Wpisy otagowane ‘gollaz’

Wrocław 2011 – czyli byli Mistrzowie Świata w Polsce

środa, 18 Styczeń 2012
Stadion Miejski we Wrocławiu

Stadion Miejski we Wrocławiu

Od dawna kusi mnie napisanie dla was dłuższej notki na temat zbiorów we Wrocławiu, jednak brak chęci, tudzież brak czasu i nic z tego nie wychodziło. W ostatnim czasie nawet kilka zdań o Italii napisał Grzegorz. Postanowiłem napisać coś od siebie. Znalazłem troszeczkę czasu by opisać to co działo się w stolicy Dolnego Śląska.

Wszystko zaczęło się kilka miesięcy wcześniej. Mecz Polski z Włochami ma się odbyć w listopadzie. Pierwotnie planowano by był rozegrany we Warszawie lub w Poznaniu – jednak wypadło na Wrocław do którego mam ~140km. Postanowiłem więc udać się tam na 3 dniowe zbieranie.  Zabrałem ze sobą nie tylko zdjęcia Włoskich piłkarzy, które wywołałem tuż przed meczem, lecz także Polaków przygotowanych znacznie wcześniej…ale nie o tym czas pisać. Mamy czwartek! – krzyknąłem rano wstając z łóżka. Początek podróży, która w pamięci pozostanie bardzo długo. Sprawne pakowanie, poranna wizyta w toalecie, minutka na poczcie po odbiór zdjęć, centrum, PKP, … – mamy już gruuboo po 8, a ja już siedzę w pociągu gdzie sortowałem zdjęcia. Mija pierwsza godzina….Kalisz, mija druga godzina…Oleśnica, mija trzecia godzina…WROCŁAW!.  Pierwsze co ujrzałem to strasznie rozkopany dworzec oraz wielu zabieganych ludzi, teraz tylko pomyśleć co może dziać się na EURO!?. Ogarnięcie mojej mini mapki, którą trzymałem w kieszeni, obejście dookoła dworca, zakup biletów MPK – mamy południe. Jedzie tramwaj w stronę dzielnicy „Krzyki” do którego wsiadam i udaję się prosto (no może prawie) pod hotel Biało-Czerwonych „Platinium Palace”. Na pierwszym planie czerwony autokar naszej kadry – o dziwo mający jeszcze Orła, którym w ostatnim czasie żyła cała Polska. Kilka zdań do lokalnej telewizji. Idzie Franciszek Smuda:

- „Można prosić o autograf?”
- „Ależ śmiało!”

Robert Lewandowski i Mateqi

Robert Lewandowski i Mateqi

Mogłem cieszyć się z pierwszego autografu zdobytego we Wrocławiu, a jak to się mówi pierwsze koty za płoty. Zbiera się coraz większa grupka młodzieży z pobliskiej szkoły. Podpisy biorą w zeszytach, na kartkach, na czym się tylko da – jeden to zbierał nawet ołówkiem… Nagle po drugiej stronie hotelu ujrzałem znane mi twarze. Idzie Grzegorz wraz z Dariuszem oraz Karolem. Podchodzę, podaję dłoń. Patrzą się na mnie, jeden na drugiego, drugi na trzeciego. Pewnie sobie myślą „Kto to kurde jest!?” – jednak szybko zostałem rozpoznany i okazało się, że jestem niejaki forumowy „Mateqi” – Chłopak z Sieradza! Małe pogaduchy, przeglądanie zdjęć, oczekiwanie na piłkarzy. W między czasie przychodzi do nas Sebastian (SeboLZ), który już do końca zbiera razem z nami. Podjeżdża mały busik, zdjęcia i markery przygotowane w dłoniach. Z samochodu wychodzi znana nam skądś osoba. Szybko skojarzyłem, że jest to piosenkarz Wojciech Gąssowski (ambasador Euro2012) od którego wzięliśmy podpis – nóż, widelec – może się kiedyś przyda. Po chwili podchodzi do nas Pan Wojtek i pyta czy nie mamy pożyczyć jakiegoś pisaka, bo też chciałby sobie pozbierać reprezentantów ;) . Zaczęło robić się coraz ciekawiej. Kilka grajków podjeżdżało samochodami pod hotel przed którym śmiało mogliśmy zbierać autografy. I takim sposobem wpadły podpisy takich piłkarzy jak: Damien Perquis, Łukasz Piszczek, Łukasz Fabiański, Robert Lewandowski czy Marcin Wasilewski. Następnie wpadają kolejne podpisy. W sumie pod Platinium Palace zebrałem autografy 15 osób. Bardzo pozytywnie zaskoczyło mnie władanie językiem obcym przez Grzegorza, który nawet do Polaków mówił „please”, „thank you” – to się nazywa zawodowstwo.

JuvePoland na lotnisku

JuvePoland na lotnisku

Powoli się ściemnia, patrzymy na zegarek – godzina 17.00. Myślimy czy zostać jeszcze chwilkę i czekać na kolejne podpisy, czy jednak wybrać się wcześniej na lotnisko Strachowice, gdzie półtorej godziny później planowany był przylot reprezentacji Włoch. Wybieramy to drugie i po wcześniejszej konsultacji wsiadamy w pierwszy tramwaj, który zawozi nas w okolice „Eureki”. Stamtąd przesiadamy się w autobus lini 406, którym jedziemy już pod samo lotnisko. Korki, korki, korki: czy zdążymy?, nie ma bata musimy!.  Na lotnisku czekał już min. forumowy Gaucho, kilku kolekcjonerów z Warszawy oraz… pełno bandy z JuvePoland (jednak Majkela nie widzieliśmy). Na tablicy widnieje lot czarterowy z Pisa, czekamy, czekamy, LANDED!. Wszyscy gotowi i zwarci z niecierpliwością wypatrują znane im twarze. „Już idą” – krzyknął ktoś z tłumu, patrzymy, a tam..wybiega śmiechowo wyglądający operator kamery z Włoskiej telewizji. Wszyscy widoczny uśmiech na twarzy. Po chwili wychodzą już wszyscy. Każdy łapie kogo popadnie (no przynajmniej próbują). Fan Club piłkarzy Juventusu, Sebastian piłkarzy Milanu, ja Andreę Pirlo (który podpisuje się na twarzy :P ) oraz Giorgio Chielliniego, a Pan Dario ze Stolicy rzuca się na Cesare Prandelliego niczym nieprzyjemne siły meksykańskie wspomniane wcześniej przez Gollaza. Zanim się odwróciłem wszyscy piłkarze siedzą już w autokarze, udaje mi się jednak zawołać siedzącego na brzegu Gabriele Pina, którego zbierają także inni. Jak szybko przylecieli, tak szybko odjechali.  Trochę spóźnieni udajemy się pod hotel Radisson Blu, gdzie liczyliśmy na zdobycie kolejnych podpisów. Guzik! – wszyscy piłkarze już dawno w pokojach, jedynie został coach, który wracał po konferencji. Zrobiliśmy więc sobie dodatkowo kilka zdjęć. Czekamy dalej, jednak nic się nie pojawiało. Zniechęceni całą tą sytuacją udajemy się każdy w swoje strony z myślą o następnym dniu. Podróż do miejsca nocowania mija wyjątkowo szybko, kilka przesiadek i już jestem w domu przy ulicy Piwowarskiej, gdzie smacznie położyłem się spać.

Luigi Riva i Mateqi

Luigi Riva i Mateqi

Piątek – dla jednych Dzień Niepodległości, dla nas drugi dzień zbierania oraz mecz ekipy Pani Adamiakowej Franciszka Smudy. Godzina 8.30 pobudka!. Szybkie śniadanie, ogarnięcie plecaka. Miejscowy spożywczak oblegany przez starą gwardię czekająca na prowiant w postaci wysokoprocentowych trunków. Ale jak to nasze stare, Polskie przysłowie brzmi „dzień święty, trzeba święcić!”.  Pod hotelem jestem już o godzinie 10.00, gdzie czekał Tick, Pirlo, Gollaz, a SeboLZ powoli dojeżdżał.

- „Kogoś już macie?”
- „Nie, tylko Pin, wraz ze sztabem zeszli na dół i spacerują po recepcji”.

Claudio Marchisio i Mateqi

Claudio Marchisio i Mateqi

No to szykuje się kolejny ciężki dzień! – pomyślałem.  Mijają pierwsze godziny. Pojawia się ochroniarz informujący nas o tym, że piłkarze na dół nie zejdą, a więc nie ma co liczyć na autografy tym bardziej w popołudniowych godzinach bla, bla, bla. Nie zrezygnowaliśmy! – czekamy dalej. Mijają kolejne godziny, na dworze zimno (ale czego nie robi się dla autografów). Między godziną 13.00-14.00 piłkarze mają zejść na dół na obiad. Fałszywy alarm! obiad jedzą na górze.  Z każdą minutą oraz godziną nadzieje na kolejne podpisy upadają, jednak ni stąd, ni zowąd na schodach hotelu pojawia się tajemnicza osoba w błękitnej koszulce. Claudio Marchisio! pomocnik Juventusu rozmawiający przez telefon. Bardzo miły „Il Principino” podpisuje wszystkim zdjęcia oraz pozuje do zdjęć. Pojawia się też Daniele De Rossi. Sebastian próbuje podbiec jednak nic bardziej mylnego – De Rossi jest znacznie szybszy i ucieka szybko przez schody prowadzące do pokoi piłkarzy. Dokoła hotelu kręci się tylko Luigi Riva, Giancarlo Abete oraz sztab treningowy. Grzegorz z kolegami udają się na spacer, na którym zahaczyli o KFC (podobno było gorsze niż w Warszawie). Pod hotel podjeżdża taksówka z której wysiada znana nam postać: Zbigniew Boniek!. (autograf Bońka dawno został moim wymarzonym podpisem jednak nie spodziewałem się, że zdołam zebrać go osobiście). „Zibi” podpisuje wszystko oraz pozuje do zdjęć. Daję do podpisania flagę biało-czerwoną reprezentacji Polski.

- „Można prosić o podpis na fladze z dedykacją dla Mateusza?”
- „Jasne!”
- „Ale czy ta flaga to jeszcze z orzełkiem czy już nie?”. (wszyscy zaczęli się śmiać.).

Później czekamy już w środku hotelu. Miłe zaskoczenie – zobaczyliśmy… wesele, które właśnie odbywało się w restauracji hotelu.

Godzina 18.00. Poznany już wcześniej Pan ochroniarz, wraz z kolegą podchodzi i grzecznie informuje, nas o tym abyśmy opuścili hotel, gdyż piłkarze niedługo będą zjeżdżać na dół. Czekamy i czekamy. Wychodzą! Ja ze skorowidzem w ręku, inni ze zdjęciami w grabie. Idzie Buffon!. Wystawiłem najdalej jak mogłem moją rękę i uff.. podpisuje się na pięknym zdjęciu podnoszącym puchar Mistrzostw Świata. Sebastianowi pomazał bardzo ciekawy autograf, który w znacznej części znajduje się na kartce, a nie na zdjęciu… wołamy dalej – nic. Pojechali na mecz.  Czas wolny. Grzegorz, Karol i Darek udali się do swojego pokoju, gdzie się zdrzemnęli oraz obejrzeli mecz reprezentacji (przynajmniej pierwszą połowę, bo na drugiej zasnęli). Wraz z Sebastianem udałem się prosto na stadion. Droga umilana śpiewami zagorzałych kibiców. Oczywiście znane nam wcześniej przyśpiewki: „Gdzie jest orzeł?”, „PZPN”, „Lato kondonie…” i inne tego typu serenady.  Po pół godzinie jesteśmy na miejscu. Rozchodzimy się, pod rodzę zaliczam hotel „Etap” gdzie w recepcji czekał dla mnie bilet prosto od Wojciecha Łazarka. Wejście na stadion w miarę sprawne. Zasiadłem na trybunach gdzie przez prawie cały mecz dopingowałem Polaków (piszę prawie, ponieważ w przerwie musiałem coś przekąsić. Minuty spędzone w kolejce nie dały oczekiwanego skutku, powód?: skończyły się parówki! ).

Polska - Włochy

Polska - Włochy

Polacy starali się jak mogli, przegrali 2:0. W ostatnich minutach Kuba nie wykorzystał rzutu karnego. Po tej sytuacji wyszedłem ze stadionu i miałem do wyboru: albo jadę jeszcze raz pod hotel Włochów szukać szczęścia, albo prosto do domu. Do Wrocławia przyjechałem po to by pozbierać autografy, więc wybrałem pierwszą opcję nie zważając na to, że było już grubo po 23.00, a nocnych powrotnych autobusów prawie nie miałem. Przyjeżdżają. Zatrzymują się pojedyncze sztuki, których ciężko złapać, reszta macha, słucha muzyki. Jedynie Marchisio zatrzymuje się i ponownie podpisuje to co chcemy. Kierujemy się do domów – spotykamy się jutro na lotnisku.  Podróż z przygodami, znikoma ilość autobusów, brak tramwajów – czego tutaj jeszcze chcieć?. W domu jestem o godzinie 4.00. Pobudka szykowała się dość wcześnie gdyż piłkarze wylatywali już przed 11.00.

Oporowska

Oporowska

Sobota. Spałem dość krótko. Na lotnisku jestem niecałą godzinkę przed odlotem. Przyjechali, wychodzą!. Pierwszy rzucony na pożarcie został Antonio Nocerino od którego wziąłem podpis i udałem się prosto do Simone Pepe. Wszyscy zdążyli uciec. Celnicy zamykają wejście, jednak co mi tam wołam dalej… patrzę Montolivo!. Riccardo podpisuje moje zdjęcia. Był to ostatni zdobyty podpis na lotnisku. Lekko niezadowoleni wracamy na dworzec centralny skąd wszyscy rozjeżdżamy się w swoje strony. SeboLZ do domu we Wrocławiu, Pirlo do znajomych, Gaucho do Poznania, Tick w stronę Krakowa, a Warszawa… do Stolicy. Jako jedyny ostał się Gollaz i ja. Postanowiłem więc udać się do Sieradza późniejszym pociągiem, a wraz z bardziej doświadczonym ode mnie kolekcjonerem pozwiedzać piękne miasto jakim jest Wrocław.  Grzegorz sprawdza niezawodne google w telefonie. Młody Śląsk gra z Młodym ŁKS-em na Oporowskiej. Nie ma co! wybieramy się na mecz. W składach obu drużyn kilku podstawowych zawodników. Zebraliśmy takie podpisy jak: Mariusz Pawelec, Przemysław Kaźmierczak, Mateusz Cetnarski, Marek Gancarczyk, Łukasz Madej czy nowy trener drużyny z Łodzi Ryszard Tarasiewicz. Powrót szybka, bez żadnych przygód.

Wyjazd uważam za bardzo udany, miła, kolekcjonerska atmosfera. Wszyscy pozytywnie nastawieni. Dziękuję wszystkim za miło spędzone trzy dni we Wrocławiu. Oby do następnego!

PS Hotel Polaków: Grześ zrobił się głodny, szuka czegoś do przekąszenia, namawia chłopaków na obiad, jednak się nie udało. Przed Platinium Palace wisi karteczka z menu, czytam, czytam.. ooo! placki ziemniaczane w hotelu za jedyne dwadzieścia parę złotych. Niestety Grzegorz musiał się zadowolić kawałeczkiem czekolady, którą poczęstował go Darek ;) .

Po chwili toaleta!, w ogóle gdzie jest jakaś toaleta?, to lewo, to prawo – nie ma!. Grzegorz zrobił kółko wokół parku (nie było go kilka minut/pół godziny) nigdzie jednak nie ma toalety. Załatwił się dopiero później na lotnisku – achhh ten Wrocław!. Będę go miło wspominał!

Obiecuję, że kolejne notki nie będą tak długie jak ta, którą pisałem dwa dni ;)

Pozdrawiam Mateqi

Pamiętajcie o Alamo!

wtorek, 13 Wrzesień 2011
Mamy tu Meksyk, o jakim nawet nie śnisz!

Mamy tu Meksyk, o jakim nawet nie śnisz!

Pamiętacie o Alamo? Znaczne, nieprzyjemne siły meksykańskie chcą stłamsić biednych Teksańczyków, ale Ci twardo się bronią przez 13 dni. Nie? To właśnie będzie historia o nieprzyjemnych meksykańskich siłach, zielonej hołocie i naszej nieustraszonej z manim walce o autografy.

W składzie mani, Pycio, śmietana, gollaz postanowiliśmy zrobić wycieczkę w krainy dzikie, by pozbierać narodowych reprezentantów Meksyku w piłce nożnej, zobaczyć mecz międzynarodowy wspomnianej drużyny z polskimi kopaczami i jak zwykle miło spędzić czas. Data: 01.09 (czwartek) – 03.09.2011 (sobota).

Od poniedziałku, kiedy Meksykanie przylecieli napływają do mnie z różnych stron sprzeczne informacje. Na lotnisku spoko, podpisują dużo, Torrado only one, Hernandez tylko na koszulkach i proporczykach, ale zawsze coś. Plan mam opracowany, zdjęcia wywołane pośrednio, czas ruszać w drogę. Melduje się w pogrążonej ciemnościami stolicy już o 4 rano, Marcin dociera jakieś 3,5 godziny później. Szybkie śniadanie w postaci tradycyjnej kuchni warszawskiej (kebab) i czas ruszać pod hotel. Nawet udaje nam się trafić bez problemów, pod hotel schodzą się oprócz nas inni kolekcjonerzy, dojeżdżają forumowi MAT92 oraz Krystian, kilku innych znanych mi z opowieści kolekcjonerów, czas nam mija spokojnie, aż w końcu idą na nas te hordy nieprzyjaciół. Ja dopadam jednego, Ochoę x2, mani upolował 3, ale grafów ma 5. Inni jeszcze gorzej. Torrado na każdym zdjęciu twierdzi, że to nie on. No to się nam pięknie zaczęła przygoda. Pojechali. Ile mogą mieć trening? 2 godziny? Czas na piwo! Wbijamy do Ogrodu Saskiego, różne dziwne zwierzęta tam, żyją, kombinacje psów z końmi. No nic, jak piwa nie można, to może można Ice Tea z pianką? Ledwo załyczyliśmy a już nas atakują niebieskie stwory. O Panowie, tak ciepło, a Wy bez piwka? A telefony skąd macie? Kradzione! A skąd? Z salonu! A to w porządku, widzę fajne chłopaki, no to nic, do widzenia! Oby nie, siema! Do widzenia!. Powrót pod hotel, już za chwilę wrócą, już za godzinkę! Albo za dwie? Wrócili po 5. Ilość zdobytych podpisów: 0. Meksykanie wszyscy tacy sami, koniec, ja przestaję zbierać na zdjęciach, bo nic z tego nie będzie. Kapitalnie!

Ono też chciało być piłkarzem!

Ono też chciało być piłkarzem!

No to nic, lecimy na obiad, tradycyjna kuchnia warszawska dalej w modzie (McDonald) i pod hotel Polaków. Tam już jakoś idzie lepiej. Na pierwszy ogień idzie Cezary Kucharski, dalej z grubej rury, Roman Kołtoń, który uwaga! nie jest piłkarzem, choć zawsze chciał nim być, Jacek Kazimierski, sędzia spotkania Alexandru Deaconu, dalej reprezentanci, Sandomierski, jest, Wawrzyniak, jest! Hmm, mani, kurde, tyle mam tych zdjęć, a jeszcze ani jednego nie podpisanego? Bo mani to wiadomo, już miał z 80 zdjęć podpisanych, jak się wywołuje 14 Małeckich i 23 Błaszczykowskich to tak jest . Wreszcie coś się ruszyło, Szczęsny jest, Wasilewski jest, Smuda, jest, Frankowski, jest, Zieliński, jest. W zasadzie to nie pamiętam czy akurat tych złapaliśmy po treningu, przed treningiem, czy dopiero nazajutrz, zbieraliśmy 3 razy i nie wyglądało to źle.

DAREK PASIEKA!

DAREK PASIEKA!

Kilku nie udało się zebrać, dołożyliśmy kilka niespodziewanych grafów – Kasperczak, Borek, Baszczyński, Kowalewski… i DARIUSZ PASIEKA! Personalne zwycięstwo Marcina. I Pana Dariusza, który prawie przemknął się niezauważony. Jedynie uciekł nam młody Koźmiński. Tylko od Jarka Jakimowicza nikt autografów nie chciał. Wiadomo, to Meksyk miał być najważniejszy na tej wycieczce, więc opisywanie zbierania Polaków sobie już odpuszczę. Szybkie zakupy, bo na Bielanach gdzie spaliśmy nie ma żadnych sklepów (tak twierdził Pulpet, który spał tam wcześniej z Pirlo). Te nic to Żabka, Biedronka, Makro i inne sklepy, no ale… Szybka podróż metrem, autobusem, z buta, prawie jak Stare Miasto i Jak Się Poruszać Po Mieście, na miejscu czteropak na kolację i spać. Ponad 40 godzin bez snu zrobiło swoje.

Polska - Meksyk

Polska - Meksyk

Z hotelu wybijamy o świcie, rano Meksykanie mieli mieć rozruch, spacer, czy coś w tym stylu. Pod hotelem stała ekipa. Meksykanie znowu rach ciach ciach i są w busie. Trzech udało się dopaść, maniemu dwóch. Skok ilościowy w moim wykonaniu ogromny. Dowiadujemy się, że rozruch mają na Polonii, więc szybka konsultacja z MATem, przechodniami i ruszamy tramwajem na Konwiktorską. Trening zamknięty dla publiczności, tzn. wchodzą wszyscy, którzy chcą oprócz mnie, maniego i dwóch kolegów. Nawet gość na rowerze. Ale przecież ochroniarz wie, kogo może, a kogo nie może wpuścić i nie ma o czym dyskutować. Jak mani miał Pasiekę, tak ja miałem Piotrka Stokowca. A co? Nie po to przyjechałem do Warszawy, żeby nie zbierać kogo się tylko da. Rozruch kończy się dość szybko, znowu udaję się załapać na 2 czy tam 3 autografy. Gdybym zdobył w jeden dzień 7, to byłbym zły. Teraz jestem nieoczekiwanie zadowolony. Już siedem! A jeszcze z cztery podejścia. Czas najwyższy na tradycyjną kuchnię warszawską (tym razem wypadło na KFC) i znowu pod hotel Polaków. Czasu trochę mieliśmy, więc plan był, aby wpaść do sejmu, przemówić coś, senatora Piechniczka spotkać, niestety skończyło się tylko na oglądaniu budynków sejmu i senatu z zewnątrz. Polaków pod hotelem pozbieraliśmy, więc czas na mecz.

Piknik

Piknik

Mecz jak mecz, mani nie chciał kibicować, ja kibicować z założenia mogłem tylko Meksykowi, zasmakowaliśmy tradycyjnej kuchni warszawskiej (kiełbasa w bułce), piknik na 100%. Polacy kopali jak umieli, Meksykanie na pół gwizdka. Ja już na Pepsi Arenie, która wtedy jeszcze nie była gazowana, byłem, mani nie, nie wiem jak jego opinia, ale mi się podoba. Po meczu próbujemy wydostać się z pod stadionu busem. Nasz cel to oczywiście hotel Meksykanów. Do pierwszego nie wbijamy, bo jest przepełniony, drugi i trzeci nie przyjeżdżają, więc ewakuujemy się z buta. Jak tylko odeszliśmy na 2 minuty przyjechał pierwszy, znowu przepełniony. Kolejny jedzie, biegniemy, jest, udało się. Jedziemy razem z grupą meksykańskich kibiców. Przynajmniej wesoło było, tylko Polki, blondynki, mimo życzeń naszych gości nie chcą tańczyć na rurkach.

Chicharito

Chicharito

Pod hotelem kilka osób, jedna dziewczyna chce się rozbierać dla Chicharito, piłkarze podjeżdżają, tym razem w końcu coś konkretnego, Marquez podpisuje raz, dos Santos raz, zawsze coś i jakiś dziwny gość na Ch też, szkoda, że to tylko Cherookie. Jest ok. Jak na nich. Znajomy schemat, metro, nocny bus, oooops nie ten co miał być, wracamy z buta dość trochę, kolejny nocny bus, kilka piw, godzina 3, wstawać na 7, żeby zbierać jeszcze Polaków przed odlotem do Gdańska? Chęci może i były, ale dajemy sobie spokój.

Rano kolejny trening Meksykanów, tym razem od razu udajemy się na Polonię. Schodzą się znani już nam wcześniej kolekcjonerzy oraz forumowy Michał. Jak możecie się domyśleć, nie tylko na forum ma takie imię! Choć sprytne by było gdyby miał np. Wojtek, o! Na trening Meksykanie przyjeżdżają w okrojonym składzie i zaliczamy kolejny pusty przelot. Na szczęście po są znacznie milsi. Znowu Marquez podpisuje, mani ma chyba z 11 jego autografów (tak, ferrari, aż tyle!) , dos Santos, Salcido. Wyłamuje się jak zawsze trener. Ja znowu złapałem tego na Ch! Przynajmniej go przehandlowałem z manim na Israela. Co to by był za dzień, gdybyśmy nie skosztowali tradycyjnej kuchni warszawskiej (znowu McDonald)? Tym razem towarzyszył nam Michał. Pojedli, to czas kupić mazak. Dla maniego skończyłoby się to prawie dożywociem. Chciał być kurde Playboyem! Bramka pikała i pikała, a w dwóch plecakach maniego można było znaleźć prawie wszystko. Już miał się rozbierać do majtek, ale na szczęście to tylko dezodorant, do tego w połowie pusty (a może w połowie pełny?). Ostatnia szansa nas jeszcze czekała na lotnisku. Michał pokazuje nam, gdzie w Warszawie spokojnie można wypić piwo, droga mija szybko. Jesteśmy, znowu te same osoby! Znowu te same autografy, Duenas, Ochoa, Barrera. Tylko jeden jakiś przygłupi. Ale trzeba mu wybaczyć, w końcu ostatnio miał jakiś uraz głowy, niech już leci jak najdalej. No to pa zielona hołoto! Ich wizytę kończy stwierdzenie Darka, w końcu polecieli. Od Michała razem z manim dostajemy w prezencie po autografie Sinhy na zdjęciu. DZIĘ-KU-JE-MY. Jeszcze ostatni tradycyjny posiłek warszawski (Burger King), piwo w Złotych Tarasach, obczajanie reprezentacji u-17 Cypru, która też się tam szlajała i wreszcie powrót z zaświatów na Śląsk! Podróż błyskawiczna, gdy ja dojeżdżałem do Katowic mani dopiero wsiadał do pociągu.

Bilans zysków to 21 autografów od 14 Meksykanów + dwa, po jednym od maniego i Michała + sporo autografów Polaków. Było na pewno ciekawie, do następnego i pamiętajcie o Alamo!

WPIS AUTORSTWA GOLLAZA.

 

Unikatowy autograf od Mierzejewskiego

Unikatowy autograf od Mierzejewskiego

A na zakończenie kilka słów od maniego: Całą wyprawę będę wspominał bardzo dobrze. Od jej początku, kiedy ku mojemu zdziwieniu przyjechałem pociągiem na czas, gdzie mój tegoroczny wakacyjny bilans opóźnień w podróży to 2h do Cieszyna, 3h do Pragi, 1h z Krakowa, 4h do Krakowa, 0,66h do Wrocławia. W Warszawie mogłem się także sporo nauczyć. Przede wszystkim wiem już, że zdjęć nie należy przyklejać do zeszytu. O ile zbierając Wisłę w Trójmieście udało mi się Mateuszowi Kowalskiemu wyperswadować, że podpisywanie się pod zdjęciem, na obliczeniach matematycznych nie jest tym, co się od niego oczekuje, o tyle tym razem nie udało się. Stąd mam unikatowy podpis Adriana Mierzejewskiego (odklejając zdjęcie od kartki będę miał dwa unikalne podpisy, wciąż rozważam zrobienie tego). Ze zbierania Polaków najbardziej utkwił w pamięci Przemysław Tytoń, który raczył się mnie zapytać przy podpisywaniu drugiego z trzech zdjęć: „Co wy k**wa to sprzedajecie?” „Kto by Ciebie człowieku kupił? Ależ skąd!”. Muszę też zdementować niektóre rzeczy napisane przez Grzegorza. Nie podpisałem 14 fot Małeckiego i 23 Błaszczykowskiego, ich zostawiłem sobie na Gdańsk :P . Ponadto, nie podpisałem aż 11 Marquezów, więc nie łam się Szymon ;) Co więcej, jestem dumny z siebie po rozpoznaniu Darka Pasieki. Wrzesień był dla mnie dobrym miesiącem, bo kilka dni później ponownie spotkałem pana Darka, kiedy przechadzał się po terenie sopockiego hotelu Sheraton. Tym razem jednak nikt ze zbierających kolekcjonerów nie pofatygował się po jego podpis :( No ale nic, pewnie kolekcjonerzy z Warszawy już go mieli, na niejednym zdjęciu. Wypad całkiem pozytywny, szkoda, że niektórzy użytkownicy nie dotarli, jak mieli. Ale może następnym razem wyjdzie lepiej: większą ekipą i bardziej przyjaznych grajków do zbierania ;)

Tres jours de Pologne

wtorek, 16 Sierpień 2011

Skoro na blogu posucha, a wszyscy mogą opisać swoje szalone przygody ze zbierania autografów to i moją (plus kilku innych osobników, zbieżność nazwisk przypadkowa) skromną historię przedstawię. Jestem w pracy, więc czasu na pisanie mam sporo :)

Plan na wakacje był w stu procentach podporządkowany dwóm wydarzeniom, zlotowi w Pradze, o którym możecie przeczytać (lub będziecie mogli) oraz naszemu jedynemu poważnemu wyścigowi kolarskiemu, zwanemu z polskiego Tour de Pologne. Urlop zaplanowany już dawno, szkolenie u jedynego polskiego zawodowego kolekcjonera z zasad BHP odbyte, wprawdzie biegowo jeszcze odstaję, ale wszystko przede mną. A poza tym w wakacje ciężka praca!

Przygotowania rozpoczęte już w czwartek, na pierwszy ogień idzie lista startowa, wykreślanie autografów już posiadanych, zaznaczanie głównych celów, ale zbieramy wszystko, stara zasada ze zlotu w Krakowie mówi, że im więcej tym lepiej i nie zbiera się na jakość, tylko na ilość! Piątek to przygotowywanie, gdzieniegdzie już legendarnych, ramek, wykupienie całego asortymentu kart pocztowych na głównej poczcie w Rudzie Śląskiej (w ilości 9 – słownie dziewięć) i wyjazd w stronę Częstochowy do rodziców. Dostęp na tym zadupiu do netu trochę ograniczony, ale niedziela wita mnie kacem, kilkoma zmianami na liście startowej, później także pośrednią informacją od niejakiego Mateusza, że w kilku teamach dyrektorami są medaliści IO. Szybkie poprawki i przygotowany znacznie lepiej niż w roku poprzednim mogę ruszać do boju.

"Znajdź sobie kogoś, kto pozbiera grafy za ciebie, a jeśli nie to przynajmniej ogarnie kto jest kim."

"Znajdź sobie kogoś, kto pozbiera grafy za ciebie, a jeśli nie to przynajmniej ogarnie kto jest kim."

Poniedziałek, czyli dzień pierwszy to 2 etap z Częstochowy do Dąbrowy Górniczej. Mój ciężko nudzący się na emeryturze ojciec deklaruje, że pojedzie ze mną i szybko oraz oszczędnie melduję się na starcie. Bez problemów trafiamy na start, gdzie część ekip już się zebrała. Pogoda strasznie niepewna, opady przekreśliłby plan, ale nawet po jakimś czasie wychodzi słońce. Fortuna nam sprzyja. Jak mówi Barney Stinson „I only have one rule”, czyli znajdź sobie kogoś, kto pozbiera grafy za ciebie, a jeśli nie to przynajmniej ogarnie kto jest kim. Po pozbieraniu autografu Lecha (Leszka wg TVP) Piaseckiego (starszy Pan, któremu pożyczyłem długopis zebrał sobie też jego autograf „Mistrzu, napisz dla Czesława i daj autograf! Ale napisz Pan też nazwisko, bo skąd mam wiedzieć kim jesteś!”) oraz kilku kolarzy Vacansoleil z Michałem Gołasiem w składzie („Hallo, could you sign?” spytał gollaz w tamtym roku Pana Michała, w tym roku postanowił nie popełnić podobnej gafy, ale postanowienia postanowieniami, a przyzwyczajenie pozostają, tym razem Michał nie raczył skomentować, w tamtym roku stwierdził „a ja akurat jestem Polakiem!”) znalazłem oczywiście taką osobę. W międzyczasie jeszcze ogarniam kilku kolarzy CCC oraz reprezentacji Polski, którzy z powodów finansowych przygotowywać do etapów muszą się na świeżym powietrzu. Ciekawe czy w tych busikach mają zezwolenie na przewóz tylu osób? Zasłyszana historyjka mówi, że związku nie stać nawet na reprezentacyjne rowery, więc kolarze jechali na klubowych. Zbieranie z moim nowym kolegą, który wiedział, kto, gdzie i kiedy przebiegało bardzo sprawnie. Kto odwiedził kiedyś miasto medalikarzy, ten wie jak wygląda ulica NMP, gdzie stały busy ekip. Dla kolekcjonera to jak gwiazdka w lato, nic tylko przebierać w potencjalnych celach. Po kilkukrotnym przejściu od początku do końca całej kolumny stwierdzam, że najlepiej ulokować się w jednym miejscu. Wypadło gdzieś w połowie stawki, wręcz idealnie, bo koło siebie ustawione były busy Katiuszy, Garmin, Liquigasu i Quick Stepu z takimi gwiazdami jak Tom Boonen, Danielo Di Luca, Luca Paolini czy Michaele Scarponi, tam zostaję aż do startu. W pierwszy dzień udało się zebrać ponad 60 autografów, co pozwalało patrzeć optymistycznie w przyszłość.

Będzin

Będzin

Wtorek i etap nr 3. Będzin – Katowice. Z jednego miasta do drugiego jakieś 15min pociągiem, trzeba było tylko dostać się do Będzina. 32km, które dzielą miejsce mojej pobudki z Będzinem przyszłoby mi pokonywać ok. 3 godzin pociągiem, więc kolejny raz korzystam z usług ojca. Do Będzina przybywamy nieoczekiwanie bardzo szybko i sprawnie, co powoduje, że jestem na miejscu sporo przed czasem. Postanawiam zwiedzić pobliski stadion miejski, na którym swoje spotkania rozgrywa miejscowa Sarmacja, poczytać nieodłączny dodatek Dziennika Zachodniego. Na półtora godziny przed rozpoczęciem etapu zjawiają się pierwsze ekipy, przy autobusie Radioshack wyczajam dwóch kolekcjonerów ze zdjęciami, więc szybka podbitka do nich, co tam mają ciekawego i czy wiedzą kto jest kto (patrz B. Stinson!). Po krótkiej rozmowie, jeden z nich stwierdza „a, ty chyba jesteś gollaz z kolekcja24!”. Trafiony, zatopiony. Kolekcjonerami okazali się aumiler oraz jego brat. Chwilę rozmawiamy, ale trzeba brać się do ciężkiej roboty, na pierwszy ogień idzie Astana, gdzie szybko skolegowałem się z włoskim kierowcą autobusu. On ani słowa po angielsku, ja po włosku kilka przekleństw, więc dogadaliśmy się szybko i komplet autografów Astany zdobyty. Z czasem pojawiają się kolejne autografy, jeden tu, drugi tam, m.in. trzykrotnego medalisty olimpijskiego Viatcheslava Ekimova (zwanego także Efimkinem), Alexa Rassmusena, którego przyszło mi lekko gonić (czekając przy autobusie HTC widziałem jego rower z przodu busu, czekałem przy drzwiach, a Alex w tym czasie załatwiał co trzeba w pobliskich krzakach) i kilku innych, lepszych lub gorszych zawodników. 5 minut przed startem zaczyna się ulewa i postanawiam zerwać się na pociąg do Katowic, gdzie byłem umówiony z Karolem, forumowym śmietaną.

Katowice

Katowice

W Katowicach jestem przed Karolem, a przynajmniej tak mi się wtedy wydawało, więc jeszcze szama na spokojnie i idę poczekać na niego na peronie. Oczywiście to on już na mnie czekał. Po mojej strefie bufetu plan był taki by udać się na strefę bufetów kolarzy zebrać jakieś bidony. Peleton dopiero wjechał do Katowic, miał jeszcze sporo kilometrów do pokonania więc spokojnie zmierzamy tam gdzie powinny czekać na swoich kolarzy ekipy. Kolarze mijają nas raz, drugi, trzeci, a my dalej idziemy w koło rundy i strefy bufetu brak. W końcu, gdy udaje się nam ją znaleźć to już trzeba się było zwijać na metę. Zdobywamy po bidonie Vacansoleil (kolarze piją z niego olej, jak sama nazwa wskazuje!), ja jeszcze Skya, który trafia pod moje nogi, a Karol De Rossy – Ceramica Flaminia (dla kolesia, który też taki otrzymał było to spełnienie marzeń, zawsze chciał mieć bidon reprezentacji Polski!). Na metę docieramy idealnie o czasie, finiszu oczywiście nie widzimy, ale na szczęście znajdujemy parking z niektórymi busami. Na miejscu jest już aumiler, zjeżdżają się cykliści, ja zbieram kilka, Karol trochę więcej, hitem był Mr. Żi (Ji Cheng), który przyjechał jako ostatni. Można powiedzieć, że były to jego ostatni podrygi w wyścigu, bo na następnym etapie wycofał się już po kilku minutach jazdy. Przy mecie zbieramy jeszcze zwycięzcę etapu Kittela, Karol jeszcze kilku Polaków. Umawiamy się na sobotę na Kraków, ja zabieram się z kumplami do domu autem, Karol pociągiem. Znowu ponad 50 autografów zdobytych + 2 bidony. Jest dobrze.

Kraków

Kraków

Po kilku dniach przerwy z Karolem meldujemy się w Krakowie. Sobota, krótki, ostatni etap, na szczęście wszystko w jednym miejscu. Podróż mija powoli, ale bez zbędnych opóźnień. Chwilę po wyjściu z dworca atakuje nas, poniekąd miła, przedstawicielka głównego sponsora wyścigu, proponując mojej skromnej osobie wzięcie udziału w krótkiej ankiecie z możliwym wygraniem pobytu w czterogwiazdkowym hotelu z SPA. Jako osoba, znająca wszystkie odpowiedzi na potencjalne pytania dotyczące TdP chętnie godzę się na udzielenie kilku. Pytania były arcytrudne, jednak nie z takimi rzeczami człowiek sobie radził.
- Czy wie Pan, kto jest głównym sponsorem TdP?
- Oczywiście!
- Yyy, no dobrze, a czy wie Pan, że Skandia, która właśnie jest głównym sponsorem TdP już od 150 lat proponuje…
- Teraz właśnie o tym czytaliśmy!
- Czy chciałby Pan poznać ofertę jaką proponuje Panu Skandia?
- Oczywiście…, że nie!
Jeszcze tylko musiałem podać dane (Pani nie skorzystała z oferty, by wpisać swoje dane i pojechać do spa), więc w nagrodę dostała lekko zmodyfikowane moje i ruszamy dalej. Ledwo zrobiliśmy kilka kroków, a już spotykamy aumilera z bratem i ojcem. Karol prawie by się zgubił, ale zachował czujność. Okrężną (a jakże mogłoby być inaczej?) drogą ruszamy w stronę Błoń, gdzie przy stadionie Wisły usytuowany był parking dla ekip. Pod parkingiem od strony Błoń spotykamy dwóch kolekcjonerów, z którymi potem mam przyjemność oglądać wyścig, na pytanie czy to na pewno dobry parking, odpowiadają, że chyba tak. Doświadczenie nabyte na zeszłorocznym zlocie mówi nam, że po drugiej stronie jest jeszcze jeden parking i nasze przeczucia okazują się słuszne. Widzimy autobus techniczny Saxo, czekających na reprezentację Polski kilku fanów i tyle… Na dodatek przejeżdża bus CCC i jedzie gdzie indziej, reprezentacja podjeżdża na chwilę, Karol zdobywa jeden autograf i Polacy odjeżdżają. Lekki napad paniki, iść na rynek czy czekać jeszcze? Karol znając skuteczność moich krakowskich wyborów stwierdza, że zostajemy, co okazało się w 100% słuszne. Po pewnym czasie pojawiają się kolejne ekipy (w tym Astana, z moim ulubionym kierowcą), oprócz kilku, które podobno są pod Cracovią, Karol zbiera dużo, ja powoli kompletuję brakujące autografy, śmietanie udaje się zebrać osobiście 2 autografy kolarzy, których nie było na miejscu oraz Mr. Crasha! Przed startem Karol znika w nieznanych okolicznościach, ja natomiast kieruję się na śniadanie (w końcu już była prawie 16) i na trasę. W trakcie wyścigu zdobywam jeszcze kilka bidonów, breloczek do kluczy CCC i na spokojnie oglądam rywalizację. Po etapie udaje mi się zebrać jeszcze kilka autografów, od p. Ekimova dostaję dokładny program TdP, z aumilerem czekamy jeszcze na zwycięzcę klasyfikacji górskiej, wspomnianego wcześniej Michała Gołasia, w tym czasie z pobliskiego baru dolatują nas odgłosy radości z zdobycia przez Wisłę bramki na 1-1 w meczu z warszawską Polonią. Michał podzielił losy Karola, więc odprowadzam jeszcze trochę aumilera i tramwajem wracam pod dworzec. Jeszcze tylko obiad w galerii, gdzie spotykam braci Skorupskich, szybkie zakupy wody mineralnej, które zamieniły się w czteropak Żywca i nagle, ni stąd, ni zowąd odnajduje się na dworcu zagubiony Karol. Powrót w miarę spokojny, oprócz fatamorgany jednego z towarzyszy podróży, któremu z braku napojów objawiły się po drodze Tychy. Ostatni dzień na TdP pozytywnie kończy świetne 3 dni i wypada tylko czekać na następny rok.

 

WPIS AUTORSTWA GOLLAZA

Tres jours de Pologne.
Skoro na blogu posucha, a wszyscy mogą opisać swoje szalone przygody ze zbierania autografów to i moją (plus kilku innych osobników, zbieżność nazwisk przypadkowa) skromną historię przedstawię. Jestem w pracy, więc czasu na pisanie mam sporo :)
Plan na wakacje był w stu procentach podporządkowany dwóm wydarzeniom, zlotowi w Pradze, o którym możecie przeczytać (lub będziecie mogli) oraz naszemu jedynemu poważnemu wyścigowi kolarskiemu, zwanemu z polskiego Tour de Pologne. Urlop zaplanowany już dawno, szkolenie u jedynego polskiego zawodowego kolekcjonera z zasad BHP odbyte, wprawdzie biegowo jeszcze odstaję, ale wszystko przede mną. A poza tym w wakacje ciężka praca!
Przygotowania rozpoczęte już w czwartek, na pierwszy ogień idzie lista startowa, wykreślanie autografów już posiadanych, zaznaczanie głównych celów, ale zbieramy wszystko, stara zasada ze zlotu w Krakowie mówi, że im więcej tym lepiej i nie zbiera się na jakość, tylko na ilość! Piątek to przygotowywanie, gdzieniegdzie już legendarnych, ramek, wykupienie całego asortymentu kart pocztowych na głównej poczcie w Rudzie Śląskiej (w ilości 9 – słownie dziewięć) i wyjazd w stronę Częstochowy do rodziców. Dostęp na tym zadupiu do netu trochę ograniczony, ale niedziela wita mnie kacem, kilkoma zmianami na liście startowej, później także pośrednią informacją od niejakiego Mateusza, że w kilku teamach dyrektorami są medaliści IO. Szybkie poprawki i przygotowany znacznie lepiej niż w roku poprzednim mogę ruszać do boju.
Poniedziałek, czyli dzień pierwszy to 2 etap z Częstochowy do Dąbrowy Górniczej. Mój ciężko nudzący się na emeryturze ojciec deklaruje, że pojedzie ze mną i szybko oraz oszczędnie melduję się na starcie. Bez problemów trafiamy na start, gdzie część ekip już się zebrała. Pogoda strasznie niepewna, opady przekreśliłby plan, ale nawet po jakimś czasie wychodzi słońce. Fortuna nam sprzyja. Jak mówi Barney Stinson „I only have one rule”, czyli znajdź sobie kogoś, kto pozbiera grafy za ciebie, a jeśli nie to przynajmniej ogarnie kto jest kim. Po pozbieraniu autografu Lecha (Leszka wg TVP) Piaseckiego (starszy Pan, któremu pożyczyłem długopis zebrał sobie też jego autograf „Mistrzu, napisz dla Czesława i daj autograf! Ale napisz Pan też nazwisko, bo skąd mam wiedzieć kim jesteś!”) oraz kilku kolarzy Vacansoleil z Michałem Gołasiem w składzie („Hallo, could you sign?” spytał gollaz w tamtym roku Pana Michała, w tym roku postanowił nie popełnić podobnej gafy, ale postanowienia postanowieniami, a przyzwyczajenie pozostają, tym razem Michał nie raczył skomentować, w tamtym roku stwierdził „a ja akurat jestem Polakiem!”) znalazłem oczywiście taką osobę. W międzyczasie jeszcze ogarniam kilku kolarzy CCC oraz reprezentacji Polski, którzy z powodów finansowych przygotowywać do etapów muszą się na świeżym powietrzu. Ciekawe czy w tych busikach mają zezwolenie na przewóz tylu osób? Zasłyszana historyjka mówi, że związku nie stać nawet na reprezentacyjne rowery, więc kolarze jechali na klubowych. Zbieranie z moim nowym kolegą, który wiedział, kto, gdzie i kiedy przebiegało bardzo sprawnie. Kto odwiedził kiedyś miasto medalikarzy, ten wie jak wygląda ulica NMP, gdzie stały busy ekip. Dla kolekcjonera to jak gwiazdka w lato, nic tylko przebierać w potencjalnych celach. Po kilkukrotnym przejściu od początku do końca całej kolumny stwierdzam, że najlepiej ulokować się w jednym miejscu. Wypadło gdzieś w połowie stawki, wręcz idealnie, bo koło siebie ustawione były busy Katiuszy, Garmin, Liquigasu i Quick Stepu z takimi gwiazdami jak Tom Boonen, Danielo Di Luca, Luca Paolini czy Michaele Scarponi, tam zostaję aż do startu. W pierwszy dzień udało się zebrać ponad 60 autografów, co pozwalało patrzeć optymistycznie w przyszłość.
Wtorek i etap nr 3. Będzin – Katowice. Z jednego miasta do drugiego jakieś 15min pociągiem, trzeba było tylko dostać się do Będzina. 32km, które dzielą miejsce mojej pobudki z Będzinem przyszłoby mi pokonywać ok. 3 godzin pociągiem, więc kolejny raz korzystam z usług ojca. Do Będzina przybywamy nieoczekiwanie bardzo szybko i sprawnie, co powoduje, że jestem na miejscu sporo przed czasem. Postanawiam zwiedzić pobliski stadion miejski, na którym swoje spotkania rozgrywa miejscowa Sarmacja, poczytać nieodłączny dodatek Dziennika Zachodniego. Na półtora godziny przed rozpoczęciem etapu zjawiają się pierwsze ekipy, przy autobusie Radioshack wyczajam dwóch kolekcjonerów ze zdjęciami, więc szybka podbitka do nich, co tam mają ciekawego i czy wiedzą kto jest kto (patrz B. Stinson!). Po krótkiej rozmowie, jeden z nich stwierdza „a, ty chyba jesteś gollaz z kolekcja24!”. Trafiony, zatopiony. Kolekcjonerami okazali się aumiler oraz jego brat. Chwilę rozmawiamy, ale trzeba brać się do ciężkiej roboty, na pierwszy ogień idzie Astana, gdzie szybko skolegowałem się z włoskim kierowcą autobusu. On ani słowa po angielsku, ja po włosku kilka przekleństw, więc dogadaliśmy się szybko i komplet autografów Astany zdobyty. Z czasem pojawiają się kolejne autografy, jeden tu, drugi tam, m.in. trzykrotnego medalisty olimpijskiego Viatcheslava Ekimova (zwanego także Efimkinem), Alexa Rassmusena, którego przyszło mi lekko gonić (czekając przy autobusie HTC widziałem jego rower z przodu busu, czekałem przy drzwiach, a Alex w tym czasie załatwiał co trzeba w pobliskich krzakach) i kilku innych, lepszych lub gorszych zawodników. 5 minut przed startem zaczyna się ulewa i postanawiam zerwać się na pociąg do Katowic, gdzie byłem umówiony z Karolem, forumowym śmietaną. W Katowicach jestem przed Karolem, a przynajmniej tak mi się wtedy wydawało, więc jeszcze szama na spokojnie i idę poczekać na niego na peronie. Oczywiście to on już na mnie czekał. Po mojej strefie bufetu plan był taki by udać się na strefę bufetów kolarzy zebrać jakieś bidony. Peleton dopiero wjechał do Katowic, miał jeszcze sporo kilometrów do pokonania więc spokojnie zmierzamy tam gdzie powinny czekać na swoich kolarzy ekipy. Kolarze mijają nas raz, drugi, trzeci, a my dalej idziemy w koło rundy i strefy bufetu brak. W końcu, gdy udaje się nam ją znaleźć to już trzeba się było zwijać na metę. Zdobywamy po bidonie Vacansoleil (kolarze piją z niego olej, jak sama nazwa wskazuje!), ja jeszcze Skya, który trafia pod moje nogi, a Karol De Rossy – Ceramica Flaminia (dla kolesia, który też taki otrzymał było to spełnienie marzeń, zawsze chciał mieć bidon reprezentacji Polski!). Na metę docieramy idealnie o czasie, finiszu oczywiście nie widzimy, ale na szczęście znajdujemy parking z niektórymi busami. Na miejscu jest już aumiler, zjeżdżają się cykliści, ja zbieram kilka, Karol trochę więcej, hitem był Mr. Żi (Ji Cheng), który przyjechał jako ostatni. Można powiedzieć, że były to jego ostatni podrygi w wyścigu, bo na następnym etapie wycofał się już po kilku minutach jazdy. Przy mecie zbieramy jeszcze zwycięzcę etapu Kittela, Karol jeszcze kilku Polaków. Umawiamy się na sobotę na Kraków, ja zabieram się z kumplami do domu autem, Karol pociągiem. Znowu ponad 50 autografów zdobytych + 2 bidony. Jest dobrze.
Po kilku dniach przerwy z Karolem meldujemy się w Krakowie. Sobota, krótki, ostatni etap, na szczęście wszystko w jednym miejscu. Podróż mija powoli, ale bez zbędnych opóźnień. Chwilę po wyjściu z dworca atakuje nas, poniekąd miła, przedstawicielka głównego sponsora wyścigu, proponując mojej skromnej osobie wzięcie udziału w krótkiej ankiecie z możliwym wygraniem pobytu w czterogwiazdkowym hotelu z SPA. Jako osoba, znająca wszystkie odpowiedzi na potencjalne pytania dotyczące TdP chętnie godzę się na udzielenie kilku. Pytania były arcytrudne, jednak nie z takimi rzeczami człowiek sobie radził.
- Czy wie Pan, kto jest głównym sponsorem TdP?
- Oczywiście!
- Yyy, no dobrze, a czy wie Pan, że Skandia, która właśnie jest głównym sponsorem TdP już od 150 lat proponuje…
- Teraz właśnie o tym czytaliśmy!
- Czy chciałby Pan poznać ofertę jaką proponuje Panu Skandia?
- Oczywiście…, że nie!
Jeszcze tylko musiałem podać dane (Pani nie skorzystała z oferty, by wpisać swoje dane i pojechać do spa), więc w nagrodę dostała lekko zmodyfikowane moje i ruszamy dalej. Ledwo zrobiliśmy kilka kroków, a już spotykamy aumilera z bratem i ojcem. Karol prawie by się zgubił, ale zachował czujność. Okrężną (a jakże mogłoby być inaczej?) drogą ruszamy w stronę Błoń, gdzie przy stadionie Wisły usytuowany był parking dla ekip. Pod parkingiem od strony Błoń spotykamy dwóch kolekcjonerów, z którymi potem mam przyjemność oglądać wyścig, na pytanie czy to na pewno dobry parking, odpowiadają, że chyba tak. Doświadczenie nabyte na zeszłorocznym zlocie mówi nam, że po drugiej stronie jest jeszcze jeden parking i nasze przeczucia okazują się słuszne. Widzimy autobus techniczny Saxo, czekających na reprezentację Polski kilku fanów i tyle… Na dodatek przejeżdża bus CCC i jedzie gdzie indziej, reprezentacja podjeżdża na chwilę, Karol zdobywa jeden autograf i Polacy odjeżdżają. Lekki napad paniki, iść na rynek czy czekać jeszcze? Karol znając skuteczność moich krakowskich wyborów stwierdza, że zostajemy, co okazało się w 100% słuszne. Po pewnym czasie pojawiają się kolejne ekipy (w tym Astana, z moim ulubionym kierowcą), oprócz kilku, które podobno są pod Cracovią, Karol zbiera dużo, ja powoli kompletuję brakujące autografy, śmietanie udaje się zebrać osobiście 2 autografy kolarzy, których nie było na miejscu oraz Mr. Crasha! Przed startem Karol znika w nieznanych okolicznościach, ja natomiast kieruję się na śniadanie (w końcu już była prawie 16) i na trasę. W trakcie wyścigu zdobywam jeszcze kilka bidonów, breloczek do kluczy CCC i na spokojnie oglądam rywalizację. Po etapie udaje mi się zebrać jeszcze kilka autografów, od p. Ekimova dostaję dokładny program TdP, z aumilerem czekamy jeszcze na zwycięzcę klasyfikacji górskiej, wspomnianego wcześniej Michała Gołasia, w tym czasie z pobliskiego baru dolatują nas odgłosy radości z zdobycia przez Wisłę bramki na 1-1 w meczu z warszawską Polonią. Michał podzielił losy Karola, więc odprowadzam jeszcze trochę aumilera i tramwajem wracam pod dworzec. Jeszcze tylko obiad w galerii, gdzie spotykam braci Skorupskich, szybkie zakupy wody mineralnej, które zamieniły się w czteropak Żywca i nagle, ni stąd, ni zowąd odnajduje się na dworcu zagubiony Karol. Powrót w miarę spokojny, oprócz fatamorgany jednego z towarzyszy podróży, któremu z braku napojów objawiły się po drodze Tychy. Ostatni dzień na TdP pozytywnie kończy świetne 3 dni i wypada tylko czekać na następny rok.Tres jours de Pologne. 

Skoro na blogu posucha, a wszyscy mogą opisać swoje szalone przygody ze zbierania autografów to i moją (plus kilku innych osobników, zbieżność nazwisk przypadkowa) skromną historię przedstawię. Jestem w pracy, więc czasu na pisanie mam sporo :)

Plan na wakacje był w stu procentach podporządkowany dwóm wydarzeniom, zlotowi w Pradze, o którym możecie przeczytać (lub będziecie mogli) oraz naszemu jedynemu poważnemu wyścigowi kolarskiemu, zwanemu z polskiego Tour de Pologne. Urlop zaplanowany już dawno, szkolenie u jedynego polskiego zawodowego kolekcjonera z zasad BHP odbyte, wprawdzie biegowo jeszcze odstaję, ale wszystko przede mną. A poza tym w wakacje ciężka praca!

Przygotowania rozpoczęte już w czwartek, na pierwszy ogień idzie lista startowa, wykreślanie autografów już posiadanych, zaznaczanie głównych celów, ale zbieramy wszystko, stara zasada ze zlotu w Krakowie mówi, że im więcej tym lepiej i nie zbiera się na jakość, tylko na ilość! Piątek to przygotowywanie, gdzieniegdzie już legendarnych, ramek, wykupienie całego asortymentu kart pocztowych na głównej poczcie w Rudzie Śląskiej (w ilości 9 – słownie dziewięć) i wyjazd w stronę Częstochowy do rodziców. Dostęp na tym zadupiu do netu trochę ograniczony, ale niedziela wita mnie kacem, kilkoma zmianami na liście startowej, później także pośrednią informacją od niejakiego Mateusza, że w kilku teamach dyrektorami są medaliści IO. Szybkie poprawki i przygotowany znacznie lepiej niż w roku poprzednim mogę ruszać do boju.

Poniedziałek, czyli dzień pierwszy to 2 etap z Częstochowy do Dąbrowy Górniczej. Mój ciężko nudzący się na emeryturze ojciec deklaruje, że pojedzie ze mną i szybko oraz oszczędnie melduję się na starcie. Bez problemów trafiamy na start, gdzie część ekip już się zebrała. Pogoda strasznie niepewna, opady przekreśliłby plan, ale nawet po jakimś czasie wychodzi słońce. Fortuna nam sprzyja. Jak mówi Barney Stinson „I only have one rule”, czyli znajdź sobie kogoś, kto pozbiera grafy za ciebie, a jeśli nie to przynajmniej ogarnie kto jest kim. Po pozbieraniu autografu Lecha (Leszka wg TVP) Piaseckiego (starszy Pan, któremu pożyczyłem długopis zebrał sobie też jego autograf „Mistrzu, napisz dla Czesława i daj autograf! Ale napisz Pan też nazwisko, bo skąd mam wiedzieć kim jesteś!”) oraz kilku kolarzy Vacansoleil z Michałem Gołasiem w składzie („Hallo, could you sign?” spytał gollaz w tamtym roku Pana Michała, w tym roku postanowił nie popełnić podobnej gafy, ale postanowienia postanowieniami, a przyzwyczajenie pozostają, tym razem Michał nie raczył skomentować, w tamtym roku stwierdził „a ja akurat jestem Polakiem!”) znalazłem oczywiście taką osobę. W międzyczasie jeszcze ogarniam kilku kolarzy CCC oraz reprezentacji Polski, którzy z powodów finansowych przygotowywać do etapów muszą się na świeżym powietrzu. Ciekawe czy w tych busikach mają zezwolenie na przewóz tylu osób? Zasłyszana historyjka mówi, że związku nie stać nawet na reprezentacyjne rowery, więc kolarze jechali na klubowych. Zbieranie z moim nowym kolegą, który wiedział, kto, gdzie i kiedy przebiegało bardzo sprawnie. Kto odwiedził kiedyś miasto medalikarzy, ten wie jak wygląda ulica NMP, gdzie stały busy ekip. Dla kolekcjonera to jak gwiazdka w lato, nic tylko przebierać w potencjalnych celach. Po kilkukrotnym przejściu od początku do końca całej kolumny stwierdzam, że najlepiej ulokować się w jednym miejscu. Wypadło gdzieś w połowie stawki, wręcz idealnie, bo koło siebie ustawione były busy Katiuszy, Garmin, Liquigasu i Quick Stepu z takimi gwiazdami jak Tom Boonen, Danielo Di Luca, Luca Paolini czy Michaele Scarponi, tam zostaję aż do startu. W pierwszy dzień udało się zebrać ponad 60 autografów, co pozwalało patrzeć optymistycznie w przyszłość.

Wtorek i etap nr 3. Będzin – Katowice. Z jednego miasta do drugiego jakieś 15min pociągiem, trzeba było tylko dostać się do Będzina. 32km, które dzielą miejsce mojej pobudki z Będzinem przyszłoby mi pokonywać ok. 3 godzin pociągiem, więc kolejny raz korzystam z usług ojca. Do Będzina przybywamy nieoczekiwanie bardzo szybko i sprawnie, co powoduje, że jestem na miejscu sporo przed czasem. Postanawiam zwiedzić pobliski stadion miejski, na którym swoje spotkania rozgrywa miejscowa Sarmacja, poczytać nieodłączny dodatek Dziennika Zachodniego. Na półtora godziny przed rozpoczęciem etapu zjawiają się pierwsze ekipy, przy autobusie Radioshack wyczajam dwóch kolekcjonerów ze zdjęciami, więc szybka podbitka do nich, co tam mają ciekawego i czy wiedzą kto jest kto (patrz B. Stinson!). Po krótkiej rozmowie, jeden z nich stwierdza „a, ty chyba jesteś gollaz z kolekcja24!”. Trafiony, zatopiony. Kolekcjonerami okazali się aumiler oraz jego brat. Chwilę rozmawiamy, ale trzeba brać się do ciężkiej roboty, na pierwszy ogień idzie Astana, gdzie szybko skolegowałem się z włoskim kierowcą autobusu. On ani słowa po angielsku, ja po włosku kilka przekleństw, więc dogadaliśmy się szybko i komplet autografów Astany zdobyty. Z czasem pojawiają się kolejne autografy, jeden tu, drugi tam, m.in. trzykrotnego medalisty olimpijskiego Viatcheslava Ekimova (zwanego także Efimkinem), Alexa Rassmusena, którego przyszło mi lekko gonić (czekając przy autobusie HTC widziałem jego rower z przodu busu, czekałem przy drzwiach, a Alex w tym czasie załatwiał co trzeba w pobliskich krzakach) i kilku innych, lepszych lub gorszych zawodników. 5 minut przed startem zaczyna się ulewa i postanawiam zerwać się na pociąg do Katowic, gdzie byłem umówiony z Karolem, forumowym śmietaną. W Katowicach jestem przed Karolem, a przynajmniej tak mi się wtedy wydawało, więc jeszcze szama na spokojnie i idę poczekać na niego na peronie. Oczywiście to on już na mnie czekał. Po mojej strefie bufetu plan był taki by udać się na strefę bufetów kolarzy zebrać jakieś bidony. Peleton dopiero wjechał do Katowic, miał jeszcze sporo kilometrów do pokonania więc spokojnie zmierzamy tam gdzie powinny czekać na swoich kolarzy ekipy. Kolarze mijają nas raz, drugi, trzeci, a my dalej idziemy w koło rundy i strefy bufetu brak. W końcu, gdy udaje się nam ją znaleźć to już trzeba się było zwijać na metę. Zdobywamy po bidonie Vacansoleil (kolarze piją z niego olej, jak sama nazwa wskazuje!), ja jeszcze Skya, który trafia pod moje nogi, a Karol De Rossy – Ceramica Flaminia (dla kolesia, który też taki otrzymał było to spełnienie marzeń, zawsze chciał mieć bidon reprezentacji Polski!). Na metę docieramy idealnie o czasie, finiszu oczywiście nie widzimy, ale na szczęście znajdujemy parking z niektórymi busami. Na miejscu jest już aumiler, zjeżdżają się cykliści, ja zbieram kilka, Karol trochę więcej, hitem był Mr. Żi (Ji Cheng), który przyjechał jako ostatni. Można powiedzieć, że były to jego ostatni podrygi w wyścigu, bo na następnym etapie wycofał się już po kilku minutach jazdy. Przy mecie zbieramy jeszcze zwycięzcę etapu Kittela, Karol jeszcze kilku Polaków. Umawiamy się na sobotę na Kraków, ja zabieram się z kumplami do domu autem, Karol pociągiem. Znowu ponad 50 autografów zdobytych + 2 bidony. Jest dobrze.

Po kilku dniach przerwy z Karolem meldujemy się w Krakowie. Sobota, krótki, ostatni etap, na szczęście wszystko w jednym miejscu. Podróż mija powoli, ale bez zbędnych opóźnień. Chwilę po wyjściu z dworca atakuje nas, poniekąd miła, przedstawicielka głównego sponsora wyścigu, proponując mojej skromnej osobie wzięcie udziału w krótkiej ankiecie z możliwym wygraniem pobytu w czterogwiazdkowym hotelu z SPA. Jako osoba, znająca wszystkie odpowiedzi na potencjalne pytania dotyczące TdP chętnie godzę się na udzielenie kilku. Pytania były arcytrudne, jednak nie z takimi rzeczami człowiek sobie radził.
- Czy wie Pan, kto jest głównym sponsorem TdP?
- Oczywiście!
- Yyy, no dobrze, a czy wie Pan, że Skandia, która właśnie jest głównym sponsorem TdP już od 150 lat proponuje…
- Teraz właśnie o tym czytaliśmy!
- Czy chciałby Pan poznać ofertę jaką proponuje Panu Skandia?
- Oczywiście…, że nie!
Jeszcze tylko musiałem podać dane (Pani nie skorzystała z oferty, by wpisać swoje dane i pojechać do spa), więc w nagrodę dostała lekko zmodyfikowane moje i ruszamy dalej. Ledwo zrobiliśmy kilka kroków, a już spotykamy aumilera z bratem i ojcem. Karol prawie by się zgubił, ale zachował czujność. Okrężną (a jakże mogłoby być inaczej?) drogą ruszamy w stronę Błoń, gdzie przy stadionie Wisły usytuowany był parking dla ekip. Pod parkingiem od strony Błoń spotykamy dwóch kolekcjonerów, z którymi potem mam przyjemność oglądać wyścig, na pytanie czy to na pewno dobry parking, odpowiadają, że chyba tak. Doświadczenie nabyte na zeszłorocznym zlocie mówi nam, że po drugiej stronie jest jeszcze jeden parking i nasze przeczucia okazują się słuszne. Widzimy autobus techniczny Saxo, czekających na reprezentację Polski kilku fanów i tyle… Na dodatek przejeżdża bus CCC i jedzie gdzie indziej, reprezentacja podjeżdża na chwilę, Karol zdobywa jeden autograf i Polacy odjeżdżają. Lekki napad paniki, iść na rynek czy czekać jeszcze? Karol znając skuteczność moich krakowskich wyborów stwierdza, że zostajemy, co okazało się w 100% słuszne. Po pewnym czasie pojawiają się kolejne ekipy (w tym Astana, z moim ulubionym kierowcą), oprócz kilku, które podobno są pod Cracovią, Karol zbiera dużo, ja powoli kompletuję brakujące autografy, śmietanie udaje się zebrać osobiście 2 autografy kolarzy, których nie było na miejscu oraz Mr. Crasha! Przed startem Karol znika w nieznanych okolicznościach, ja natomiast kieruję się na śniadanie (w końcu już była prawie 16) i na trasę. W trakcie wyścigu zdobywam jeszcze kilka bidonów, breloczek do kluczy CCC i na spokojnie oglądam rywalizację. Po etapie udaje mi się zebrać jeszcze kilka autografów, od p. Ekimova dostaję dokładny program TdP, z aumilerem czekamy jeszcze na zwycięzcę klasyfikacji górskiej, wspomnianego wcześniej Michała Gołasia, w tym czasie z pobliskiego baru dolatują nas odgłosy radości z zdobycia przez Wisłę bramki na 1-1 w meczu z warszawską Polonią. Michał podzielił losy Karola, więc odprowadzam jeszcze trochę aumilera i tramwajem wracam pod dworzec. Jeszcze tylko obiad w galerii, gdzie spotykam braci Skorupskich, szybkie zakupy wody mineralnej, które zamieniły się w czteropak Żywca i nagle, ni stąd, ni zowąd odnajduje się na dworcu zagubiony Karol. Powrót w miarę spokojny, oprócz fatamorgany jednego z towarzyszy podróży, któremu z braku napojów objawiły się po drodze Tychy. Ostatni dzień na TdP pozytywnie kończy świetne 3 dni i wypada tylko czekać na następny rok.

 

 

Praha!

wtorek, 9 Sierpień 2011

Drugi Ogólnopolski Zlot Forumowiczów kolekcja24.pl

Drugi Ogólnopolski Zlot Forumowiczów kolekcja24.pl

Introduction.

W dniach 14-18 lipca odbył się Drugi Ogólnopolski Zlot Forumowiczów kolekcja24.pl, dlatego też postanowiłem podzielić naszą historię na rozdziały, każdy odpowiadający poszczególnym dniom. Pragnę od razu zaznaczyć, że historia dla czytających może być nudna, ale proszę mi wierzyć: nudno nie było.

 

Chapter One: 14.07.2011, Co to jest trzy godziny?

Łódź Kaliska - Łódź Widzew w 2 godziny

Łódź Kaliska - Łódź Widzew w 2 godziny

Wszystko zaczęło się w czwartek w godzinach porannych (przynajmniej w moim przypadku). Godzina 7:08 pociąg zmierzający do Bielska-Białej zatrzymuje się w Kędzierzynie-Koźlu. Nie pozostawało mi nic innego jak wsiąść do środka. Wszystko szło zgodnie z planem – dużo wolnego miejsca, bezproblemowa podróż, muzyka na uszach – aż do wiadomości zwrotnej od Maniego, w której nasz administrator oświadczył, że on i podróżujący wraz z nim Pulpet i H7 mają opóźnienie. Po godzinie 10:40 wysiadłem w Cieszynie, miejscu gdzie wszyscy mieli na mnie już czekać. Okazało się, że czekał tylko Jarząb. Natomiast wspomniana wyżej trójka plus Gollaz, który dołączył do nich w Katowicach ‘podróżowała’ dalej. W międzyczasie wraz z Maćkiem (czyt. Jarząbem) porozmawialiśmy o wielu sprawach związanych ze sportem, kolekcjonerstwem, dodatkowo starczyło nam czasu by wypić piwo, legalnie bądź nie. (Dla wyjaśnienia dodam, że było po 12:00). Reszta uczestników zlotu dołączyła do nas z drobnym opóźnieniem. Z drobnym, bo tylko trzygodzinnym. W drodze na dworzec kupiliśmy prowiant na czas podróży oraz zahaczyliśmy o lokal z kebabami, gdzie Wietnamczycy dorzucili parę frytek na dno bułki! Kto wie, może dodali coś jeszcze..

 

Mkniemy po Czechach

Mkniemy po Czechach

Z Czeskiego Cieszyna ruszyliśmy kilka minut po 15. Podróż rozpoczęła się bez zakłóceń. Szybko znaleźliśmy sobie wolny przedział, szybko też otworzyliśmy pierwsze butelki z … . Równie szybko, bo po około 23 minutach, pociąg się zatrzymał. Przez kilkanaście minut nie wiedzieliśmy czemu, ale jak się później okazało zabrakło prądu z powodu szalejącej burzy. Pociąg nie ruszał się z miejsca przez dłuższą chwilę, więc mieliśmy czas na dosłownie wszystko. Po trzech godzinach ‘express’ do Pragi wystartował po raz kolejny. Na szczęście od tego czasu pociąg zatrzymywał się już tylko na wyznaczonych stacjach, np. w ‘Ołumieńcu’, gdzie ponoć czekał Marek Heinz, ale nikt oprócz Pulpeta go nie widział.. Dalsza droga mijała nam już bez zbędnych zakłóceń i tak około 22 dotarliśmy do stolicy Republiki Czeskiej. Z Dworca głównego chcieliśmy dostać się do naszej noclegowni, gdzie czekała na nas, jak się później okazało bardzo miła i sympatyczna obsługa. O drogę na Zizkov (dzielnicę Pragi, gdzie znajdował się nasz hostel?) spytaliśmy jakiegoś faceta, który powiedział, że można tam dotrzeć w ‘five minutes zum fuß ‘. Jak się później okazało, gość nie miał racji, ale mimo wszystko dziękujemy za chęć pomocy! Jednak nie ‘zum fuß’, a tramwajem dostaliśmy się do ‘Ubytovni’. Po uiszczeniu opłaty, wypakowaniu bagaży, szybkiej kąpieli i jeszcze szybszym wyborze łóżek położyliśmy się spać.

 

Chapter Two: 15.07.2011, ‘I don’t know’ i ‘Black from Brazil’.

Sklepik Sparty Praga
Sklepik Sparty Praga

Na następny dzień obudziliśmy się bardzo wcześnie (cyt. ‘O siódmej macie już być przebrani i gotowi do wyjścia!’). Szybki prysznic, podczas którego ściana ukradła mi bokserki.. śniadanie i można ruszać. W planach mieliśmy zwiedzanie Starego Miasta, ale na wszelki wypadek wszyscy wzięli zdjęcia, karty czy kto co tam sobie przygotował do zbierania autografów. Pierwszym punktem w planie był stadion Sparty, następnie Stare Miasto, Most Karola, Hradczany i Strahov. Kilka przebytych kilometrów, kilka litrów różnego rodzaju napojów i po kilku godzinach tułaczki po centrum Pragi dotarliśmy na Velký strahovský stadion. Po rundce wokół stadionu oraz zrobieniu kilku zdjęć weszliśmy do wewnątrz największego stadionu piłkarskiego na świecie. W środku znajdują się boiska treningowe oraz budynek klubowy Sparty Praga. Na nasze szczęście trafiliśmy na trening pierwszej drużyny. Gdy ten się zakończył każdy z nas zebrał kogo tylko chciał. Każdy z nas zebrał po kilkanaście podpisów.

Forumowicze z Ivanem Haskiem

Forumowicze z Ivanem Haskiem

Po treningu usiedliśmy w lokalu znajdującym się w budynku klubowym. Ja (Roger), Mani i Gollaz popijając piwo oglądaliśmy jeden z etapów Tour de France, a Pulpet z Jarząbem poszli szukać siedziby Czeskiego Związku Piłkarskiego (CzeZetPeeN!). Gdy etap dobiegał końca otrzymaliśmy od nich telefon, że na jednym z pobliskich stadionów trenuje reprezentacja Arabii Saudyjskiej, która jak się później okazało była tylko klubem z ZEA – Al Ahly Dubai, gdzie w poprzednim sezonie grał Fabio Cannavaro, a obecnie występuje tam były król strzelców Bundesligi Grafite. Wychodząc z lokalu spotkaliśmy trenera Sparty i zebraliśmy od niego podpis na zdjęciu zostawionym przez Pulpeta. Pozdrowiliśmy pana Josefa i szybkim krokiem udaliśmy się w poszukiwania owego stadionu. Gdy tam dotarliśmy, trening już się kończył. Po krótkiej rozmowie z jednym z członków sztabu szkoleniowego i wyjaśnieniu przez niego, który to jest Jaja Coelho (cyt. ‘Black from Brazil’) – zaczęliśmy zbierać podpisy. Oczywiście w większości nie wiedzieliśmy kogo, ale to nie miało większego znaczenia. Podczas podpisywania mojej karty przez jednego zawodnika ‘niechcący’ go wyśmiałem (czyt. jego podpis), a on niczym się nie przejmując, zaśmiał się powiedział z uśmiechem na ustach ‘I don’t know’. Po czym wszyscy zgromadzeniu dookoła wybuchnęli śmiechem. Po zrobieniu sobie zdjęć z Grafite i Ivanem Haskiem, zebraniu podpisów od wszystkich zawodników udaliśmy się w podróż powrotną do noclegowni. W międzyczasie zrobiliśmy zakupy w sklepie, podczas której Mani kupił główną nagrodę do zbliżającego się turnieju pokera. Następnie kolacja, prysznic i wspomniany turniej, w którym wystąpił Roger, Mani oraz Gollaz. Reszta, czyli Pycio, Jarząb i Pulpet poszli spać. Gollaz odpadł pierwszy, ale wygrał nagrodę dnia – batonik ‘Roger’. Na placu boju pozostała tylko dwójka, walka była zacięta, ale ostatecznie wygrał Mani. Następnie wspomniana dwójka zajrzała do lodówki, wyciągnęła z niej małe co nieco i opróżnili. Po jakimś czasie dołączył do nich Pulpet, a na samym końcu Jarząb. Po czwartej było po wszystkim i wszyscy mogli pójść spać.

 

Chapter Three: 16.07.2011, ‘Pulpet zbieraj!’

Bohemians 1905 Praha

Bohemians 1905 Praha

Po całonocnych rozmowach niektórym nie było dane wstać na siódmą i trzeba było przełożyć wyjście na późniejsze godziny. Koło południa kupiliśmy kolejne bilety 24-godzinne i wsiedliśmy do tramwaju w kierunku centrum. W planach mieliśmy odwiedzeniu kilku innych stadionów znajdujących się w stolicy Czech. Pierwszym w rozkładzie było boisko należące do Viktorii Zizkov. Kilka fotek, krótka przerwa i ruszyliśmy dalej. Następny przystanek SynotTip Arena należąca do Slavii. I znowu to samo – zdjęcia, wędrówka dookoła stadionu i marsz na przystanek. Cel – stadion Bohemiansa 1905 (Darku, dziękujemy za adres!). Na miejscu czekał na nas Pavel Srnicek, bądź też Petr Kouba, który okazał się tylko Daliborem Slezakiem. Podczas krótkiej pogawędki dowiedzieliśmy się, że pana Panenki nie ma w klubie, więc nie mogliśmy go pozdrowić.

Plakat zachęcający do obejrzenia sparingów

Plakat zachęcający do obejrzenia sparingów

Następnie wybraliśmy się na stadion TJ Lokomotiva Praha, gdzie miał być rozegrany sparing pomiędzy Loko Vltavin a Spartą Praga. Byliśmy tam ponad dwie godziny za wcześnie, więc zjedliśmy sobie po kiełbasce, wypiliśmy po piwku i czekaliśmy na przyjazd piłkarzy. Pierwszy przyjechał trener Josef Chovanec, więc szybko wzięliśmy od niego po autografie. Następnie pojawił się autobus z piłkarzami. W międzyczasie każdy oprócz Rogera nabył programy meczowe, by móc w nich zbierać podpisy. I takim sposobem nasze zbiory się powiększyły. Szybko w programach znajdowały się podpisy Libora Sionki, Vaclava Kadleca, Vlastimilia Vidlicki, Tomasa Repki, Leonardo Kweuke oraz innych piłkarzy pierwszoligowca. Gdy Pulpet zebrał dziewiąty autograf od wspomnianego wyżej Kweuke mogliśmy spokojnie udać się gdzie indziej. I tak Pycio, Mani, Gollaz i właśnie Pulpet udali się na Strahov, gdzie sparing miała Reprezentacja Czech do lat 19 z rezerwami Sparty. Natomiast Roger i Jarząb zostali na pierwszej połowie meczu, by później dołączyć do reszty.

Sparing Sparta B - Czechy U19

Sparing Sparta B - Czechy U19

W czasie drugiego sparingu Pulpet zbierał podpisy od obecnych i byłych piłkarzy, a także od agentów sportowych. Czasami musiał się przebiec, ale co to człowiek nie zrobi dla kolejnego podpisu. Do naszych zbiorów dołączyły podpisy od ludzi tj: Martin Frydek, Zdenek Svoboda, Jiri Skalak, Roman Polom, Ladislav Krejci oraz Tomas Pekhart, który nie był Tomasem Pekhartem. Po udanych zbiorach udaliśmy się do ośrodka. Tradycyjnie szybka kolacja (tym razem trochę wolniejsza i droższa), kąpiel kilka partii w pokera i do łóżek.

 

Chapter Four: 17.08.2011, Niedzielny spacer.

Stadion nieDukli Praha

Stadion nieDukli Praha

Niedziela jest zazwyczaj takim dniem, w którym każdemu nic się nie chce. Dlatego też uczestnicy zlotu leżeli długo w łóżkach, tradycyjnie Roger przedłużał wyjście o kilkadziesiąt minut. Na ten dzień nie mieliśmy nic zaplanowane, więc trzeba było coś wykombinować. Golllaz zaproponował, że pojedziemy zobaczyć starą halę do hokeja oraz nową o nazwie O2 Arena. Pulpet dodał: ‘Może jeszcze ten stadion, który widać z tramwaju’. No to po kolei – tramwaj, metro, znowu metro no i jesteśmy. Niestety nikt nie wiedział dokładnie gdzie się znajdowaliśmy, więc musieliśmy spojrzeć na mapę. Gollaz odkrył gdzie może znajdować się wspomniana stara hala hokejowa. Niektórzy chętnie, niektórzy niechętnie, ale wszyscy ruszyli w drogę. Wycieczkę prowadził Gollaz, wraz z nim szli jeszcze Pycio i Pulpet, natomiast Mani, Jarząb oraz Roger mieli troszkę straty. W ‘grupetto’ trwały rozmowy na bardzo luźne tematy, było bardzo dużo śmiechu, ale nie obyło się bez drobnego narzekania na naszą niedzielną wyprawę. Nie narzekał tylko Roger, który lubi takie spacery, szczególnie jak mocno świeci słońce i idzie się wzdłuż rzeki. Po drodze mijaliśmy zapalonych rolkarzy, rowerzystów, biegaczy. Był także tor do kajakarstwa górskiego oraz boisko piłkarskie. Po przejściu na drugi brzeg rzeki zobaczyliśmy ‘czeski Służewiec’ i po następnych kilkunastu minutach doszliśmy do stadionu Dukli, albo jak to określił Pycio ‘nieDukli’. Tam zrobiliśmy sobie dłuższą przerwę i po kupnie pamiątkowej odznaki wędrowaliśmy dalej.

O2 Arena

O2 Arena

Kolejny cel – O2 Arena, więc znowu czekała nas podróż komunikacją miejską. Tym razem autobus i metro. Przed halę trafiliśmy bez problemu, zrobiliśmy sobie kilka zdjęć i weszliśmy do środka. Pulpet szukał wejścia na trybuny, ale niestety – bez pozytywnego rezultatu. W budynku znajdowała się galeria, gdzie mogliśmy zjeść coś gorącego oraz usiąść i odpocząć. W tym czasie każdy zjadł to na co miał ochotę, była ryba, kotlety, kebaby, a także hamburgery. Posiłek dobiegł końca, więc nie było co siedzieć. Forumowicze udali się w drogę powrotną do ośrodka. Jednak w trakcie jazdy metrem Jarząb zaproponował spacer po centrum Pragi. Tak też się stało. Minęliśmy kilka zabytkowych uliczek, aż trafiliśmy na rynek, gdzie swój popis dawali fanatycy hinduistycznej tradycji religijnej, wyśpiewując Hare Krishna, Hare, Hare… Po wypiciu piwa wróciliśmy do noclegowni, a tam możecie się sami domyślić co się działo – zielona noc wg Jarząba, a oprócz tego finał MŚ kobiet w piłce nożnej.

 

Chapter Five: 18.07.2011, ‘Ja Ci dam inglisz!’

Siedlisko Rzepy

Siedlisko Rzepy

Poranek tego dnia wyglądał zupełnie inaczej jak poprzednie. Podczas gdy Gollaz, Pycio i Jarząb   robili zakupy w centrum reszta spała w najlepsze. Tym razem pierwszy z pozostałej trójki wstał Roger, czym bardzo zaskoczony był Mani. Po szybkiej kąpieli wszyscy zaczęli się pakować, bo przecież tego dnia mieliśmy wracać do Polski. W międzyczasie do pokoju wbiegła jedna z właścicielek ośrodka i nas skrzyczała. Mani chciał z nią porozmawiać po angielsku, jednak usłyszał tylko: ‘Ja Ci dam inglisz!’ No niestety, trzeba było zagęszczać ruchy, bo jak się okazało doba hotelowa dobiegła końca. Wyszliśmy na korytarz i czekaliśmy na powrót Pycia i Gollaza. Gdy już wrócili mogliśmy spokojnie ruszyć na dworzec. Do odjazdu naszego pociągu została nam godzina, więc zrobiliśmy zakupy, by wydać pozostałe nam korony. W samo południe nasz pociąg podjechał na peron, po kilku minutach odjechał razem z nami na pokładzie. Zlot dobiegał końca.

Dotarliśmy do Polski

Dotarliśmy do Polski

W drodze nie obyło się bez pokera, którego tym razem wygrał Roger. Po ponad czterech godzinach podróży dotarliśmy do Cieszyna, tym razem obyło się bez zbędnych opóźnień. Po polskiej stronie Olzy zlotowicze podzielili się na dwie grupy: Mani, Jarząb i Pulpet pojechali do Krakowa autobusem, natomiast Pycio, Gollaz i Roger pociągiem do swoich miejsc zamieszkania. Drugi Ogólnopolski Zlot Forumowiczów kolekcja24.pl w Czechach dobiegł końca.

 

Conclusion.

Niech na zakończenie mojej notki posłużą słowa Agresora z poprzedniego roku: Było zajebiście, przeżyliśmy naprawdę fajne dni, historie do opowiadania mamy bogate, co zresztą widać po wpisie, mam nadzieję że w tym doborowym towarzystwie spotkamy się jeszcze nie raz, pogadamy, napijemy się i przy okazji pozbieramy jakąś drużynę.

Pozdrawiam,

Roger vel. śmietana.

 

Petarda w ręku Grzegorza

Petarda w ręku Grzegorza

Gollaz o zlocie:

Co mogę napisać o wakacjach w Pradze? Na troje babka wróżyła. Kowboje z całej Polski podbili Emiraty, żaden „black from Brazil” nie był im straszny, sto kursów tramwajami zaliczone jak i 98 schodów do Dukli. Nie wszystko wyszło jak miało, nie odwiedziliśmy siedliska rzepy, Petr Kouba był jakby nieswój, konie chodziły w miejscu, piwa były mocne jak Jarząb w tysiąca, zresztą pierwszorzędny kucharz. Hare Kryszna i ahoj pane Havranku!

‘To się w głowie nie mieści!’ czyli Pierwszy Ogólnopolski Zlot Forumowiczów kolekcja24.pl

poniedziałek, 26 Lipiec 2010

Prolog

Na początek kilka suchych informacji. Pierwszy Ogólnopolski Zlot Forumowiczów kolekcja24.pl trwał trzy dni (23-25.07.2010), odbył się w Krakowie i uczestniczyło w nim ośmiu forumowiczów. Dlatego myślę, że najlepiej będzie go przedstawić w trzech aktach, jak to bywa w przypadku komedii. Zapraszam serdecznie do lektury!

Akt I – piątek

Grabowska 6/3 i okolice
Grabowska 6/3 i okolice

W pociągu relacji Szczecin – Przemyśl spotkali się Agresor, Roger, Mani oraz Gollaz.. Dwaj pierwsi jechali z odpowiednio Opola i Kędzierzyna-Koźle, pozostali wsiedli w Katowicach. Było sympatycznie, pojawił się alkohol, luźne rozmowy o życiu, szydera z pewnej pani w okolicach Trzebini – ten pociąg jedzie do Krakowa? Nie! – i szydera z innych osób, wyłączając powyższą panią. Około godziny 18:00 zawitaliśmy w końcu do dawnej stolicy Polski i zaczęliśmy próbować sprowadzić w okolice peronu I dwóch innych forumowyczów – Gela oraz Pulpeta. Zamiast nich przyplątał się do nas pan Tadeusz, proponując nam tani nocleg. Na początku mieliśmy wątpliwości – niby tylko 20zł, niby bliżej do miasta niż ze schroniska, jednak musi tu być jakiś haczyk! Gollaz przekonał nas jednak, że haczyka nie ma i w ciemno wzięliśmy tani nocleg na ulicy Garbarskiej 6/3. Znaleźliśmy Pulpeta oraz Gela, Agresor zapalił papierosa, pan Tadeusz próbował przekonać do siebie Hindusów – hello visitors! do you want accomodation? why not? Następnie  zaprowadził nas do siebie, pokazał mieszkanie, zapoznał ze swoją małżonką, czyli panią Celiną, która zaczęła nas męczyć od samego początku i po jakiś 45 historiach o jej życiu i rodzinie, wypaleniu przez Agresora dwóch papierosów i lekkim rekonesansie mieszkania, postanowiliśmy się udać na mecz Wisły Kraków z KSZO na miasto.

Roger, Pulpet, Agresor, Gollaz, Gelu i Mani fotograf na Rynku w Krakowie
Roger, Pulpet, Agresor, Gollaz, Gelu i Mani (foto) – Rynek w Krakowie

Początkowo celem naszej podróży była restauracja Sphinx, w której to Agresor ma zniżki. Sphinxa nie znaleźliśmy, dlatego jak można się domyślić stołowaliśmy się w McDonald’się. W trakcie naszego posiłku dołączyli do nas Tick oraz jego kolega. Udaliśmy się pobliskiego spożywczego, kupiliśmy piwa (Agresor, Mani, Gollaz i Roger) i z kubkami z McDonald’sa spacerowaliśmy po krakowskim rynku. W międzyczasie dostaliśmy milion zaproszeń na imprezy, pośmialiśmy się z b-boyów i poszliśmy na piwo do Clubu Laboratorium. Tam pojawiły się rozmowy na wiele tematów, było dużo śmiechu i po pewnym czasie niestety Tick, jego kolega oraz Gelu postanowili nas opuścić i udać się w ich miejsca zamieszkania.

Club Laboratorium - Tick i Roger
Club Laboratorium – Tick i Roger

Pozostała część ponownie przeszła się po rynku, dostała kolejne zaproszenia na imprezy i po raz drugi wpadła do wspomnianego wyżej spożywczego po piwo. Z piwem udaliśmy się na planty, usiedliśmy na ławce, odwiedził nas patrol policji, ale trochę się przeliczył, bo piwo było zamknięte. Otwarte zostało dopiero w mieszkaniu u Celiny i Tadka, do którego mieliśmy problemy z wejściem, spowodowanym głupotą właścicielki. Noc z piątku na sobotę spędziliśmy na wymianie, darowaniu oraz kupowaniu autografów z naszych wymian, spożywaniu browarów i wypytywaniu Pulpeta o przygodę z młodym Schmeichelem na basenie.

Akt II – sobota

Po nocy spędzonej przez niektórych na podłodze

Just Pulpet
Just Pulpet

(choć jak widać im to nie przeszkadzało w głębokim śnie ; ) ), przebudzaniu przez panią Celinę - kogo Ty mi #$%^& sprowadzasz do mojego domu?! MOJEGO!!! – nastał dzień drugi. Nie mogliśmy zaznać spokoju ze strony gospodynii, która kilkanaście razy wychodziła, jednak nieskutecznie, nie była trzeźwa, o czym boleśnie przekonał się Gollaz w czasie rozmowy, próbowała nam sprzedać dom swojej siostry – okazja! na pomorzu! przy morzu! tylko 2,5 miliona! warty 5! panowie, popytajcie! – więc kiedy wreszcie z panem Tadkiem opuścili dom, zaznaliśmy spokoju. Bardzo nie spodobała jej się jednak nasza partia makao w salonie. Właścicielka przyszła i zaczęła grzmieć – to się w głowie nie mieści! żeby goście, kiedy nie ma gospodynii siedzieli w pokoju gościnnym?! to jest nie do pomyslenia! nigdy mnie takie coś nie spotkało! RAUS! Gollaz próbował odzyskać jeszcze 100zł za drugi nocleg, niestety pieniądze te zostały zamienione na % i spożyte … Szybko się ogarnęliśmy, zabraliśmy rzeczy, aczkolwiek Agresor zostawił koszulkę i zapalniczkę i udaliśmy się do Schroniska Młodzieżowego, czyli miejscu, gdzie pierwotnie planowaliśmy nocleg.

Park Dżordana
Park Dżordana

Czekając na posprzątanie pokoju 312 zwiedziliśmy znajdujące się w pobliżu stadiony Cracovii, Wisły oraz park Jordana, w którym bezskutecznie wypatrywaliśmy Patryka Małeckiego.  Kiedy już dostaliśmy się do naszego pokoju, wybraliśmy łóżka dla siebie, rozłożyliśmy się, szybka toaleta i planowanie co by tu kurczę zrobić? Postanowiliśmy więc udać się do Galerii Krakowskiej, wcześniej informując o tym innych uczestników zlotu. Na miejscu postanowiliśmy skorzystać z bogatego menu Burger Kinga, a było to spowodowane tylko tym, że Pulpet miał tam zniżki. Po posiłku odwiedziliśmy

Saturn w 3D - Agresor i Roger
Saturn w 3D – Agresor i Roger

Saturn, gdzie Agresor zachwycał się wraz z Rogerem trójwymiarem oraz sam (bowiem nikt inny nie wiedział o kogo mu chodzi), że zobaczył Dominikę Kojro, czyli Olę Król z Pierwszej Miłości. W międzyczasie prowadziliśmy ożywione dyskusje – czy warto udać się na mecz Hutnika z Magdeburgiem czy jednak lepiej zaopatrzyć się w szesnastopak napoju gazowanego. Jak możecie się domyślić, między innymi również ze względów pogodowych zdecydowaliśmy się na krok drugi, odwiedzając przy okazji Carrefur znajdujący się w pasażu handlowym i powierzyliśmy zadanie niesienia piwa naszemu adminowi – Maniemu. Wcześniej do naszego towarzystwa dołączyli Gelu oraz Luki i zwartą grupą postanowiliśmy zwiedzać Kraków – mijaliśmy różne ciekawe knajpy, ponownie śmialiśmy się z b-boyów na rynku, otrzymałem od Lukiego marker, czego później miałem żałować, skoczyliśmy do jakiejś podziemniej knajpki na browar, przez co Tick nie umiał się do nas dodzwonić, a przede wszystkim odwiedziliśmy Wawel, gdzie zrobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcie (pozdrowienia dla cziksy ogarniającej aparat Maniego) na tle pewnego banneru, następnie Luki udał się do siebie, my wraz z Gelem do naszego schroniska.

Wawel
Wawel

Panowie pełnoletni zajęli się spożywaniem szesnaściopaku, Agresor podarował swój numer telefonu Francuzkom z pokoju obok, zamówiliśmy pizzę i zajęliśmy się autografami. Spod naszych rąk wyszły autografy takich sław jak Lionel Messi, Herbert Dick, reprezentacja Holandii, Steven Pienaar czy David Villa. Następnie okupywaliśmy wraz z piwem korytarz, słuchaliśmy TEGO. Pojawił się też ciekawy dialog – kiedy Pulpet zaczął sprzątać stół, spotkał się ze spojrzeniem Gollaza i odpowiedział  – Mogę to posprzątać! Na to Gollaz – Nie możesz, tylko musisz. Niektórzy – jak Agresor  zwany Medżikiem poszli spać wcześniej, niektórzy – czyli cała reszta dużo później. W końcu w niedzielę czekały nas wielkie czyny!

Akt III – niedziela

agresor
Agresor na porannym papierosie

Zespół Niebiesko-Czarni kiedyś śpiewał niedziela będzie dla nas, Mieczysław Fogg o ostatniej niedzieli i to była właśnie ostatnia niedziela, a nawet ostatni dzień naszego zlotu i był dla nas – zbiórka ok. 8.30 rano (co dla niektórych było trudne), wpadł po nas Gelu i wyruszyliśmy na trening Wisły.

Próbowaliśmy dostać się od strony Błonii krakowskich, jednak tam nie wpuścił nas ochroniarz, dlatego musieliśmy się trochę przejść i wejść od innej strony, gdzie czekali na nas zresztą już Tick i Luki. Poszliśmy więc pod Pawilon Multimedialny, gdzie czekaliśmy. I czekaliśmy. I doczekaliśmy się tylko ochroniarza. Dlatego udaliśmy się w stronę boiska treningowego, na którym był już Filip Kurto – wpadł więc pierwszy autograf tamtego dnia. Następnie zawodnicy wyszli dość dużą grupą – Żurawski, Garguła, bracia Brożkowie, Kirm, Cleber, Rios – każdy dopadał kogo tylko dał radę. Potem spokojnie przyszedł do nas trener Kasperczak, powiedział że trening potrwa do wtedy, kiedy zawodnicy się zmęczą. Także mieliśmy godzinę na wszystko, co nie jest związane ze zbieraniem autografów. A więc kilka zdjęć.

Ekipa

Ekipa

Pulpet i piłkarze Wisły

Pulpet i piłkarze Wisły

Plakat oldbojów Wisły

Plakat oldbojów Wisły

Trening się skończył i zabraliśmy się do zbierania kolejnych sygnaturek – Cikos, Paljic, Singlar, Moskal i wielu innych. Kilku nam pouciekało, kilku dało się dogonić, w każdym razie było sympatycznie. Zresztą, kolejna porcja fotek, to wszystko wyjaśni.

Kazimierz Moskal + Mani, Roger i Pulpet oraz Agresor z Pawełkiem w tle

Kazimierz Moskal + Mani, Roger i Pulpet oraz Agresor z Pawełkiem w tle

Dragan Paljić + Mani

Dragan Paljić + Mani

Dragan Paljić + Agresor, Gollaz i Mani

Dragan Paljić + Agresor, Gollaz i Mani

'To Ty?' ;)

'To Ty?' ;)

Erik Cikos + Pulpet i Agresor

Erik Cikos + Pulpet i Agresor

Autografy pozbierane, zawodnicy powoli zaczynają się rozchodzić do szatni, więc trzy ostatnie, grupowe zdjęcia z Pierwszego Ogólnopolskiego Zlotu Forumowiczów kolekcja24.pl!

Pulpet, Agresor, Tick, Gollaz, Gelu, Kazimierz Moskal, Luki, Roger, Mani

Pulpet, Agresor, Tick, Gollaz, Gelu, Kazimierz Moskal, Luki, Roger, Mani

Mani, Gollaz, Gelu, Cleber, Agresor, Tick, Roger, Andres Rios, Luki, Pulpet

Mani, Gollaz, Gelu, Cleber, Agresor, Tick, Roger, Andres Rios, Luki, Pulpet

I na koniec – jak Wisła Kraków to musi być też Żuraw! Chociaż to raczej był żuraw …

Gollaz, Mani, Gelu, Tick, Agresor, Roger, Luki, Pulpet

Gollaz, Mani, Gelu, Tick, Agresor, Roger, Luki, Pulpet i żuraw w tle

Pożegnaliśmy się z Tickiem, udaliśmy się po bagaże do Schroniska, wsiedliśmy w tramwaj i pognaliśmy w stronę dworca. Tam odbili od nas Gelu i Luki, my udaliśmy się bo bilety i na szybką szamę do KFC. Następnie każdy udał się w swoją stronę – Agresor do Opola, Gollaz do Rudy Śląskiej, Mani do Gdańska, Roger do Kędzierzyna-Koźle zaś Pulpet do Radomia. I tym samym Pierwszy Ogólnopolski Zlot Forumowiczów kolekcja24.pl przeszedł do historii … Aż się w głowie nie mieści, że to tak szybko minęło.

Epilog

Było zajebiście, przeżyliśmy naprawdę fajne trzy dni, historie do opowiadania mamy bogate, co zresztą widać po wpisie, mam nadzieję że w tym doborowym towarzystwie spotkamy się jeszcze nie raz, pogadamy, napijemy się i przy okazji pozbieramy jakąś drużynę.
Pozdrawia Agres0r