Wpisy otagowane ‘Boniek’

Wrocław 2011 – czyli byli Mistrzowie Świata w Polsce

środa, 18 Styczeń 2012
Stadion Miejski we Wrocławiu

Stadion Miejski we Wrocławiu

Od dawna kusi mnie napisanie dla was dłuższej notki na temat zbiorów we Wrocławiu, jednak brak chęci, tudzież brak czasu i nic z tego nie wychodziło. W ostatnim czasie nawet kilka zdań o Italii napisał Grzegorz. Postanowiłem napisać coś od siebie. Znalazłem troszeczkę czasu by opisać to co działo się w stolicy Dolnego Śląska.

Wszystko zaczęło się kilka miesięcy wcześniej. Mecz Polski z Włochami ma się odbyć w listopadzie. Pierwotnie planowano by był rozegrany we Warszawie lub w Poznaniu – jednak wypadło na Wrocław do którego mam ~140km. Postanowiłem więc udać się tam na 3 dniowe zbieranie.  Zabrałem ze sobą nie tylko zdjęcia Włoskich piłkarzy, które wywołałem tuż przed meczem, lecz także Polaków przygotowanych znacznie wcześniej…ale nie o tym czas pisać. Mamy czwartek! – krzyknąłem rano wstając z łóżka. Początek podróży, która w pamięci pozostanie bardzo długo. Sprawne pakowanie, poranna wizyta w toalecie, minutka na poczcie po odbiór zdjęć, centrum, PKP, … – mamy już gruuboo po 8, a ja już siedzę w pociągu gdzie sortowałem zdjęcia. Mija pierwsza godzina….Kalisz, mija druga godzina…Oleśnica, mija trzecia godzina…WROCŁAW!.  Pierwsze co ujrzałem to strasznie rozkopany dworzec oraz wielu zabieganych ludzi, teraz tylko pomyśleć co może dziać się na EURO!?. Ogarnięcie mojej mini mapki, którą trzymałem w kieszeni, obejście dookoła dworca, zakup biletów MPK – mamy południe. Jedzie tramwaj w stronę dzielnicy „Krzyki” do którego wsiadam i udaję się prosto (no może prawie) pod hotel Biało-Czerwonych „Platinium Palace”. Na pierwszym planie czerwony autokar naszej kadry – o dziwo mający jeszcze Orła, którym w ostatnim czasie żyła cała Polska. Kilka zdań do lokalnej telewizji. Idzie Franciszek Smuda:

- „Można prosić o autograf?”
- „Ależ śmiało!”

Robert Lewandowski i Mateqi

Robert Lewandowski i Mateqi

Mogłem cieszyć się z pierwszego autografu zdobytego we Wrocławiu, a jak to się mówi pierwsze koty za płoty. Zbiera się coraz większa grupka młodzieży z pobliskiej szkoły. Podpisy biorą w zeszytach, na kartkach, na czym się tylko da – jeden to zbierał nawet ołówkiem… Nagle po drugiej stronie hotelu ujrzałem znane mi twarze. Idzie Grzegorz wraz z Dariuszem oraz Karolem. Podchodzę, podaję dłoń. Patrzą się na mnie, jeden na drugiego, drugi na trzeciego. Pewnie sobie myślą „Kto to kurde jest!?” – jednak szybko zostałem rozpoznany i okazało się, że jestem niejaki forumowy „Mateqi” – Chłopak z Sieradza! Małe pogaduchy, przeglądanie zdjęć, oczekiwanie na piłkarzy. W między czasie przychodzi do nas Sebastian (SeboLZ), który już do końca zbiera razem z nami. Podjeżdża mały busik, zdjęcia i markery przygotowane w dłoniach. Z samochodu wychodzi znana nam skądś osoba. Szybko skojarzyłem, że jest to piosenkarz Wojciech Gąssowski (ambasador Euro2012) od którego wzięliśmy podpis – nóż, widelec – może się kiedyś przyda. Po chwili podchodzi do nas Pan Wojtek i pyta czy nie mamy pożyczyć jakiegoś pisaka, bo też chciałby sobie pozbierać reprezentantów ;) . Zaczęło robić się coraz ciekawiej. Kilka grajków podjeżdżało samochodami pod hotel przed którym śmiało mogliśmy zbierać autografy. I takim sposobem wpadły podpisy takich piłkarzy jak: Damien Perquis, Łukasz Piszczek, Łukasz Fabiański, Robert Lewandowski czy Marcin Wasilewski. Następnie wpadają kolejne podpisy. W sumie pod Platinium Palace zebrałem autografy 15 osób. Bardzo pozytywnie zaskoczyło mnie władanie językiem obcym przez Grzegorza, który nawet do Polaków mówił „please”, „thank you” – to się nazywa zawodowstwo.

JuvePoland na lotnisku

JuvePoland na lotnisku

Powoli się ściemnia, patrzymy na zegarek – godzina 17.00. Myślimy czy zostać jeszcze chwilkę i czekać na kolejne podpisy, czy jednak wybrać się wcześniej na lotnisko Strachowice, gdzie półtorej godziny później planowany był przylot reprezentacji Włoch. Wybieramy to drugie i po wcześniejszej konsultacji wsiadamy w pierwszy tramwaj, który zawozi nas w okolice „Eureki”. Stamtąd przesiadamy się w autobus lini 406, którym jedziemy już pod samo lotnisko. Korki, korki, korki: czy zdążymy?, nie ma bata musimy!.  Na lotnisku czekał już min. forumowy Gaucho, kilku kolekcjonerów z Warszawy oraz… pełno bandy z JuvePoland (jednak Majkela nie widzieliśmy). Na tablicy widnieje lot czarterowy z Pisa, czekamy, czekamy, LANDED!. Wszyscy gotowi i zwarci z niecierpliwością wypatrują znane im twarze. „Już idą” – krzyknął ktoś z tłumu, patrzymy, a tam..wybiega śmiechowo wyglądający operator kamery z Włoskiej telewizji. Wszyscy widoczny uśmiech na twarzy. Po chwili wychodzą już wszyscy. Każdy łapie kogo popadnie (no przynajmniej próbują). Fan Club piłkarzy Juventusu, Sebastian piłkarzy Milanu, ja Andreę Pirlo (który podpisuje się na twarzy :P ) oraz Giorgio Chielliniego, a Pan Dario ze Stolicy rzuca się na Cesare Prandelliego niczym nieprzyjemne siły meksykańskie wspomniane wcześniej przez Gollaza. Zanim się odwróciłem wszyscy piłkarze siedzą już w autokarze, udaje mi się jednak zawołać siedzącego na brzegu Gabriele Pina, którego zbierają także inni. Jak szybko przylecieli, tak szybko odjechali.  Trochę spóźnieni udajemy się pod hotel Radisson Blu, gdzie liczyliśmy na zdobycie kolejnych podpisów. Guzik! – wszyscy piłkarze już dawno w pokojach, jedynie został coach, który wracał po konferencji. Zrobiliśmy więc sobie dodatkowo kilka zdjęć. Czekamy dalej, jednak nic się nie pojawiało. Zniechęceni całą tą sytuacją udajemy się każdy w swoje strony z myślą o następnym dniu. Podróż do miejsca nocowania mija wyjątkowo szybko, kilka przesiadek i już jestem w domu przy ulicy Piwowarskiej, gdzie smacznie położyłem się spać.

Luigi Riva i Mateqi

Luigi Riva i Mateqi

Piątek – dla jednych Dzień Niepodległości, dla nas drugi dzień zbierania oraz mecz ekipy Pani Adamiakowej Franciszka Smudy. Godzina 8.30 pobudka!. Szybkie śniadanie, ogarnięcie plecaka. Miejscowy spożywczak oblegany przez starą gwardię czekająca na prowiant w postaci wysokoprocentowych trunków. Ale jak to nasze stare, Polskie przysłowie brzmi „dzień święty, trzeba święcić!”.  Pod hotelem jestem już o godzinie 10.00, gdzie czekał Tick, Pirlo, Gollaz, a SeboLZ powoli dojeżdżał.

- „Kogoś już macie?”
- „Nie, tylko Pin, wraz ze sztabem zeszli na dół i spacerują po recepcji”.

Claudio Marchisio i Mateqi

Claudio Marchisio i Mateqi

No to szykuje się kolejny ciężki dzień! – pomyślałem.  Mijają pierwsze godziny. Pojawia się ochroniarz informujący nas o tym, że piłkarze na dół nie zejdą, a więc nie ma co liczyć na autografy tym bardziej w popołudniowych godzinach bla, bla, bla. Nie zrezygnowaliśmy! – czekamy dalej. Mijają kolejne godziny, na dworze zimno (ale czego nie robi się dla autografów). Między godziną 13.00-14.00 piłkarze mają zejść na dół na obiad. Fałszywy alarm! obiad jedzą na górze.  Z każdą minutą oraz godziną nadzieje na kolejne podpisy upadają, jednak ni stąd, ni zowąd na schodach hotelu pojawia się tajemnicza osoba w błękitnej koszulce. Claudio Marchisio! pomocnik Juventusu rozmawiający przez telefon. Bardzo miły „Il Principino” podpisuje wszystkim zdjęcia oraz pozuje do zdjęć. Pojawia się też Daniele De Rossi. Sebastian próbuje podbiec jednak nic bardziej mylnego – De Rossi jest znacznie szybszy i ucieka szybko przez schody prowadzące do pokoi piłkarzy. Dokoła hotelu kręci się tylko Luigi Riva, Giancarlo Abete oraz sztab treningowy. Grzegorz z kolegami udają się na spacer, na którym zahaczyli o KFC (podobno było gorsze niż w Warszawie). Pod hotel podjeżdża taksówka z której wysiada znana nam postać: Zbigniew Boniek!. (autograf Bońka dawno został moim wymarzonym podpisem jednak nie spodziewałem się, że zdołam zebrać go osobiście). „Zibi” podpisuje wszystko oraz pozuje do zdjęć. Daję do podpisania flagę biało-czerwoną reprezentacji Polski.

- „Można prosić o podpis na fladze z dedykacją dla Mateusza?”
- „Jasne!”
- „Ale czy ta flaga to jeszcze z orzełkiem czy już nie?”. (wszyscy zaczęli się śmiać.).

Później czekamy już w środku hotelu. Miłe zaskoczenie – zobaczyliśmy… wesele, które właśnie odbywało się w restauracji hotelu.

Godzina 18.00. Poznany już wcześniej Pan ochroniarz, wraz z kolegą podchodzi i grzecznie informuje, nas o tym abyśmy opuścili hotel, gdyż piłkarze niedługo będą zjeżdżać na dół. Czekamy i czekamy. Wychodzą! Ja ze skorowidzem w ręku, inni ze zdjęciami w grabie. Idzie Buffon!. Wystawiłem najdalej jak mogłem moją rękę i uff.. podpisuje się na pięknym zdjęciu podnoszącym puchar Mistrzostw Świata. Sebastianowi pomazał bardzo ciekawy autograf, który w znacznej części znajduje się na kartce, a nie na zdjęciu… wołamy dalej – nic. Pojechali na mecz.  Czas wolny. Grzegorz, Karol i Darek udali się do swojego pokoju, gdzie się zdrzemnęli oraz obejrzeli mecz reprezentacji (przynajmniej pierwszą połowę, bo na drugiej zasnęli). Wraz z Sebastianem udałem się prosto na stadion. Droga umilana śpiewami zagorzałych kibiców. Oczywiście znane nam wcześniej przyśpiewki: „Gdzie jest orzeł?”, „PZPN”, „Lato kondonie…” i inne tego typu serenady.  Po pół godzinie jesteśmy na miejscu. Rozchodzimy się, pod rodzę zaliczam hotel „Etap” gdzie w recepcji czekał dla mnie bilet prosto od Wojciecha Łazarka. Wejście na stadion w miarę sprawne. Zasiadłem na trybunach gdzie przez prawie cały mecz dopingowałem Polaków (piszę prawie, ponieważ w przerwie musiałem coś przekąsić. Minuty spędzone w kolejce nie dały oczekiwanego skutku, powód?: skończyły się parówki! ).

Polska - Włochy

Polska - Włochy

Polacy starali się jak mogli, przegrali 2:0. W ostatnich minutach Kuba nie wykorzystał rzutu karnego. Po tej sytuacji wyszedłem ze stadionu i miałem do wyboru: albo jadę jeszcze raz pod hotel Włochów szukać szczęścia, albo prosto do domu. Do Wrocławia przyjechałem po to by pozbierać autografy, więc wybrałem pierwszą opcję nie zważając na to, że było już grubo po 23.00, a nocnych powrotnych autobusów prawie nie miałem. Przyjeżdżają. Zatrzymują się pojedyncze sztuki, których ciężko złapać, reszta macha, słucha muzyki. Jedynie Marchisio zatrzymuje się i ponownie podpisuje to co chcemy. Kierujemy się do domów – spotykamy się jutro na lotnisku.  Podróż z przygodami, znikoma ilość autobusów, brak tramwajów – czego tutaj jeszcze chcieć?. W domu jestem o godzinie 4.00. Pobudka szykowała się dość wcześnie gdyż piłkarze wylatywali już przed 11.00.

Oporowska

Oporowska

Sobota. Spałem dość krótko. Na lotnisku jestem niecałą godzinkę przed odlotem. Przyjechali, wychodzą!. Pierwszy rzucony na pożarcie został Antonio Nocerino od którego wziąłem podpis i udałem się prosto do Simone Pepe. Wszyscy zdążyli uciec. Celnicy zamykają wejście, jednak co mi tam wołam dalej… patrzę Montolivo!. Riccardo podpisuje moje zdjęcia. Był to ostatni zdobyty podpis na lotnisku. Lekko niezadowoleni wracamy na dworzec centralny skąd wszyscy rozjeżdżamy się w swoje strony. SeboLZ do domu we Wrocławiu, Pirlo do znajomych, Gaucho do Poznania, Tick w stronę Krakowa, a Warszawa… do Stolicy. Jako jedyny ostał się Gollaz i ja. Postanowiłem więc udać się do Sieradza późniejszym pociągiem, a wraz z bardziej doświadczonym ode mnie kolekcjonerem pozwiedzać piękne miasto jakim jest Wrocław.  Grzegorz sprawdza niezawodne google w telefonie. Młody Śląsk gra z Młodym ŁKS-em na Oporowskiej. Nie ma co! wybieramy się na mecz. W składach obu drużyn kilku podstawowych zawodników. Zebraliśmy takie podpisy jak: Mariusz Pawelec, Przemysław Kaźmierczak, Mateusz Cetnarski, Marek Gancarczyk, Łukasz Madej czy nowy trener drużyny z Łodzi Ryszard Tarasiewicz. Powrót szybka, bez żadnych przygód.

Wyjazd uważam za bardzo udany, miła, kolekcjonerska atmosfera. Wszyscy pozytywnie nastawieni. Dziękuję wszystkim za miło spędzone trzy dni we Wrocławiu. Oby do następnego!

PS Hotel Polaków: Grześ zrobił się głodny, szuka czegoś do przekąszenia, namawia chłopaków na obiad, jednak się nie udało. Przed Platinium Palace wisi karteczka z menu, czytam, czytam.. ooo! placki ziemniaczane w hotelu za jedyne dwadzieścia parę złotych. Niestety Grzegorz musiał się zadowolić kawałeczkiem czekolady, którą poczęstował go Darek ;) .

Po chwili toaleta!, w ogóle gdzie jest jakaś toaleta?, to lewo, to prawo – nie ma!. Grzegorz zrobił kółko wokół parku (nie było go kilka minut/pół godziny) nigdzie jednak nie ma toalety. Załatwił się dopiero później na lotnisku – achhh ten Wrocław!. Będę go miło wspominał!

Obiecuję, że kolejne notki nie będą tak długie jak ta, którą pisałem dwa dni ;)

Pozdrawiam Mateqi

Sen o Warszawie

sobota, 19 Czerwiec 2010

Powróclogo_Euro2012noweę pamięcią parę miesięcy wstecz. Na początku lutego br. Warszawa stała się na chwilę europejską stolicą futbolu. Losowanie grup eliminacji Euro 2012 wywoływało sporo emocji jeszcze wiele miesięcy wcześniej i bardzo chciałem się pojawić wtedy w stolicy.

Ostatnia sesja i pisanie dyplomu ograniczało wolny czas, ale napaliłem się na tą Warszawę do tego stopnia, że jakoś ogarnąłem na czas wszystkie tematy, przygotowałem stertę fot, no i mogłem ruszać w drogę. Na miejscu byłem już w czwartek (losowanie odbyło się w niedzielę) i tu od razu podziękowania dla Michała za nocleg (ponoć najtańszy w mieście) i gościnę. Kilka dni pod jednym dachem nie są łatwe, gdy się ludzie nienawidzą, ale trudno, nie o tym chciałem pisać.

Nowoczesny tramwaj w stolicy

Nowoczesny tramwaj w stolicy

Dotąd w Warszawie bywałem jedynie przejazdem, więc pierwszy dzień minął na poznawaniu miasta, a w zasadzie małej jego części. Choć starówka nie umywa się do mojej gdańskiej, a Krakowskie Przedmieście wcale nie było zalane słońcem, jak to śpiewał Muniek, to miasto robi wrażenie. Zwróciły na mnie uwagę infrastruktura transportowa i tabor komunikacji zbiorowej (jak na inżyniera transportu przystało), ale o tym przecież też nie chciałem pisać.

Piątek wiązał się już z nadzieją na zebranie jakichś podpisów. Podekscytowanie było duże, długo by wymieniać wszystkich, których w stolicy można się było spodziewać. Cała piłkarska Europa, legendy futbolu i te mniejsze postaci, ale wszystkich chciałoby się spotkać, wziąć autograf… Rano szybka wizyta w Łazienkach i pełni nadziei ruszamy na lotnisko. Mija godzina za godziną, rozmawiamy, przeglądamy zdjęcia, ale wciąż na żadnym nie jesteśmy w stanie zebrać podpisu. Choć widać wolontariuszy, nikt z gości się nie pojawia. Po paru godzinach rezygnujemy, ale na koniec nieoczekiwanie spotykamy Macieja Szczęsnego. Miał być Platini, Błochin, Capello, del Bosque i inni, a był Szczęsny, no trudno. Pan Michel jak się później okazało przyleciał jeszcze w piątek późnym wieczorem. Lekko zawiedzeni wracamy, zupełnie niepewni jutra, jeszcze nie wiemy, że następnego dnia będzie zaje^(&^&$^*&%.

Sobota okazała się pięknym dniem. Na lotnisku zebrało się wiele osób zbierających autografy, nie tylko z Warszawy. Było też parę osób z forum – pulpet, nba, ToChybaJa? i pewnie jeszcze kilka osób, których nie kojarzę z nicków, więc jeśli je pominąłem, to przepraszam. Z kresów wschodnich przyjechał również robertocarlos, o którym, podobnie jak o Michale, nie mam zamiaru napisać zbyt wiele dobrych słów, ale cieszę się, że udało się po tylu latach spotkać. W sumie było ponad 10 osób. Pozdrowienia dla wszystkich!

Fernando Hierro

Fernando Hierro

Niedługo po naszym przyjeździe pojawili się Hiddink i Błochin. Najpierw Holender, od razu otoczony przez dziennikarzy i oczekujących na autografy kolekcjonerów. Przez jakiś czas nie dało się do niego dostać, a na to tylko wszyscy czekali. W końcu niespodziewanie wychodzi Błochin. Szybko do niego doskoczyłem, zaraz doskoczyli i inni. Jeden z głównych celów zdobyty, pięknie. Za chwilę zdążyłem jeszcze złapać Hiddinka, który się wyraźnie spieszył, w eskorcie osób pracujących przy organizacji całego przedsięwzięcia. Prawie w biegu podpisał zdjęcia. Na tym terminalu złapaliśmy jeszcze kilka osób, np. Matjaza Keka, który dziś tak dzielnie prowadzi Słowenię na Mundialu. Z nim wiąże się jedna zabawna sytuacja. Złapaliśmy go, gdy już prawie wszedł na ruchome schody, ale ok, zatrzymał się, podpisywał dość niemrawo, ale bez problemów. Michałowi nabazgrał tylko takie marne ‘K’, więc Michał go spytał: „Could you correct it?”. Uśmiechnął się i dorysował jeszcze jakieś tam szlaczki, tak jak na innych zdjęciach.

Po jakimś czasie, gdy nikt więcej się nie pojawiał, ktoś bystry wpadł na to, że większość wychodzi drugim terminalem. Tam był cały komitet powitalny, ale w sumie dobrze, że nie wiedzieliśmy o tym od początku. Tam, gdzie byliśmy na początku, wychodzili chyba tylko ci, którzy gdzieś się zagubili. Na drugim terminalu się strasznie obłowiliśmy. Patrząc na rozpiskę przylotów zastanawialiśmy się, kto w najbliższym czasie może się pojawić. Z tego, co pamiętam, na początku było bez rewelacji, np. selekcjoner Finlandii Stuart Baxter. Dziennikarze widząc, że bierzemy od niego autografy, zapytali, kto to jest, po czym również załapali się na swoje 5 minut i zrobili z nim wywiad.

Aleksandrs Starkovs

Aleksandrs Starkovs

Stopniowo wszystko się rozkręcało. Mijały kolejne godziny, co jakiś czas się ktoś pojawiał. W krótkim ostępie czasu wyszły delegacje Włoch i Chorwacji, które przyleciały chyba jednym samolotem. Po stronie włoskiej brakowało Marcelo Lippiego, ale był za to Angelo Peruzzi oraz Luigi Riva, którego akurat osobiście nie udało mi się złapać, bo byłem za bardzo zaaferowany szukaniem fot Peruzziego. Z Chorwatów Slaven Bilic, Vlatko Markovic i Aljosa Asanovic. O wszystkich ciężko, wszystkich udało się zebrać. Już byliśmy bardzo zadowoleni, a to jeszcze nie był koniec. Każdy bał się odejść choćby na chwilę do toalety, żeby w tym czasie mu nie uciekła jakaś gwiazda :) .

Vladimir Smicer

Vladimir Smicer

Ciężko wymienić wszystkich, ale z takich rzadkich okazów wpadli np. Gavril Balint (uczestnik MŚ’90 z Rumunią), czy John Buttigieg (niby reprezentował barwy Malty, ale rozegrał dla niej aż 97 spotkań). Jednym samolotem przylecieli Fabio Capello, John Toshack i Nigel Worthington. Każdego udało mi się złapać, choć Capello trzeba było niemal błagać, żeby dał podpis. Egil Olsen podpisywał nam zdjęcia, nagle przestał i zaczął czegoś szukać w torbie. Trwało to dłuższą chwilę, konsternacja, co on robi? W końcu wyciągnął pełno swoich kart z federacji i nam rozdał. Sympatyczny pan. Pojawiło się kilku Niemców – Berti Vogts, Otto Rehhagel, Joachim Low, Oliver Bierhoff… Naród raczej znany z tego, że nie ma u nich problemów z rozdawaniem autografów, ale Rehhagel krótko i brzydko mówiąc nas olał. Jedną z sympatyczniejszych osób okazał się Marcus Allback. Był elegancko ubrany, więc nawet sobie z nim fotę strzeliłem, podobnie jak np. z (do dziś nie wiemy na cholerę :) ?) Aleksandrsem Starkovsem. Z nieoczekiwanych osób wpadł np. Takis Fyssas, grecki Mistrz Europy z 2004 roku. Jako kibic Liverpoolu cieszę się, że nie zabrakło też akcentów liverpoolowskich właśnie. Byli Vladimir Smicer, Gerard Houllier i wspomniany wcześniej John Toshack (naprawdę wielki facet). Tym fajniej, że z nich tylko Toshacka się spodziewałem.

Marcus Allback

Marcus Allback

Wiele ciekawych osób było już za nami, ale wiele dobrego pozostało na sam wieczór. Ucięliśmy sobie pogawędkę z dziennikarzem serbskim, który oczekiwał na Radomira Anticia. Po pewnym czasie faktycznie się pojawił i bez problemów rozdał podpisy. Jego pamiętam głównie z Atletico Madryt, gdy Widzew rywalizował z tym klubem w fazie grupowej Ligi Mistrzów. To były pierwsze lata, gdy oglądałem mecze. Po tylu latach spotkać taką osobę, fajna sprawa. Dalej – Carlos Queiroz. Niechętnie te autografy dawał, początkowo akurat mi odmówił, ale jeszcze dłuższą chwilę czekał na samochód, więc za drugim razem już podpisał. Mieliśmy cynk, że o danej godzinie przylatuje ekipa hiszpańska, którą reprezentować mieli Vicente del Bosque oraz Fernando Hierro. I ich się doczekaliśmy – jedne z najlepszych autografów. Ostatnie autografy zdobyte na lotnisku, to Dejan Savicevic i Giovanni Trapattoni. Obaj mnie bardzo pozytywnie zaskoczyli. Mimo późnej godziny obaj byli cierpliwi w rozdawaniu autografów i robieniu zdjęć. Robili to z uśmiechem. Zwłaszcza po Trapattonim bym się tego nie spodziewał. Na ławce trenerskiej prawdziwy wulkan, wybuchowy. Okazał się sympatycznym starszym panem.

Giovanni Trapattoni

Giovanni Trapattoni

Cały praktycznie dzień spędzony na lotnisku, strasznie zmęczeni, ale z dużą satysfakcją i radością wracamy, przy okazji odwiedzając jeszcze Hotel Marriott, w którym byli Polacy i Ukraińcy. Platini tego wieczora zaprosił wszystkich na kolację i dobrze trafiliśmy, bo wkrótce po naszym przybyciu wszyscy zaczęli się z niej zjeżdżać. Najpierw znane z telewizji twarze Jerzego Engela, czy Zdzisława Kręciny, które niespecjalnie nas interesowały. Szalenie ważne było natomiast spotkanie innych osób. Niedługo spotykamy Andrzeja Szarmacha, potem Zbigniewa Bońka, którego spytałem o Platiniego:

- Wie Pan może czy Pan Platini też przyjedzie tu jakoś niedługo?

- Taa, powinien być za jakieś pięć minut.

IMG_0050

Oleg Błochin

Za chwilę kilkoma autokarami przyjechali Ukraińcy i znów spotkaliśmy Błochina, a po chwili patrzymy, a tu koło nas idzie Andrij Szewczenko. To było niesamowite przeżycie. Był zniesmaczony, że mieliśmy sporo zdjęć, ale szybciutko szybciutko wszystko podpisał i odszedł. Kolejny autograf wydawałoby się nie-do-zdobycia = zdobyty. Wszystkich, na których tam oczekiwaliśmy już przeszli, został Platini. Każda kolejna minuta była trudna do wytrzymania, bo w końcu była jeszcze zima. Z tych pięciu minut zrobiło się ponad pół godziny i w końcu podjechało auto z Platinim. Był już tak blisko nas, ale musieliśmy poczekać kolejne kilka minut, aż skończy rozmawiać przez telefon i wyjdzie.

Spytaliśmy, czy możemy prosić o autografy, a on cały czas się uśmiechał i nie robił żadnych problemów. Wyciął mi za to tzw. niezły numer. Zdjęcia niektórych osób miałem przyklejone po 4 sztuki do tekturek formatu A4, żeby było wygodniej zbierać. Na jednej z tekturek miałem 3 zdjęcia Platiniego. Każdy po prostu podpisywał każde ze zdjęć osobno, a Platini tak na to spojrzał chwilę i dał jeden podpis przez wszystkie zdjęcia. Zaskoczył mnie zupełnie, po chwili konsternacji zapytałem, czy mógłby podpisać każde osobno, co w sumie nie wyglądałoby już najlepiej. Cały czas się uśmiechając odpowiedział, że nie, bo jest za późno i za zimno na podpisywanie (jakby co, to z angielskiego było „It’s too late and too cold to sign”). Zrobił to wszystko w tak miły i sympatyczny sposób, że nie sposób było być mimo tego niezadowolonym, czy złym na niego, a przynajmniej będzie co wnukom opowiadać. A do tych zdjęć dokleiłem jeszcze swoje zdjęcie z nim i efekt był taki:

http://jareksphotos.fotopic.net/p63353581.html

Po powrocie do domu długo jeszcze rozmawialiśmy i oglądaliśmy zebrane autografy (była też przecież tzw. zasłużona kolacja i piwo, ale co Was to obchodzi?). Byliśmy mocno pomęczeni, ale jeszcze walka Adamka była, więc trzeba było wytrwać. W ogóle każdego dnia po 4 godziny snu i w niedzielę nie dało rady już się zerwać zbyt wcześnie, więc nic więcej nie zebraliśmy, choć wtedy prawie wszyscy wylatywali i też spokojnie można było zebrać. Ale to nic, tak jak się obłowiliśmy w sobotę, to uwierzcie, że ciężko narzekać. Około 50 autografów do kolekcji, a w sumie zebranych grubo ponad 100. Chyba najpiękniejszy dzień w życiu pod względem kolekcjonerskim. Za dwa lata Euro, a potem już długo w Polsce nie będzie takiego wydarzenia. Przeżyć takie chwile, to było coś pięknego, a wspomnienia po Warszawie pozostaną na całe życie.

fotos 022

Michał, robertocarlos, Rob

P.S. #1 Michał mi mówił, że Dworzec Centralny to zbieranina pedalstwa wszelkiej maści. Miał rację.

P.S. #2 Jeśli jeszcze kiedyś jakąś notkę napiszę, to obstawiam w ciemno, że nie będzie tak długa, jak ta, choć ta mam nadzieję, że przynajmniej była dość ciekawa.

Pozdrawiam,

Edyta Górnik Rob