Wpisy otagowane ‘JuvePoland’

Wrocław 2011 – czyli byli Mistrzowie Świata w Polsce

środa, 18 Styczeń 2012
Stadion Miejski we Wrocławiu

Stadion Miejski we Wrocławiu

Od dawna kusi mnie napisanie dla was dłuższej notki na temat zbiorów we Wrocławiu, jednak brak chęci, tudzież brak czasu i nic z tego nie wychodziło. W ostatnim czasie nawet kilka zdań o Italii napisał Grzegorz. Postanowiłem napisać coś od siebie. Znalazłem troszeczkę czasu by opisać to co działo się w stolicy Dolnego Śląska.

Wszystko zaczęło się kilka miesięcy wcześniej. Mecz Polski z Włochami ma się odbyć w listopadzie. Pierwotnie planowano by był rozegrany we Warszawie lub w Poznaniu – jednak wypadło na Wrocław do którego mam ~140km. Postanowiłem więc udać się tam na 3 dniowe zbieranie.  Zabrałem ze sobą nie tylko zdjęcia Włoskich piłkarzy, które wywołałem tuż przed meczem, lecz także Polaków przygotowanych znacznie wcześniej…ale nie o tym czas pisać. Mamy czwartek! – krzyknąłem rano wstając z łóżka. Początek podróży, która w pamięci pozostanie bardzo długo. Sprawne pakowanie, poranna wizyta w toalecie, minutka na poczcie po odbiór zdjęć, centrum, PKP, … – mamy już gruuboo po 8, a ja już siedzę w pociągu gdzie sortowałem zdjęcia. Mija pierwsza godzina….Kalisz, mija druga godzina…Oleśnica, mija trzecia godzina…WROCŁAW!.  Pierwsze co ujrzałem to strasznie rozkopany dworzec oraz wielu zabieganych ludzi, teraz tylko pomyśleć co może dziać się na EURO!?. Ogarnięcie mojej mini mapki, którą trzymałem w kieszeni, obejście dookoła dworca, zakup biletów MPK – mamy południe. Jedzie tramwaj w stronę dzielnicy „Krzyki” do którego wsiadam i udaję się prosto (no może prawie) pod hotel Biało-Czerwonych „Platinium Palace”. Na pierwszym planie czerwony autokar naszej kadry – o dziwo mający jeszcze Orła, którym w ostatnim czasie żyła cała Polska. Kilka zdań do lokalnej telewizji. Idzie Franciszek Smuda:

- „Można prosić o autograf?”
- „Ależ śmiało!”

Robert Lewandowski i Mateqi

Robert Lewandowski i Mateqi

Mogłem cieszyć się z pierwszego autografu zdobytego we Wrocławiu, a jak to się mówi pierwsze koty za płoty. Zbiera się coraz większa grupka młodzieży z pobliskiej szkoły. Podpisy biorą w zeszytach, na kartkach, na czym się tylko da – jeden to zbierał nawet ołówkiem… Nagle po drugiej stronie hotelu ujrzałem znane mi twarze. Idzie Grzegorz wraz z Dariuszem oraz Karolem. Podchodzę, podaję dłoń. Patrzą się na mnie, jeden na drugiego, drugi na trzeciego. Pewnie sobie myślą „Kto to kurde jest!?” – jednak szybko zostałem rozpoznany i okazało się, że jestem niejaki forumowy „Mateqi” – Chłopak z Sieradza! Małe pogaduchy, przeglądanie zdjęć, oczekiwanie na piłkarzy. W między czasie przychodzi do nas Sebastian (SeboLZ), który już do końca zbiera razem z nami. Podjeżdża mały busik, zdjęcia i markery przygotowane w dłoniach. Z samochodu wychodzi znana nam skądś osoba. Szybko skojarzyłem, że jest to piosenkarz Wojciech Gąssowski (ambasador Euro2012) od którego wzięliśmy podpis – nóż, widelec – może się kiedyś przyda. Po chwili podchodzi do nas Pan Wojtek i pyta czy nie mamy pożyczyć jakiegoś pisaka, bo też chciałby sobie pozbierać reprezentantów ;) . Zaczęło robić się coraz ciekawiej. Kilka grajków podjeżdżało samochodami pod hotel przed którym śmiało mogliśmy zbierać autografy. I takim sposobem wpadły podpisy takich piłkarzy jak: Damien Perquis, Łukasz Piszczek, Łukasz Fabiański, Robert Lewandowski czy Marcin Wasilewski. Następnie wpadają kolejne podpisy. W sumie pod Platinium Palace zebrałem autografy 15 osób. Bardzo pozytywnie zaskoczyło mnie władanie językiem obcym przez Grzegorza, który nawet do Polaków mówił „please”, „thank you” – to się nazywa zawodowstwo.

JuvePoland na lotnisku

JuvePoland na lotnisku

Powoli się ściemnia, patrzymy na zegarek – godzina 17.00. Myślimy czy zostać jeszcze chwilkę i czekać na kolejne podpisy, czy jednak wybrać się wcześniej na lotnisko Strachowice, gdzie półtorej godziny później planowany był przylot reprezentacji Włoch. Wybieramy to drugie i po wcześniejszej konsultacji wsiadamy w pierwszy tramwaj, który zawozi nas w okolice „Eureki”. Stamtąd przesiadamy się w autobus lini 406, którym jedziemy już pod samo lotnisko. Korki, korki, korki: czy zdążymy?, nie ma bata musimy!.  Na lotnisku czekał już min. forumowy Gaucho, kilku kolekcjonerów z Warszawy oraz… pełno bandy z JuvePoland (jednak Majkela nie widzieliśmy). Na tablicy widnieje lot czarterowy z Pisa, czekamy, czekamy, LANDED!. Wszyscy gotowi i zwarci z niecierpliwością wypatrują znane im twarze. „Już idą” – krzyknął ktoś z tłumu, patrzymy, a tam..wybiega śmiechowo wyglądający operator kamery z Włoskiej telewizji. Wszyscy widoczny uśmiech na twarzy. Po chwili wychodzą już wszyscy. Każdy łapie kogo popadnie (no przynajmniej próbują). Fan Club piłkarzy Juventusu, Sebastian piłkarzy Milanu, ja Andreę Pirlo (który podpisuje się na twarzy :P ) oraz Giorgio Chielliniego, a Pan Dario ze Stolicy rzuca się na Cesare Prandelliego niczym nieprzyjemne siły meksykańskie wspomniane wcześniej przez Gollaza. Zanim się odwróciłem wszyscy piłkarze siedzą już w autokarze, udaje mi się jednak zawołać siedzącego na brzegu Gabriele Pina, którego zbierają także inni. Jak szybko przylecieli, tak szybko odjechali.  Trochę spóźnieni udajemy się pod hotel Radisson Blu, gdzie liczyliśmy na zdobycie kolejnych podpisów. Guzik! – wszyscy piłkarze już dawno w pokojach, jedynie został coach, który wracał po konferencji. Zrobiliśmy więc sobie dodatkowo kilka zdjęć. Czekamy dalej, jednak nic się nie pojawiało. Zniechęceni całą tą sytuacją udajemy się każdy w swoje strony z myślą o następnym dniu. Podróż do miejsca nocowania mija wyjątkowo szybko, kilka przesiadek i już jestem w domu przy ulicy Piwowarskiej, gdzie smacznie położyłem się spać.

Luigi Riva i Mateqi

Luigi Riva i Mateqi

Piątek – dla jednych Dzień Niepodległości, dla nas drugi dzień zbierania oraz mecz ekipy Pani Adamiakowej Franciszka Smudy. Godzina 8.30 pobudka!. Szybkie śniadanie, ogarnięcie plecaka. Miejscowy spożywczak oblegany przez starą gwardię czekająca na prowiant w postaci wysokoprocentowych trunków. Ale jak to nasze stare, Polskie przysłowie brzmi „dzień święty, trzeba święcić!”.  Pod hotelem jestem już o godzinie 10.00, gdzie czekał Tick, Pirlo, Gollaz, a SeboLZ powoli dojeżdżał.

- „Kogoś już macie?”
- „Nie, tylko Pin, wraz ze sztabem zeszli na dół i spacerują po recepcji”.

Claudio Marchisio i Mateqi

Claudio Marchisio i Mateqi

No to szykuje się kolejny ciężki dzień! – pomyślałem.  Mijają pierwsze godziny. Pojawia się ochroniarz informujący nas o tym, że piłkarze na dół nie zejdą, a więc nie ma co liczyć na autografy tym bardziej w popołudniowych godzinach bla, bla, bla. Nie zrezygnowaliśmy! – czekamy dalej. Mijają kolejne godziny, na dworze zimno (ale czego nie robi się dla autografów). Między godziną 13.00-14.00 piłkarze mają zejść na dół na obiad. Fałszywy alarm! obiad jedzą na górze.  Z każdą minutą oraz godziną nadzieje na kolejne podpisy upadają, jednak ni stąd, ni zowąd na schodach hotelu pojawia się tajemnicza osoba w błękitnej koszulce. Claudio Marchisio! pomocnik Juventusu rozmawiający przez telefon. Bardzo miły „Il Principino” podpisuje wszystkim zdjęcia oraz pozuje do zdjęć. Pojawia się też Daniele De Rossi. Sebastian próbuje podbiec jednak nic bardziej mylnego – De Rossi jest znacznie szybszy i ucieka szybko przez schody prowadzące do pokoi piłkarzy. Dokoła hotelu kręci się tylko Luigi Riva, Giancarlo Abete oraz sztab treningowy. Grzegorz z kolegami udają się na spacer, na którym zahaczyli o KFC (podobno było gorsze niż w Warszawie). Pod hotel podjeżdża taksówka z której wysiada znana nam postać: Zbigniew Boniek!. (autograf Bońka dawno został moim wymarzonym podpisem jednak nie spodziewałem się, że zdołam zebrać go osobiście). „Zibi” podpisuje wszystko oraz pozuje do zdjęć. Daję do podpisania flagę biało-czerwoną reprezentacji Polski.

- „Można prosić o podpis na fladze z dedykacją dla Mateusza?”
- „Jasne!”
- „Ale czy ta flaga to jeszcze z orzełkiem czy już nie?”. (wszyscy zaczęli się śmiać.).

Później czekamy już w środku hotelu. Miłe zaskoczenie – zobaczyliśmy… wesele, które właśnie odbywało się w restauracji hotelu.

Godzina 18.00. Poznany już wcześniej Pan ochroniarz, wraz z kolegą podchodzi i grzecznie informuje, nas o tym abyśmy opuścili hotel, gdyż piłkarze niedługo będą zjeżdżać na dół. Czekamy i czekamy. Wychodzą! Ja ze skorowidzem w ręku, inni ze zdjęciami w grabie. Idzie Buffon!. Wystawiłem najdalej jak mogłem moją rękę i uff.. podpisuje się na pięknym zdjęciu podnoszącym puchar Mistrzostw Świata. Sebastianowi pomazał bardzo ciekawy autograf, który w znacznej części znajduje się na kartce, a nie na zdjęciu… wołamy dalej – nic. Pojechali na mecz.  Czas wolny. Grzegorz, Karol i Darek udali się do swojego pokoju, gdzie się zdrzemnęli oraz obejrzeli mecz reprezentacji (przynajmniej pierwszą połowę, bo na drugiej zasnęli). Wraz z Sebastianem udałem się prosto na stadion. Droga umilana śpiewami zagorzałych kibiców. Oczywiście znane nam wcześniej przyśpiewki: „Gdzie jest orzeł?”, „PZPN”, „Lato kondonie…” i inne tego typu serenady.  Po pół godzinie jesteśmy na miejscu. Rozchodzimy się, pod rodzę zaliczam hotel „Etap” gdzie w recepcji czekał dla mnie bilet prosto od Wojciecha Łazarka. Wejście na stadion w miarę sprawne. Zasiadłem na trybunach gdzie przez prawie cały mecz dopingowałem Polaków (piszę prawie, ponieważ w przerwie musiałem coś przekąsić. Minuty spędzone w kolejce nie dały oczekiwanego skutku, powód?: skończyły się parówki! ).

Polska - Włochy

Polska - Włochy

Polacy starali się jak mogli, przegrali 2:0. W ostatnich minutach Kuba nie wykorzystał rzutu karnego. Po tej sytuacji wyszedłem ze stadionu i miałem do wyboru: albo jadę jeszcze raz pod hotel Włochów szukać szczęścia, albo prosto do domu. Do Wrocławia przyjechałem po to by pozbierać autografy, więc wybrałem pierwszą opcję nie zważając na to, że było już grubo po 23.00, a nocnych powrotnych autobusów prawie nie miałem. Przyjeżdżają. Zatrzymują się pojedyncze sztuki, których ciężko złapać, reszta macha, słucha muzyki. Jedynie Marchisio zatrzymuje się i ponownie podpisuje to co chcemy. Kierujemy się do domów – spotykamy się jutro na lotnisku.  Podróż z przygodami, znikoma ilość autobusów, brak tramwajów – czego tutaj jeszcze chcieć?. W domu jestem o godzinie 4.00. Pobudka szykowała się dość wcześnie gdyż piłkarze wylatywali już przed 11.00.

Oporowska

Oporowska

Sobota. Spałem dość krótko. Na lotnisku jestem niecałą godzinkę przed odlotem. Przyjechali, wychodzą!. Pierwszy rzucony na pożarcie został Antonio Nocerino od którego wziąłem podpis i udałem się prosto do Simone Pepe. Wszyscy zdążyli uciec. Celnicy zamykają wejście, jednak co mi tam wołam dalej… patrzę Montolivo!. Riccardo podpisuje moje zdjęcia. Był to ostatni zdobyty podpis na lotnisku. Lekko niezadowoleni wracamy na dworzec centralny skąd wszyscy rozjeżdżamy się w swoje strony. SeboLZ do domu we Wrocławiu, Pirlo do znajomych, Gaucho do Poznania, Tick w stronę Krakowa, a Warszawa… do Stolicy. Jako jedyny ostał się Gollaz i ja. Postanowiłem więc udać się do Sieradza późniejszym pociągiem, a wraz z bardziej doświadczonym ode mnie kolekcjonerem pozwiedzać piękne miasto jakim jest Wrocław.  Grzegorz sprawdza niezawodne google w telefonie. Młody Śląsk gra z Młodym ŁKS-em na Oporowskiej. Nie ma co! wybieramy się na mecz. W składach obu drużyn kilku podstawowych zawodników. Zebraliśmy takie podpisy jak: Mariusz Pawelec, Przemysław Kaźmierczak, Mateusz Cetnarski, Marek Gancarczyk, Łukasz Madej czy nowy trener drużyny z Łodzi Ryszard Tarasiewicz. Powrót szybka, bez żadnych przygód.

Wyjazd uważam za bardzo udany, miła, kolekcjonerska atmosfera. Wszyscy pozytywnie nastawieni. Dziękuję wszystkim za miło spędzone trzy dni we Wrocławiu. Oby do następnego!

PS Hotel Polaków: Grześ zrobił się głodny, szuka czegoś do przekąszenia, namawia chłopaków na obiad, jednak się nie udało. Przed Platinium Palace wisi karteczka z menu, czytam, czytam.. ooo! placki ziemniaczane w hotelu za jedyne dwadzieścia parę złotych. Niestety Grzegorz musiał się zadowolić kawałeczkiem czekolady, którą poczęstował go Darek ;) .

Po chwili toaleta!, w ogóle gdzie jest jakaś toaleta?, to lewo, to prawo – nie ma!. Grzegorz zrobił kółko wokół parku (nie było go kilka minut/pół godziny) nigdzie jednak nie ma toalety. Załatwił się dopiero później na lotnisku – achhh ten Wrocław!. Będę go miło wspominał!

Obiecuję, że kolejne notki nie będą tak długie jak ta, którą pisałem dwa dni ;)

Pozdrawiam Mateqi

Europejskie anegdoty

czwartek, 22 Grudzień 2011
True story, bro!

True story, bro!

Smęci mi ten mani, napisz co tam na Fulham, opisz coś o Włochach, jakąś notkę o Twente byś zrobił. Ale co tu pisać? Przylecieli, rozdali trochę autografów, zagrali mecz i polecieli. Szybko i na temat, a bez zbędnego nudzenia, kto jak i co. Kogo interesuje, że na Twente z domu wyszedłem kwadrans przed 7 rano, wróciłem kwadrans przed 3, a za 5 godzin jechałem już do pracy? Albo, że pokoje we Wrocławiu były lepsze, niż w Warszawie, natomiast żarcie w KFC wręcz odwrotnie. Nuuuuuuuudddddy. Z całego zbierania zawsze najciekawsze są historie, które później zmieniają się na kolejnych w opowiadane anegdoty. Postaram się klika przytoczyć, choć wiadomo, pióro i kartka (czy też klawiatura i laptop) nie oddadzą nigdy w pełni tego, co się działo.

Przylot Fulham, już trochę na lotnisku czekamy. No może nie wszyscy trochę, byli tacy co koczowali tam od rana, a przylot „anglików” grubo po południu. Stoimi, rozmawiamy, nagle Pulpeta nie ma, już stoi przy drzwiach z hali odpraw, a tam mu Riise podpisuje zdjęcie. Po wszystkim Łukasz stwierdza, że chyba pobił swój rekord na 100m.

To samo lotnisko, trochę inne osoby, lądować ma Twente. Do ich przylotu jakieś 20 minut. Stoimy przed, bo czasu jeszcze trochę. Nagle między nami zaczynają przechodzić osoby w tych samych dresach. Przylecieli wcześniej, lekka panika, ale dajemy radę. W ogóle mieliśmy się dowiedzieć, gdzie się zatrzymują, a tu już trzeba zbierać. O, idzie Filip Bednarek. Cześć, Filip, gdzie zostajecie? Szybko i zwięźle „nie wiem”. Miejmy nadzieję, że się bardziej orientuje gdy stoi w bramce. Na szczęście ogarnięty był coach Co.

Twente już w busie, nagle kierowca się odwraca, robi zdjęcie, wychodzi na zewnątrz i stwierdza z bananem na twarzy: a ja już mam wszystkich!

Lotnisko we Wrocławiu. Przylot Włoch. Pełno bandy z JuvePoland. Zdjęcia, śpiewy, cyrkusy i pajacowanie. Rano sms od maniego. „Od Gela słyszałem, że Wam Majkel z JuvePoland jakąś wiochę robią”. Fajnie, ani Gela, ani Majkela to ja we Wrocławiu nie widziałem. Zabawa w głuchy telefon pełną gębą.

Uderz w puchara

Uderz w puchara

Wrocław. Przychodzimy z Darkiem Tickiem i Karolem Pirlo pod hotel Polaków. Stoi z 20 dzieciaków, którzy zbierają w zeszytach z biologii czy innej geografii autografy. Niektórzy zbierali nawet ołówkiem. Nagle przychodzi jeden z nich, siema, siema, daje grabę, zebrałem już Smudę, udzieliłem wywiadu w telewizji, nawet nie wiem co tam mówiłem, tu chodzą, tam się rozgrzewają… Ja na Darka, Darek na Karola, Karol na mnie. ?!?! WTF? Okazało się, że to Mateqi debiutuje na zlocie.

Lotnisko. Wrocław. Podpisane co podpisane.  Szału nie ma. Mateqi przychodzi. Ee, Pirlo mi podpisał 2 zdjęcia. Ale po twarzy, eee, nie podoba mi się… Innym się wcale nie podpisał.

Kraków. Przyjeżdżam na Fulham mocno rano. Pulpet ledwie wyjechał z Radomia. Kontaktuję się z Lukim, czy mnie zaprosi na śniadanie. W odpowiedzi dostaję prosty komunikat. To co piwko jakieś? Wiadomo, na pusty żołądek to ja nie jem.

Naciągamy Lukiego, który ma jakieś ważne zajęcia na uczelni, żeby z nami jechał na lotnisko zbierać Fulham. Raz chce jechać, raz nie chce. W końcu decyduje się na uczelnię, mamy się spotkać wieczorem. Przychodzi z wywołanymi na szybko fotami. Udało mu się zbić z ceny, choć i tak sporo zapłacił. Wychodzą do busu na trening. Przyjechali ze swoją ochroną. Wszyscy pozbierali co umieli, oglądają, co tam kto ma. A Ty Łukasz? Gelu mnie tak wcisnął w autobus, że nic nie mam. Nie przejmuj się, przyjadą z powrotem, to sobie coś zbierzesz.
Przyjechali. Nic nie zebrał.

Kraków. Inny hotel. Twente. Wychodzi coach Co i jakiś zawodnik na konferencję. Stoimy w czterech, wszyscy zmieszani. Kto to mógł być? Bajrami? Bo łysy? Ale nie podobny. Hej coach, kto to tam wszedł do busu. Charli! ?!? Aaa Chadli! Obciął się specjalnie tak, żebyście gonie poznali! Możemy mu zająć minutę? Pewnie, jak minutę to czemu nie, po czym ekipa wbija się do busu i spokojnie zbiera autografy.

Kilka minut wcześniej Michał wypytuje wszystkich, którzy mogą wiedzieć, kto pojedzie na konferencję. Podjeżdża jakiś minibus. Kierowca staje koło nas, przygląda się i zaczyna pytać po angielsku czy jesteśmy dziennikarzami i czy jedziemy z nim na konferencję. Tak, pewnie, czemu nie. Nie, spoko żartujemy. A to nie wie Pan kto tam pojedzie? Całość ciągle po angielsku, wywiązuje się kilku minutowy dialog. Widać, że wszyscy się starają pięknie ładnie po angielsku mówić, po czym tylko lekko znudzony i oparty o kolumnę przed Sheratonem autor tego tekstu stwierdza: A może Panowie tak po Polsku porozmawiamy? Konsternacja z obu stron. Kierowca, spoko, możemy. Myślałem, że jesteście zagranicznymi dziennikarzami, ale dzień.

Darek wącha kwiatki, od góry

Darek wącha kwiatki, od góry

Darek, stary imprezowicz, wszędzie kogoś zna, więc we Wrocławiu rusza na balety. Godzina 23:59. Sms. Ej (cenzura) spotkałem na klubach Ćwięlonga, Sobotę, Kelemena i Dudka, gadałem z Pepe, że taką drogę przebyłem po grafy, a oni jutro nie trenują. Sms zwrotny. A to pogoda i pora do imprezowania dopisuje? Nie zrozumiał, a szkoda.

Sobota. Wrocław. Włosi już odlecieli. Pogoda dopisuje. Stwierdzam, że idę choć trochę pozwiedzać, bo jedyne co widziałem przez 2 dni to autobusy, rozkopany dworzec, galerie handlowe, hotel i lotnisko. Mateqi zostaje ze mną. Szybko sprawdzamy, że Młody Śląsk gra z Młodym ŁKSem na Oporowskiej. Trochę chodzimy po Wrocławiu, ale nie ma co, jedziemy na mecz. Kilka osób udało się dorwać, ale ciągle interesowało nas, co to za Brazylijczyk może siedzieć na trybunach. Kolejny raz 90minut na telefonie. Chyba Alexandre? Idziemy do Łukasza Madeja, podpis, zdjęcie, Panie Łukaszu, czy to tam siedzi Alexandre. Tak, na pewno. Na pewno? Tak, na pewno. Spoko. Hey Alexandre możesz nam tu podpisać, Brazylijczyk ściąga słuchawki z uszu, podpisuje, Mateusz robi z nim fotę. Ale, hmmm, mi to nie wygląda na podpis Alexandre. 90minut. Szybkie sprawdzenie kadry Młodej Ekstraklasy Śląska i jest.
Niejaki Dudu.

Wrocław. Zbieramy przed hotelem Polaków. Nagle przyjeżdża ktoś. Skądś go znamy. A, Wojciech Gąssowski. Jak już stoimy to co nam tam, zbierzemy sobie. Krótka rozmowa. Pan Wojciech zamyślony, a może macie pożyczyć jakiś mazak, też bym sobie ich pozbierał.

Ląduje Fulham. Pulpet próbuje robić fotki z ręki z Hangelandem. Hangeland od niego o 2 głowy wyższy. Pyk, jedna, urwana głowa Pulpeta, drugie podejście. Tym razem Brede bez głowy. Udało się, chyba, za 3 razem.

True story, bro!

WPIS AUTORSTWA GOLLAZA.