie, niektórzy niechętnie, ale wszyscy ruszyli w drogę. Wycieczkę prowadził Gollaz, wraz z nim szli jeszcze Pycio i Pulpet, natomiast Mani, Jarząb oraz Roger mieli troszkę straty. W ‘grupetto’ trwały rozmowy na bardzo luźne tematy, było bardzo dużo śmiechu, ale nie obyło się bez drobnego narzekania na naszą niedzielną wyprawę. Nie narzekał tylko Roger, który lubi takie spacery, szczególnie jak mocno świeci słońce i idzie się wzdłuż rzeki. Po drodze mijaliśmy zapalonych rolkarzy, rowerzystów, biegaczy. Był także tor do kajakarstwa górskiego oraz boisko piłkarskie. Po przejściu na drugi brzeg rzeki zobaczyliśmy ‘czeski Służewiec’ i po następnych kilkunastu minutach doszliśmy do stadionu Dukli, albo jak to określił Pycio ‘nieDukli’. Tam zrobiliśmy sobie dłuższą przerwę i po kupnie pamiątkowej odznaki wędrowaliśmy dalej.

O2 Arena

O2 Arena

Kolejny cel – O2 Arena, więc znowu czekała nas podróż komunikacją miejską. Tym razem autobus i metro. Przed halę trafiliśmy bez problemu, zrobiliśmy sobie kilka zdjęć i weszliśmy do środka. Pulpet szukał wejścia na trybuny, ale niestety – bez pozytywnego rezultatu. W budynku znajdowała się galeria, gdzie mogliśmy zjeść coś gorącego oraz usiąść i odpocząć. W tym czasie każdy zjadł to na co miał ochotę, była ryba, kotlety, kebaby, a także hamburgery. Posiłek dobiegł końca, więc nie było co siedzieć. Forumowicze udali się w drogę powrotną do ośrodka. Jednak w trakcie jazdy metrem Jarząb zaproponował spacer po centrum Pragi. Tak też się stało. Minęliśmy kilka zabytkowych uliczek, aż trafiliśmy na rynek, gdzie swój popis dawali fanatycy hinduistycznej tradycji religijnej, wyśpiewując Hare Krishna, Hare, Hare… Po wypiciu piwa wróciliśmy do noclegowni, a tam możecie się sami domyślić co się działo – zielona noc wg Jarząba, a oprócz tego finał MŚ kobiet w piłce nożnej.

 

Chapter Five: 18.07.2011, ‘Ja Ci dam inglisz!’

Siedlisko Rzepy

Siedlisko Rzepy

Poranek tego dnia wyglądał zupełnie inaczej jak poprzednie. Podczas gdy Gollaz, Pycio i Jarząb   robili zakupy w centrum reszta spała w najlepsze. Tym razem pierwszy z pozostałej trójki wstał Roger, czym bardzo zaskoczony był Mani. Po szybkiej kąpieli wszyscy zaczęli się pakować, bo przecież tego dnia mieliśmy wracać do Polski. W międzyczasie do pokoju wbiegła jedna z właścicielek ośrodka i nas skrzyczała. Mani chciał z nią porozmawiać po angielsku, jednak usłyszał tylko: ‘Ja Ci dam inglisz!’ No niestety, trzeba było zagęszczać ruchy, bo jak się okazało doba hotelowa dobiegła końca. Wyszliśmy na korytarz i czekaliśmy na powrót Pycia i Gollaza. Gdy już wrócili mogliśmy spokojnie ruszyć na dworzec. Do odjazdu naszego pociągu została nam godzina, więc zrobiliśmy zakupy, by wydać pozostałe nam korony. W samo południe nasz pociąg podjechał na peron, po kilku minutach odjechał razem z nami na pokładzie. Zlot dobiegał końca.

Dotarliśmy do Polski

Dotarliśmy do Polski

W drodze nie obyło się bez pokera, którego tym razem wygrał Roger. Po ponad czterech godzinach podróży dotarliśmy do Cieszyna, tym razem obyło się bez zbędnych opóźnień. Po polskiej stronie Olzy zlotowicze podzielili się na dwie grupy: Mani, Jarząb i Pulpet pojechali do Krakowa autobusem, natomiast Pycio, Gollaz i Roger pociągiem do swoich miejsc zamieszkania. Drugi Ogólnopolski Zlot Forumowiczów kolekcja24.pl w Czechach dobiegł końca.

 

Conclusion.

Niech na zakończenie mojej notki posłużą słowa Agresora z poprzedniego roku: Było zajebiście, przeżyliśmy naprawdę fajne dni, historie do opowiadania mamy bogate, co zresztą widać po wpisie, mam nadzieję że w tym doborowym towarzystwie spotkamy się jeszcze nie raz, pogadamy, napijemy się i przy okazji pozbieramy jakąś drużynę.

Pozdrawiam,

Roger vel. śmietana.

 

Petarda w ręku Grzegorza

Petarda w ręku Grzegorza

Gollaz o zlocie:

Co mogę napisać o wakacjach w Pradze? Na troje babka wróżyła. Kowboje z całej Polski podbili Emiraty, żaden „black from Brazil” nie był im straszny, sto kursów tramwajami zaliczone jak i 98 schodów do Dukli. Nie wszystko wyszło jak miało, nie odwiedziliśmy siedliska rzepy, Petr Kouba był jakby nieswój, konie chodziły w miejscu, piwa były mocne jak Jarząb w tysiąca, zresztą pierwszorzędny kucharz. Hare Kryszna i ahoj pane Havranku!

Wilki w Dortmundzie

środa, 27 Październik 2010

Autokar Wolfsburga

Autokar Wolfsburga

Po długim oczekiwaniu nadszedł w końcu ten dzień – mecz Borussii z byłym mistrzem Niemiec, Wolfsburgiem. Pobudka o 8:00, szybkie śniadanie i 5 minutowa podróż do fotografa, w celu wywołania fotek na których po południu miały znaleźć się podpisy takich piłkarzy jak Edin Dzeko czy Grafite.

Tym razem postanowiłem nie zbierać autografów samemu, tylko wziąłem sobie do towarzystwa brata, który chciał za wszelką cenę zrobić sobie zdjęcie z nowym nabytkiem VfL – Diego. Oczywiście, przy okazji dałem mu parę fotek, aby trochę mnie odciążył i zebrał kilka podpisów dla forum oraz na wymianę. Pod 40 minutach podroży dotarliśmy na miejsce i naszym oczom ukazał się nowy autokar piłkarzy z Saksonii.  Mieliśmy nadzieje, ze obejdzie się bez zbędnych problemów i zbieranie zakończymy z kompletem podpisów.

Po wejściu do hotelu spotkaliśmy pewnych znajomych Niemieckich kolekcjonerów, którzy tak jak my czekali już na zawodników. Dobiłem szybkiej i korzystnej dla mnie wymiany po czym mogliśmy skupić się tylko już i wyłącznie na wypatrywaniu znanych nam twarzy.
Po niecałych pięciu minutach zauważyłem pewnego faceta w dresie VfL, który wyglądał jakby czekał aż ktoś poprosi go o autograf. Nie byłem pewny czy jest on piłkarzem dlatego wolałem na razie go sobie odpuścić (jak się później okazało był to Andreas Lenz).
Następne dwie godziny nudów pozwolę sobie odpuścić bo dosłownie nic ciekawego się nie działo. Po 120 minutach naszym oczom ukazała się duża grupa piłkarzy w białych dresach, którzy szli na obiad. Jako pierwszego w tłumie wypatrzyłem Petera Pekarika który był już otoczony przez kolekcjonerów. Czekałem aż podpisze pewnemu Panu ponad 20 zdjęć (!), a mój brat w miedzy czasie dorwał Diego Benagalio. W czasie czekania większość piłkarzy zdążyła już oczywiście uciec do środka. Jako ostatni na dole pojawił się Makoto Hasebe, który bez problemu złożył swój podpis na zdjęciu. Reszta piłkarzy obiecała, ze podpisy rozda po zjedzeniu . Tak wiec po 3 godzinach miałem podpisy zaledwie trzech zawodników. Po obiedzie zawodnicy wyszli jedną grupą i nie rozdawali autografów. Większość kolekcjonerów udała się do domu a na miejscu zostali tylko najwytrwalsi – w tym my.

Fler i Edin Dżeko

Fler i Edin Dżeko

Po krótkiej przerwie i zaspokojeniu pragnienia, kolo widny wypatrzyliśmy, uczestnika Mistrzostw Świata w RPA – Karima Zianiego, który niechętnie rozdał kilka autografów. Jako następna, pojawiła się bardzo dobrze znana nam postać, główny cel naszego wypadu – Edin Dzeko. Bośniak w przeciwieństwie do Zianiaego miał trochę czasu dla kibiców i bez problemu podpisał się na naszych fotkach i pozował do zdjęć. Po chwili na dole zjawiła się Brazylijska ekipa piłkarzy VfL w składzie – Grafite, Diego i Josue. Najbardziej oblegany był Diego, dlatego najpierw postanowiliśmy zebrać podpisy uczestników MS 2010. Grafite tak niefortunnie złożył syngature, ze przy okazji popisał mi pół rękawa markerem. Na śmierć zapomniałem o Diego do którego miałem podejść na samym końcu, ale na szczęście stal jeszcze przed hotelem i rozmawiał z kimś przez telefon. Oczywiście nie chciałem mu przeszkadzać, wiec gdy tylko odłożył słuchawkę udałem się do niego po kilka podpisów i nawet udało mi się zrobić mojemu bratu zdjęcie z nowa gwiazda Wolfsburga:

Fler i Mario Mandżukić

Fler i Mario Mandżukić

Po kliku minutach z windy wyszla wieksza grupa ”Wilków” i do kolekcji wpadly podpisy takich graczy jak: Kahlenberg, Simon Kjaer czy Mario Mandžukić (z którym udało mi się jeszcze zrobić zdjęcie). W międzyczasie zobaczyłem jeszcze jakiegoś piłkarza w dresie ”Wilków” który rozdawał karty z autografami, tym sposobem do mojej kolekcji doszedł autograf Lenza, którego wcześniej nie udało mi się rozpoznać. Na samym końcu do autobusu wchodzili Nassim Ben Khalifa wraz z trenerem Stevem McClarenem którzy oczywiście nie odmówili podpisu.

Zbiory jak najbardziej udane, wszystko co chciałem zdobyłem. Po nich udałem się jeszcze na mecz gdzie atmosfera i wynik również okazały się być znakomite także dzień miałem bardzo udany. ;)

Aris w Białymstoku

piątek, 30 Lipiec 2010
Autograf trenera Arisu

Autograf trenera Arisu

28 lipiec 2010- budzę się o 4:45, jednak jakoś nie chce mi się jeszcze wstawać i jeszcze jestem w łóżku przez 25 minut. Potem już w pośpiechu opuszczam stanowisko mojego spania, ogarniam się, biorę z lodówki dwie maślanki oraz sok, kanapki, a także nieco śmieszne okulary mojego wujka, które wziąłem od niego dzień wcześniej  z tego względu, iż coś od jakiegoś czasu zaczął mi szwankować wzrok a jakoś do okulisty mi się nie spieszy i jego okulary jakoś od biedy pasowały do moich oczu i lepiej widziałem. A to było priorytetem bo w końcu musiałem rozpoznawać grajków Arisu. Wyruszyłem ostrołęckim autobusem o 7:00 i w stolicy Podlasia byłem 1,5 h później. Zaraz po wyjściu poszedłem coś zjeść a następnie udałem się do miejsca-klucz – Kościoła Świętego Rocha. Po dotarciu na miejsce wyjąłem mapę z plecaka która straciła nieco na aktualności, gdyż była z lat 80-tych, i według niej zacząłem kierować się do hotelu ,,Gołębiewski”- miejsca, w którym mieli nocować ,,Bogowie Wojny”. Po drodze podziwiałem białostocką starówkę, Plac Sienkiewicza oraz inne zabytki. Potem szczerze że byłem pod wrażeniem.

Nieco przed dziesiątą dotarłem na miejsce i rozejrzałem się w terenie. Po wstępnej obserwacji usiadłem na barierce i, podobnie jak gelu, zacząłem czytać ,,Piłkę Nożną”. Ochroniarz, który potem okazał się być w porządku, zapewne zastanawiał się czemu koczuję przed ich hotelem. Wkrótce przesiadłem się na inne miejsce – ławkę obok przystanku na ruchliwej ulicy. Co jakiś czas przechodziły osoby przywdziane w tutejsze barwy, trochę mnie to w oczy kłuło, heh. Wkrótce dostałem sms-a od jednego z forumowiczów z informacją że Aris wylądował dopiero przed dziesiątą i że tak prędko nie dojadą. Postanowiłem więc znów wrócić na Plac Sienkiewicza i starówkę. Porobiłem kilkanaście zdjęć i zaszedłem do baru czegoś się napić, bo sok słabo gasił moje pragnienie.

Po 1,5 godziny wróciłem przed hotel i nagle zauważyłem że wyszedł z niego ktoś ubrany w barwy Arisu. Myślałem że to piłkarz i pobiegłem przyjrzeć się mu, jednak okazało się że to jakiś kibic drużyny z Salonik. Wróciłem na miejsce i zobaczyłem przed hotelem jakiegoś dziennikarza. Zagadałem do niego i tak minęła nam kolejna godzina. Był z lokalnej gazety którą kibice z Łomży niezbyt wielbią. Zapytałem się, czemu czasem piszą bzdury na temat ŁKS-u, odpowiedział że nic nie wie o tym bo on zajmuje się pisaniem artykułów o Jadźce. Potem zadawał szereg pytań na temat kolekcjonerstwa. Wkrótce dołączył do nas wspomniany fan Arisu który okazał się Grekiem mieszkającym od czterech lat w Zamościu i który wstąpił w związek małżeński z Polką. Trochę nawijał po polsku więc sobie pogadaliśmy w trójkę czekając dalej na autokar z napisem ,,Aris”. Po jakiś czasie do rozmowy dołączył ochroniarz. Potem, po wyczerpaniu tematów rozmowa ucichła, więc każdy już w ciszy czekał na Greków dla których specjalnie nad wejściem hotel powiesił sporą grecką flagę.
Grecki kibic, który również jest okazjonalnym fanem Hetmana Zamość oraz żurnalista wypalali papieros za papierosem, ja z kolei zadowalałem się czekoladową maślanką.
Na teren hotelu wjechał mały autobus, myśleliśmy że to kopacze Arisu, okazało się że w środku byli brodaci Żydzi mający na głowach jarmułki i mówiący po niemiecku. Zaraz potem przyjechał właściciel Arisu ze swoją ekipą, zamojski Grek zapytał się go kiedy przyjedzie drużyna, pada odpowiedź – 20 minut. No to dalej czekamy…

Punktualnie po tym czasie, nieco po czternastej pojawił się biały autokar a w środku piłkarze Arisu. Jeszcze w autobusie zobaczyłem Ronaldo Guiaro ze słuchawkami na uszach.
No to nakładam wujkowe okularki i do dzieła, trochę dziko się w nich czułem, ale cel uświęca środki. Zaczęli wychodzić, zastanawiam się kogo by tu wyłapać. Zauważyłem Michela (niby), podpisał się na kartce, na focie już nie bo mówił że to nie jest on. Okazało się, że to był Oriol. Zaraz potem dopadłem Darcy’ego Dolce Neto, Mehdiego Naftiego oraz Sifakisa i Kokę. Dwóch ostatnich nawet nie musiałem prosić o podpisy. Sami wzięli ode mnie album, znaleźli swoje foty, kartki i podpisali. W hotelu wielki tłok, więc udało mi się wbić do środka. W środku od razu wyłapałem Kolumbijczyka Juana Carlosa Toję, Toniego Calvo, trenera Cupera, który żartował bym wziął jeszcze sobie podpis jego asystenta. I tak też zrobiłem :) . Udało mi się jeszcze zdobyć podpis Gwatemalczyka Carlosa Ruiza, który już dawał krok w stronę windy. Wszyscy piłkarze pojechali na górę i tym samym zakończyłem pierwszy etap zbierania. Wpadły podpisy od ośmiu piłkarzy, po kilka sztuk od każdego. Za chwilę z autobusu wysypali się kibice z Salonik i hotel doznał greckiego oblężenia, gdzie się nie obejrzę tam barwy ,,Bogów Wojny”. Zauważyłem także kilku kumatych od Jagiellonii którzy przyszli na ,,obcinkę”. Możliwe, że także w celu zdobycia jakiś barw od kibiców z tego ciepłego kraju. Ochroniarz pyta o efekty, a także powiedział, że będę miał kolejną szansę o 19:30, kiedy to będą ogarniać się do treningu. Tak więc teraz nie mając po co stać przed Gołębiakiem (piłkarze poszli na obiad i odpoczynek) poszedłem znów w miasto, tym razem w inną część. W międzyczasie zadzwoniłem do kumpla z czasów dzieciństwa, który obecnie mieszka i studiuje w Białym i powiedziałem, że najprawdopodobniej u niego przenocuję, tak jak z nim to wcześniej uzgodniłem. Myślałem że dziś nie dam rady zebrać całej drużyny Arisu. Wróciłem jakoś przed siedemnastą i zasiadłem na przedhotelowych krzesłach pod parasolami i co dziesięć minut wychodziłem żeby zobaczyć przez szybę czy czasem jakiś kopacz Arisu nie spaceruje w hotelu. Włodarze klubu z Salonik siedzieli przy stoliku paląc cygara i pijąc kawę tudzież herbatę. Słychać było głośną konwersację.

Po jakiś 40 minutach zauważyłem Naftiego, Oriola (znów myślałem że to Michel), Kaznaferisa, asystenta i kilku innych- siedzieli rozmawiając przy stoliku a Tunezyjczyk surfował po internecie. Zebrałem podpisy od wszystkich który byli przy wspomnianym stoliku.Pokazałem asystentowi zdjęcia, wszyscy śmiali się z miny Cesnauskisa na tym zdjęciu. Potem zbierałem podpisy od innych piłkarzy którzy wychodzili usiąść do tych stolików. O dziwo, wszystko szło po mojej myśli, nie spodziewałem się że tak to będzie wyglądać. Wkrótce przemówił do mnie jeden Pan, u boku którego stała młoda córka. Również zbierał podpisy piłkarzy Arisu oraz robił córce zdjęcia z futbolistami. Zaczęliśmy dyskutować na tematy kolekcjonerskie, podzieliliśmy się doświadczeniami, pokazał mi fotki jakie jego córka robiła sobie z piłkarzami Jagi.

W międzyczasie zbieraliśmy kolejne podpisy oraz robiliśmy kolejne foty. Udało mi się zrobić zdjęcia z Hectorem Raulem Cuperem, Deividasem Cesnauskisem oraz Mehdim Naftim które dziś akurat wywołałem. Potem wszyscy piłkarze Arisu siedzieli przy stolikach a ja krążyłem od jednego do drugiego zbierając podpisy. Miałem tyle czasu, że każdy piłkarz mógłby napisać mi taką dedykację jaką ma Sawik u Stevena Pienaara :D . Na końcu wyszedł Prittas któremu trzymałem kawę a on podpisywał fotki i zdjęcia. W międzyczasie jeden z kibiców Arisu ze sporą nadwagą poprosił mnie o pokazanie autografów, przy okazji również wymieniliśmy kilka zdań. Wspomniany Pan z córką czekał przed windą na podpisy, więc i ja również trochę postałem w jego towarzystwie dalej dyskutując. Gdy piłkarze wyszli na parter on pozbierał podpisy i zrobił mi wspomniane zdjęcie z Naftim które niestety jest trochę rozmazane. Na końcu wręczył pewnemu młodemu kibicowi zdjęcie jego córki w barwach żółto-czerwonych. Chciałem jeszcze pojechać na konferencję prasową Jagi po dziewięć podpisów, m.in. Kijanskasa, Sidqy, Maycona ale wspomniany Pan, zapalony kibic białostoczan zdecydowanie odradził mi ten pomysł z tego względu że nie miałbym do nich dojścia. Więc ja już miałem to co chciałem, na wszystkich zdjęciach i kartkach były autografy graczy Arisu- w sumie ponad siedemdziesiąt. Więc pożegnałem się uściśnięciem dłoni z białostockim kolekcjonerem i udałem się do wyjścia. W pośpiechu zapomniałem podziękować ochroniarzowi, gdyby nie on to zapewne musiałbym spędzić kolejny dzień w mieście oddalonym o pięćdziesiąt kilometrów od granicy z Białorusią. Załapałem się na ostatnie cztery miejsca autobusu, który jechał do Kołobrzegu przez Łomżę i dosiadłem się co pewnej ładnej dziewczyny z którą rozmawiałem przez całą drogę która szybko minęła. Po dotarciu na miejsce usatysfakcjonowany ledwo doszedłem do domu, nogi bolały jak cholera, ale było warto.

WPIS PRZYGOTOWAŁ SPECJALNIE DLA WAS ADZIO ;]

Warszafska środa

czwartek, 29 Lipiec 2010
Wraz z Carlosem "El Pescadito" Ruizem, przybyszem z gorącej Gwatemali.

Wraz z Carlosem "El Pescadito" Ruizem, przybyszem z gorącej Gwatemali.

„Pieprzony deszcz”  – pomyślałem sobie, wstając w środowy poranek (choć czy 4:30 można nazwać porankiem?) z łóżka. Kilka chwil na ogarnięcie się, spakowanie plecaka i po nieco ponad godzinie siedziałem już w autobusie zmierzającym na dworzec Łódź Fabryczna. Na miejscu byłem cztery minuty po szóstej. Nabyłem bilet z 37% zniżki i wsiadłem do pociągu zmierzającego do Warszawy Wschodniej.

Na uszach pierwszy „Blueprint” i jakoś udało się dotrzeć na słynny Dworzec Centralny. Po wyjściu z wagonu moim oczom ukazała się dwójka forumowiczów-kolekcjonerów: Michał i pulpet, z którymi byłem wcześniej umówiony. Uścisnęliśmy sobie dłonie i popędziliśmy na przystanek autobusu linii 175, gdzie już czekali na nas Mateusz i MAT92. W trakcie jazdy toczyły się żywiołowe dyskusje na wiele tematów m.in. „kto z Gabończyków mi odpisał” albo „dlaczego pulpeta olał Faneva Ima Andriatsima”. Na lotnisku im. Fryderyka Chopina, popularnie nazywanym Okęciem byliśmy ok. 8:30. I tu pierwsze rozczarowanie – okazało się, że lot z Salonik ma opóźnienie i zamiast o 9 przyleci dopiero o 9:35. Żeby nie wzbudzać niczyich podejrzeń usiedliśmy, a ja wyjąłem moje autografy na sprzedaż, które specjalnie przytaszczyłem z Łodzi. Na transakcjach zeszło paręnaście minut. Później, gdy dołączyli do nas MAT92 (który nie pojechał z nami autobusem), edzio-e2, vb (którego przez cały czas uważałem za radkazamulacza) i kilku lokalnych kolekcjonerów, a pulpet niczym Usain Bolt popędził do wc, przenieśliśmy się pod wyjście z odpraw (nie wiem jak to się nazywa). Kolejna godzina zeszła na oczekiwaniu na piłkarzy z Grecji. W końcu, gdy niektórzy zaczęli już tracić nadzieję (Mateusz: „Pewnie przyjechali autokarem!”), kilka minut po 10 w drzwiach pojawili się pierwsi gracze, m.in. Deividas Česnauskis, Ronaldo Guiaro, Koke. Oczywiście wszyscy zostali otoczeni przez kolekcjonerów (myślę, że rozdali wtedy więcej autografów niż przez całe swoje życie), a następnie – gdy już wszystkich zadowolili, udali się do pobliskiego sklepu w celu nabycia różnorakich napojów czy przekąske. Następnych zawodników nie było jednak widać… Pojawili się dopiero po ok. 15 minutach i – co było możliwe do przewidzenia – wyszli jedną grupą. „Więc każdy chapał, upychał gdzie można”, cytując Jacka Granieckiego. Gdy udało mi się zebrać większość pożądanych podpisów, zacząłem zastanawiać się, gdzie jest trener Arisu, Hector Raul Cuper. Postanowiłem wyjść na zewnątrz, a tam, w odległości ok. 100 m stoi sobie Argentyńczyk i rozdaje autografy! Razem z vb popędziliśmy więc w jego stronę, udało się i po chwili mogłem pochwalić się podpisem byłego szkoleniowca Interu. Gdy gracze już w komplecie wsiedli do autokaru, niektórzy postanowili poprosić o pomoc kierownika drużyny, który co prawda trochę na nas pokrzyczał, ale generalnie nie robił większych problemów (poza tym, że pulpetowi prawie zabrał wszystkie dzisiejsze zdobycze). Po kilku minutach gracze z Grecji odjechali, a my z Mateuszem udaliśmy się ponownie na terminal 1 w celu przeprowadzenia jakiejś wymiany. Ta nie doszła co prawda do skutku, spotkaliśmy jednak Cristiano Ronaldo i Tomasza Kłosa, których autografy zebrałem z myślą o pewnym forumowiczu z Bałut.

W okolicach 11 wsiedliśmy do autobusu, udaliśmy się w drogą powrotną na Dworzec Centralny, a ja trochę ponarzekałem na stolicę (rondo wokół torów kolejowych, wtf?!). Tam okazało się, że najbliższy pociąg mam dopiero za 90 minut (bo ten którym miałem jechać przez wakacje nie kursuje), toteż wstąpiłem do podziemnego McDonalds’a na obiad. Gdy już udałem się na peron okazało się, że po drugiej stronie torów stoi nie kto inny jak Łukasz Płoszajski – serialowy Artur Kulczycki! Miałem nawet podbić po autograf, ale uznałem, że to jednak trochę pedalskie i zrezygnowałem. Punktualnie o 12:55 przyjechał pociąg InterRegio relacji Warszawa Wschodnia – Łódź Fabryczna i – tym razem z „Disposable Arts” na uszach – opuściłem stolicę… Teraz pozostaje trzymać kciuki za Jagiellonię i ewentualnie za rękę Gianniego Infantino. ;-)

WPIS AUTORSTWA UŻYTKOWNIKA PYCIO ;]