Wpisy otagowane ‘KFC’

Wrocław 2011 – czyli byli Mistrzowie Świata w Polsce

środa, 18 Styczeń 2012
Stadion Miejski we Wrocławiu

Stadion Miejski we Wrocławiu

Od dawna kusi mnie napisanie dla was dłuższej notki na temat zbiorów we Wrocławiu, jednak brak chęci, tudzież brak czasu i nic z tego nie wychodziło. W ostatnim czasie nawet kilka zdań o Italii napisał Grzegorz. Postanowiłem napisać coś od siebie. Znalazłem troszeczkę czasu by opisać to co działo się w stolicy Dolnego Śląska.

Wszystko zaczęło się kilka miesięcy wcześniej. Mecz Polski z Włochami ma się odbyć w listopadzie. Pierwotnie planowano by był rozegrany we Warszawie lub w Poznaniu – jednak wypadło na Wrocław do którego mam ~140km. Postanowiłem więc udać się tam na 3 dniowe zbieranie.  Zabrałem ze sobą nie tylko zdjęcia Włoskich piłkarzy, które wywołałem tuż przed meczem, lecz także Polaków przygotowanych znacznie wcześniej…ale nie o tym czas pisać. Mamy czwartek! – krzyknąłem rano wstając z łóżka. Początek podróży, która w pamięci pozostanie bardzo długo. Sprawne pakowanie, poranna wizyta w toalecie, minutka na poczcie po odbiór zdjęć, centrum, PKP, … – mamy już gruuboo po 8, a ja już siedzę w pociągu gdzie sortowałem zdjęcia. Mija pierwsza godzina….Kalisz, mija druga godzina…Oleśnica, mija trzecia godzina…WROCŁAW!.  Pierwsze co ujrzałem to strasznie rozkopany dworzec oraz wielu zabieganych ludzi, teraz tylko pomyśleć co może dziać się na EURO!?. Ogarnięcie mojej mini mapki, którą trzymałem w kieszeni, obejście dookoła dworca, zakup biletów MPK – mamy południe. Jedzie tramwaj w stronę dzielnicy „Krzyki” do którego wsiadam i udaję się prosto (no może prawie) pod hotel Biało-Czerwonych „Platinium Palace”. Na pierwszym planie czerwony autokar naszej kadry – o dziwo mający jeszcze Orła, którym w ostatnim czasie żyła cała Polska. Kilka zdań do lokalnej telewizji. Idzie Franciszek Smuda:

- „Można prosić o autograf?”
- „Ależ śmiało!”

Robert Lewandowski i Mateqi

Robert Lewandowski i Mateqi

Mogłem cieszyć się z pierwszego autografu zdobytego we Wrocławiu, a jak to się mówi pierwsze koty za płoty. Zbiera się coraz większa grupka młodzieży z pobliskiej szkoły. Podpisy biorą w zeszytach, na kartkach, na czym się tylko da – jeden to zbierał nawet ołówkiem… Nagle po drugiej stronie hotelu ujrzałem znane mi twarze. Idzie Grzegorz wraz z Dariuszem oraz Karolem. Podchodzę, podaję dłoń. Patrzą się na mnie, jeden na drugiego, drugi na trzeciego. Pewnie sobie myślą „Kto to kurde jest!?” – jednak szybko zostałem rozpoznany i okazało się, że jestem niejaki forumowy „Mateqi” – Chłopak z Sieradza! Małe pogaduchy, przeglądanie zdjęć, oczekiwanie na piłkarzy. W między czasie przychodzi do nas Sebastian (SeboLZ), który już do końca zbiera razem z nami. Podjeżdża mały busik, zdjęcia i markery przygotowane w dłoniach. Z samochodu wychodzi znana nam skądś osoba. Szybko skojarzyłem, że jest to piosenkarz Wojciech Gąssowski (ambasador Euro2012) od którego wzięliśmy podpis – nóż, widelec – może się kiedyś przyda. Po chwili podchodzi do nas Pan Wojtek i pyta czy nie mamy pożyczyć jakiegoś pisaka, bo też chciałby sobie pozbierać reprezentantów ;) . Zaczęło robić się coraz ciekawiej. Kilka grajków podjeżdżało samochodami pod hotel przed którym śmiało mogliśmy zbierać autografy. I takim sposobem wpadły podpisy takich piłkarzy jak: Damien Perquis, Łukasz Piszczek, Łukasz Fabiański, Robert Lewandowski czy Marcin Wasilewski. Następnie wpadają kolejne podpisy. W sumie pod Platinium Palace zebrałem autografy 15 osób. Bardzo pozytywnie zaskoczyło mnie władanie językiem obcym przez Grzegorza, który nawet do Polaków mówił „please”, „thank you” – to się nazywa zawodowstwo.

JuvePoland na lotnisku

JuvePoland na lotnisku

Powoli się ściemnia, patrzymy na zegarek – godzina 17.00. Myślimy czy zostać jeszcze chwilkę i czekać na kolejne podpisy, czy jednak wybrać się wcześniej na lotnisko Strachowice, gdzie półtorej godziny później planowany był przylot reprezentacji Włoch. Wybieramy to drugie i po wcześniejszej konsultacji wsiadamy w pierwszy tramwaj, który zawozi nas w okolice „Eureki”. Stamtąd przesiadamy się w autobus lini 406, którym jedziemy już pod samo lotnisko. Korki, korki, korki: czy zdążymy?, nie ma bata musimy!.  Na lotnisku czekał już min. forumowy Gaucho, kilku kolekcjonerów z Warszawy oraz… pełno bandy z JuvePoland (jednak Majkela nie widzieliśmy). Na tablicy widnieje lot czarterowy z Pisa, czekamy, czekamy, LANDED!. Wszyscy gotowi i zwarci z niecierpliwością wypatrują znane im twarze. „Już idą” – krzyknął ktoś z tłumu, patrzymy, a tam..wybiega śmiechowo wyglądający operator kamery z Włoskiej telewizji. Wszyscy widoczny uśmiech na twarzy. Po chwili wychodzą już wszyscy. Każdy łapie kogo popadnie (no przynajmniej próbują). Fan Club piłkarzy Juventusu, Sebastian piłkarzy Milanu, ja Andreę Pirlo (który podpisuje się na twarzy :P ) oraz Giorgio Chielliniego, a Pan Dario ze Stolicy rzuca się na Cesare Prandelliego niczym nieprzyjemne siły meksykańskie wspomniane wcześniej przez Gollaza. Zanim się odwróciłem wszyscy piłkarze siedzą już w autokarze, udaje mi się jednak zawołać siedzącego na brzegu Gabriele Pina, którego zbierają także inni. Jak szybko przylecieli, tak szybko odjechali.  Trochę spóźnieni udajemy się pod hotel Radisson Blu, gdzie liczyliśmy na zdobycie kolejnych podpisów. Guzik! – wszyscy piłkarze już dawno w pokojach, jedynie został coach, który wracał po konferencji. Zrobiliśmy więc sobie dodatkowo kilka zdjęć. Czekamy dalej, jednak nic się nie pojawiało. Zniechęceni całą tą sytuacją udajemy się każdy w swoje strony z myślą o następnym dniu. Podróż do miejsca nocowania mija wyjątkowo szybko, kilka przesiadek i już jestem w domu przy ulicy Piwowarskiej, gdzie smacznie położyłem się spać.

Luigi Riva i Mateqi

Luigi Riva i Mateqi

Piątek – dla jednych Dzień Niepodległości, dla nas drugi dzień zbierania oraz mecz ekipy Pani Adamiakowej Franciszka Smudy. Godzina 8.30 pobudka!. Szybkie śniadanie, ogarnięcie plecaka. Miejscowy spożywczak oblegany przez starą gwardię czekająca na prowiant w postaci wysokoprocentowych trunków. Ale jak to nasze stare, Polskie przysłowie brzmi „dzień święty, trzeba święcić!”.  Pod hotelem jestem już o godzinie 10.00, gdzie czekał Tick, Pirlo, Gollaz, a SeboLZ powoli dojeżdżał.

- „Kogoś już macie?”
- „Nie, tylko Pin, wraz ze sztabem zeszli na dół i spacerują po recepcji”.

Claudio Marchisio i Mateqi

Claudio Marchisio i Mateqi

No to szykuje się kolejny ciężki dzień! – pomyślałem.  Mijają pierwsze godziny. Pojawia się ochroniarz informujący nas o tym, że piłkarze na dół nie zejdą, a więc nie ma co liczyć na autografy tym bardziej w popołudniowych godzinach bla, bla, bla. Nie zrezygnowaliśmy! – czekamy dalej. Mijają kolejne godziny, na dworze zimno (ale czego nie robi się dla autografów). Między godziną 13.00-14.00 piłkarze mają zejść na dół na obiad. Fałszywy alarm! obiad jedzą na górze.  Z każdą minutą oraz godziną nadzieje na kolejne podpisy upadają, jednak ni stąd, ni zowąd na schodach hotelu pojawia się tajemnicza osoba w błękitnej koszulce. Claudio Marchisio! pomocnik Juventusu rozmawiający przez telefon. Bardzo miły „Il Principino” podpisuje wszystkim zdjęcia oraz pozuje do zdjęć. Pojawia się też Daniele De Rossi. Sebastian próbuje podbiec jednak nic bardziej mylnego – De Rossi jest znacznie szybszy i ucieka szybko przez schody prowadzące do pokoi piłkarzy. Dokoła hotelu kręci się tylko Luigi Riva, Giancarlo Abete oraz sztab treningowy. Grzegorz z kolegami udają się na spacer, na którym zahaczyli o KFC (podobno było gorsze niż w Warszawie). Pod hotel podjeżdża taksówka z której wysiada znana nam postać: Zbigniew Boniek!. (autograf Bońka dawno został moim wymarzonym podpisem jednak nie spodziewałem się, że zdołam zebrać go osobiście). „Zibi” podpisuje wszystko oraz pozuje do zdjęć. Daję do podpisania flagę biało-czerwoną reprezentacji Polski.

- „Można prosić o podpis na fladze z dedykacją dla Mateusza?”
- „Jasne!”
- „Ale czy ta flaga to jeszcze z orzełkiem czy już nie?”. (wszyscy zaczęli się śmiać.).

Później czekamy już w środku hotelu. Miłe zaskoczenie – zobaczyliśmy… wesele, które właśnie odbywało się w restauracji hotelu.

Godzina 18.00. Poznany już wcześniej Pan ochroniarz, wraz z kolegą podchodzi i grzecznie informuje, nas o tym abyśmy opuścili hotel, gdyż piłkarze niedługo będą zjeżdżać na dół. Czekamy i czekamy. Wychodzą! Ja ze skorowidzem w ręku, inni ze zdjęciami w grabie. Idzie Buffon!. Wystawiłem najdalej jak mogłem moją rękę i uff.. podpisuje się na pięknym zdjęciu podnoszącym puchar Mistrzostw Świata. Sebastianowi pomazał bardzo ciekawy autograf, który w znacznej części znajduje się na kartce, a nie na zdjęciu… wołamy dalej – nic. Pojechali na mecz.  Czas wolny. Grzegorz, Karol i Darek udali się do swojego pokoju, gdzie się zdrzemnęli oraz obejrzeli mecz reprezentacji (przynajmniej pierwszą połowę, bo na drugiej zasnęli). Wraz z Sebastianem udałem się prosto na stadion. Droga umilana śpiewami zagorzałych kibiców. Oczywiście znane nam wcześniej przyśpiewki: „Gdzie jest orzeł?”, „PZPN”, „Lato kondonie…” i inne tego typu serenady.  Po pół godzinie jesteśmy na miejscu. Rozchodzimy się, pod rodzę zaliczam hotel „Etap” gdzie w recepcji czekał dla mnie bilet prosto od Wojciecha Łazarka. Wejście na stadion w miarę sprawne. Zasiadłem na trybunach gdzie przez prawie cały mecz dopingowałem Polaków (piszę prawie, ponieważ w przerwie musiałem coś przekąsić. Minuty spędzone w kolejce nie dały oczekiwanego skutku, powód?: skończyły się parówki! ).

Polska - Włochy

Polska - Włochy

Polacy starali się jak mogli, przegrali 2:0. W ostatnich minutach Kuba nie wykorzystał rzutu karnego. Po tej sytuacji wyszedłem ze stadionu i miałem do wyboru: albo jadę jeszcze raz pod hotel Włochów szukać szczęścia, albo prosto do domu. Do Wrocławia przyjechałem po to by pozbierać autografy, więc wybrałem pierwszą opcję nie zważając na to, że było już grubo po 23.00, a nocnych powrotnych autobusów prawie nie miałem. Przyjeżdżają. Zatrzymują się pojedyncze sztuki, których ciężko złapać, reszta macha, słucha muzyki. Jedynie Marchisio zatrzymuje się i ponownie podpisuje to co chcemy. Kierujemy się do domów – spotykamy się jutro na lotnisku.  Podróż z przygodami, znikoma ilość autobusów, brak tramwajów – czego tutaj jeszcze chcieć?. W domu jestem o godzinie 4.00. Pobudka szykowała się dość wcześnie gdyż piłkarze wylatywali już przed 11.00.

Oporowska

Oporowska

Sobota. Spałem dość krótko. Na lotnisku jestem niecałą godzinkę przed odlotem. Przyjechali, wychodzą!. Pierwszy rzucony na pożarcie został Antonio Nocerino od którego wziąłem podpis i udałem się prosto do Simone Pepe. Wszyscy zdążyli uciec. Celnicy zamykają wejście, jednak co mi tam wołam dalej… patrzę Montolivo!. Riccardo podpisuje moje zdjęcia. Był to ostatni zdobyty podpis na lotnisku. Lekko niezadowoleni wracamy na dworzec centralny skąd wszyscy rozjeżdżamy się w swoje strony. SeboLZ do domu we Wrocławiu, Pirlo do znajomych, Gaucho do Poznania, Tick w stronę Krakowa, a Warszawa… do Stolicy. Jako jedyny ostał się Gollaz i ja. Postanowiłem więc udać się do Sieradza późniejszym pociągiem, a wraz z bardziej doświadczonym ode mnie kolekcjonerem pozwiedzać piękne miasto jakim jest Wrocław.  Grzegorz sprawdza niezawodne google w telefonie. Młody Śląsk gra z Młodym ŁKS-em na Oporowskiej. Nie ma co! wybieramy się na mecz. W składach obu drużyn kilku podstawowych zawodników. Zebraliśmy takie podpisy jak: Mariusz Pawelec, Przemysław Kaźmierczak, Mateusz Cetnarski, Marek Gancarczyk, Łukasz Madej czy nowy trener drużyny z Łodzi Ryszard Tarasiewicz. Powrót szybka, bez żadnych przygód.

Wyjazd uważam za bardzo udany, miła, kolekcjonerska atmosfera. Wszyscy pozytywnie nastawieni. Dziękuję wszystkim za miło spędzone trzy dni we Wrocławiu. Oby do następnego!

PS Hotel Polaków: Grześ zrobił się głodny, szuka czegoś do przekąszenia, namawia chłopaków na obiad, jednak się nie udało. Przed Platinium Palace wisi karteczka z menu, czytam, czytam.. ooo! placki ziemniaczane w hotelu za jedyne dwadzieścia parę złotych. Niestety Grzegorz musiał się zadowolić kawałeczkiem czekolady, którą poczęstował go Darek ;) .

Po chwili toaleta!, w ogóle gdzie jest jakaś toaleta?, to lewo, to prawo – nie ma!. Grzegorz zrobił kółko wokół parku (nie było go kilka minut/pół godziny) nigdzie jednak nie ma toalety. Załatwił się dopiero później na lotnisku – achhh ten Wrocław!. Będę go miło wspominał!

Obiecuję, że kolejne notki nie będą tak długie jak ta, którą pisałem dwa dni ;)

Pozdrawiam Mateqi

Europejskie anegdoty

czwartek, 22 Grudzień 2011
True story, bro!

True story, bro!

Smęci mi ten mani, napisz co tam na Fulham, opisz coś o Włochach, jakąś notkę o Twente byś zrobił. Ale co tu pisać? Przylecieli, rozdali trochę autografów, zagrali mecz i polecieli. Szybko i na temat, a bez zbędnego nudzenia, kto jak i co. Kogo interesuje, że na Twente z domu wyszedłem kwadrans przed 7 rano, wróciłem kwadrans przed 3, a za 5 godzin jechałem już do pracy? Albo, że pokoje we Wrocławiu były lepsze, niż w Warszawie, natomiast żarcie w KFC wręcz odwrotnie. Nuuuuuuuudddddy. Z całego zbierania zawsze najciekawsze są historie, które później zmieniają się na kolejnych w opowiadane anegdoty. Postaram się klika przytoczyć, choć wiadomo, pióro i kartka (czy też klawiatura i laptop) nie oddadzą nigdy w pełni tego, co się działo.

Przylot Fulham, już trochę na lotnisku czekamy. No może nie wszyscy trochę, byli tacy co koczowali tam od rana, a przylot „anglików” grubo po południu. Stoimi, rozmawiamy, nagle Pulpeta nie ma, już stoi przy drzwiach z hali odpraw, a tam mu Riise podpisuje zdjęcie. Po wszystkim Łukasz stwierdza, że chyba pobił swój rekord na 100m.

To samo lotnisko, trochę inne osoby, lądować ma Twente. Do ich przylotu jakieś 20 minut. Stoimy przed, bo czasu jeszcze trochę. Nagle między nami zaczynają przechodzić osoby w tych samych dresach. Przylecieli wcześniej, lekka panika, ale dajemy radę. W ogóle mieliśmy się dowiedzieć, gdzie się zatrzymują, a tu już trzeba zbierać. O, idzie Filip Bednarek. Cześć, Filip, gdzie zostajecie? Szybko i zwięźle „nie wiem”. Miejmy nadzieję, że się bardziej orientuje gdy stoi w bramce. Na szczęście ogarnięty był coach Co.

Twente już w busie, nagle kierowca się odwraca, robi zdjęcie, wychodzi na zewnątrz i stwierdza z bananem na twarzy: a ja już mam wszystkich!

Lotnisko we Wrocławiu. Przylot Włoch. Pełno bandy z JuvePoland. Zdjęcia, śpiewy, cyrkusy i pajacowanie. Rano sms od maniego. „Od Gela słyszałem, że Wam Majkel z JuvePoland jakąś wiochę robią”. Fajnie, ani Gela, ani Majkela to ja we Wrocławiu nie widziałem. Zabawa w głuchy telefon pełną gębą.

Uderz w puchara

Uderz w puchara

Wrocław. Przychodzimy z Darkiem Tickiem i Karolem Pirlo pod hotel Polaków. Stoi z 20 dzieciaków, którzy zbierają w zeszytach z biologii czy innej geografii autografy. Niektórzy zbierali nawet ołówkiem. Nagle przychodzi jeden z nich, siema, siema, daje grabę, zebrałem już Smudę, udzieliłem wywiadu w telewizji, nawet nie wiem co tam mówiłem, tu chodzą, tam się rozgrzewają… Ja na Darka, Darek na Karola, Karol na mnie. ?!?! WTF? Okazało się, że to Mateqi debiutuje na zlocie.

Lotnisko. Wrocław. Podpisane co podpisane.  Szału nie ma. Mateqi przychodzi. Ee, Pirlo mi podpisał 2 zdjęcia. Ale po twarzy, eee, nie podoba mi się… Innym się wcale nie podpisał.

Kraków. Przyjeżdżam na Fulham mocno rano. Pulpet ledwie wyjechał z Radomia. Kontaktuję się z Lukim, czy mnie zaprosi na śniadanie. W odpowiedzi dostaję prosty komunikat. To co piwko jakieś? Wiadomo, na pusty żołądek to ja nie jem.

Naciągamy Lukiego, który ma jakieś ważne zajęcia na uczelni, żeby z nami jechał na lotnisko zbierać Fulham. Raz chce jechać, raz nie chce. W końcu decyduje się na uczelnię, mamy się spotkać wieczorem. Przychodzi z wywołanymi na szybko fotami. Udało mu się zbić z ceny, choć i tak sporo zapłacił. Wychodzą do busu na trening. Przyjechali ze swoją ochroną. Wszyscy pozbierali co umieli, oglądają, co tam kto ma. A Ty Łukasz? Gelu mnie tak wcisnął w autobus, że nic nie mam. Nie przejmuj się, przyjadą z powrotem, to sobie coś zbierzesz.
Przyjechali. Nic nie zebrał.

Kraków. Inny hotel. Twente. Wychodzi coach Co i jakiś zawodnik na konferencję. Stoimy w czterech, wszyscy zmieszani. Kto to mógł być? Bajrami? Bo łysy? Ale nie podobny. Hej coach, kto to tam wszedł do busu. Charli! ?!? Aaa Chadli! Obciął się specjalnie tak, żebyście gonie poznali! Możemy mu zająć minutę? Pewnie, jak minutę to czemu nie, po czym ekipa wbija się do busu i spokojnie zbiera autografy.

Kilka minut wcześniej Michał wypytuje wszystkich, którzy mogą wiedzieć, kto pojedzie na konferencję. Podjeżdża jakiś minibus. Kierowca staje koło nas, przygląda się i zaczyna pytać po angielsku czy jesteśmy dziennikarzami i czy jedziemy z nim na konferencję. Tak, pewnie, czemu nie. Nie, spoko żartujemy. A to nie wie Pan kto tam pojedzie? Całość ciągle po angielsku, wywiązuje się kilku minutowy dialog. Widać, że wszyscy się starają pięknie ładnie po angielsku mówić, po czym tylko lekko znudzony i oparty o kolumnę przed Sheratonem autor tego tekstu stwierdza: A może Panowie tak po Polsku porozmawiamy? Konsternacja z obu stron. Kierowca, spoko, możemy. Myślałem, że jesteście zagranicznymi dziennikarzami, ale dzień.

Darek wącha kwiatki, od góry

Darek wącha kwiatki, od góry

Darek, stary imprezowicz, wszędzie kogoś zna, więc we Wrocławiu rusza na balety. Godzina 23:59. Sms. Ej (cenzura) spotkałem na klubach Ćwięlonga, Sobotę, Kelemena i Dudka, gadałem z Pepe, że taką drogę przebyłem po grafy, a oni jutro nie trenują. Sms zwrotny. A to pogoda i pora do imprezowania dopisuje? Nie zrozumiał, a szkoda.

Sobota. Wrocław. Włosi już odlecieli. Pogoda dopisuje. Stwierdzam, że idę choć trochę pozwiedzać, bo jedyne co widziałem przez 2 dni to autobusy, rozkopany dworzec, galerie handlowe, hotel i lotnisko. Mateqi zostaje ze mną. Szybko sprawdzamy, że Młody Śląsk gra z Młodym ŁKSem na Oporowskiej. Trochę chodzimy po Wrocławiu, ale nie ma co, jedziemy na mecz. Kilka osób udało się dorwać, ale ciągle interesowało nas, co to za Brazylijczyk może siedzieć na trybunach. Kolejny raz 90minut na telefonie. Chyba Alexandre? Idziemy do Łukasza Madeja, podpis, zdjęcie, Panie Łukaszu, czy to tam siedzi Alexandre. Tak, na pewno. Na pewno? Tak, na pewno. Spoko. Hey Alexandre możesz nam tu podpisać, Brazylijczyk ściąga słuchawki z uszu, podpisuje, Mateusz robi z nim fotę. Ale, hmmm, mi to nie wygląda na podpis Alexandre. 90minut. Szybkie sprawdzenie kadry Młodej Ekstraklasy Śląska i jest.
Niejaki Dudu.

Wrocław. Zbieramy przed hotelem Polaków. Nagle przyjeżdża ktoś. Skądś go znamy. A, Wojciech Gąssowski. Jak już stoimy to co nam tam, zbierzemy sobie. Krótka rozmowa. Pan Wojciech zamyślony, a może macie pożyczyć jakiś mazak, też bym sobie ich pozbierał.

Ląduje Fulham. Pulpet próbuje robić fotki z ręki z Hangelandem. Hangeland od niego o 2 głowy wyższy. Pyk, jedna, urwana głowa Pulpeta, drugie podejście. Tym razem Brede bez głowy. Udało się, chyba, za 3 razem.

True story, bro!

WPIS AUTORSTWA GOLLAZA.

Pamiętajcie o Alamo!

wtorek, 13 Wrzesień 2011
Mamy tu Meksyk, o jakim nawet nie śnisz!

Mamy tu Meksyk, o jakim nawet nie śnisz!

Pamiętacie o Alamo? Znaczne, nieprzyjemne siły meksykańskie chcą stłamsić biednych Teksańczyków, ale Ci twardo się bronią przez 13 dni. Nie? To właśnie będzie historia o nieprzyjemnych meksykańskich siłach, zielonej hołocie i naszej nieustraszonej z manim walce o autografy.

W składzie mani, Pycio, śmietana, gollaz postanowiliśmy zrobić wycieczkę w krainy dzikie, by pozbierać narodowych reprezentantów Meksyku w piłce nożnej, zobaczyć mecz międzynarodowy wspomnianej drużyny z polskimi kopaczami i jak zwykle miło spędzić czas. Data: 01.09 (czwartek) – 03.09.2011 (sobota).

Od poniedziałku, kiedy Meksykanie przylecieli napływają do mnie z różnych stron sprzeczne informacje. Na lotnisku spoko, podpisują dużo, Torrado only one, Hernandez tylko na koszulkach i proporczykach, ale zawsze coś. Plan mam opracowany, zdjęcia wywołane pośrednio, czas ruszać w drogę. Melduje się w pogrążonej ciemnościami stolicy już o 4 rano, Marcin dociera jakieś 3,5 godziny później. Szybkie śniadanie w postaci tradycyjnej kuchni warszawskiej (kebab) i czas ruszać pod hotel. Nawet udaje nam się trafić bez problemów, pod hotel schodzą się oprócz nas inni kolekcjonerzy, dojeżdżają forumowi MAT92 oraz Krystian, kilku innych znanych mi z opowieści kolekcjonerów, czas nam mija spokojnie, aż w końcu idą na nas te hordy nieprzyjaciół. Ja dopadam jednego, Ochoę x2, mani upolował 3, ale grafów ma 5. Inni jeszcze gorzej. Torrado na każdym zdjęciu twierdzi, że to nie on. No to się nam pięknie zaczęła przygoda. Pojechali. Ile mogą mieć trening? 2 godziny? Czas na piwo! Wbijamy do Ogrodu Saskiego, różne dziwne zwierzęta tam, żyją, kombinacje psów z końmi. No nic, jak piwa nie można, to może można Ice Tea z pianką? Ledwo załyczyliśmy a już nas atakują niebieskie stwory. O Panowie, tak ciepło, a Wy bez piwka? A telefony skąd macie? Kradzione! A skąd? Z salonu! A to w porządku, widzę fajne chłopaki, no to nic, do widzenia! Oby nie, siema! Do widzenia!. Powrót pod hotel, już za chwilę wrócą, już za godzinkę! Albo za dwie? Wrócili po 5. Ilość zdobytych podpisów: 0. Meksykanie wszyscy tacy sami, koniec, ja przestaję zbierać na zdjęciach, bo nic z tego nie będzie. Kapitalnie!

Ono też chciało być piłkarzem!

Ono też chciało być piłkarzem!

No to nic, lecimy na obiad, tradycyjna kuchnia warszawska dalej w modzie (McDonald) i pod hotel Polaków. Tam już jakoś idzie lepiej. Na pierwszy ogień idzie Cezary Kucharski, dalej z grubej rury, Roman Kołtoń, który uwaga! nie jest piłkarzem, choć zawsze chciał nim być, Jacek Kazimierski, sędzia spotkania Alexandru Deaconu, dalej reprezentanci, Sandomierski, jest, Wawrzyniak, jest! Hmm, mani, kurde, tyle mam tych zdjęć, a jeszcze ani jednego nie podpisanego? Bo mani to wiadomo, już miał z 80 zdjęć podpisanych, jak się wywołuje 14 Małeckich i 23 Błaszczykowskich to tak jest . Wreszcie coś się ruszyło, Szczęsny jest, Wasilewski jest, Smuda, jest, Frankowski, jest, Zieliński, jest. W zasadzie to nie pamiętam czy akurat tych złapaliśmy po treningu, przed treningiem, czy dopiero nazajutrz, zbieraliśmy 3 razy i nie wyglądało to źle.

DAREK PASIEKA!

DAREK PASIEKA!

Kilku nie udało się zebrać, dołożyliśmy kilka niespodziewanych grafów – Kasperczak, Borek, Baszczyński, Kowalewski… i DARIUSZ PASIEKA! Personalne zwycięstwo Marcina. I Pana Dariusza, który prawie przemknął się niezauważony. Jedynie uciekł nam młody Koźmiński. Tylko od Jarka Jakimowicza nikt autografów nie chciał. Wiadomo, to Meksyk miał być najważniejszy na tej wycieczce, więc opisywanie zbierania Polaków sobie już odpuszczę. Szybkie zakupy, bo na Bielanach gdzie spaliśmy nie ma żadnych sklepów (tak twierdził Pulpet, który spał tam wcześniej z Pirlo). Te nic to Żabka, Biedronka, Makro i inne sklepy, no ale… Szybka podróż metrem, autobusem, z buta, prawie jak Stare Miasto i Jak Się Poruszać Po Mieście, na miejscu czteropak na kolację i spać. Ponad 40 godzin bez snu zrobiło swoje.

Polska - Meksyk

Polska - Meksyk

Z hotelu wybijamy o świcie, rano Meksykanie mieli mieć rozruch, spacer, czy coś w tym stylu. Pod hotelem stała ekipa. Meksykanie znowu rach ciach ciach i są w busie. Trzech udało się dopaść, maniemu dwóch. Skok ilościowy w moim wykonaniu ogromny. Dowiadujemy się, że rozruch mają na Polonii, więc szybka konsultacja z MATem, przechodniami i ruszamy tramwajem na Konwiktorską. Trening zamknięty dla publiczności, tzn. wchodzą wszyscy, którzy chcą oprócz mnie, maniego i dwóch kolegów. Nawet gość na rowerze. Ale przecież ochroniarz wie, kogo może, a kogo nie może wpuścić i nie ma o czym dyskutować. Jak mani miał Pasiekę, tak ja miałem Piotrka Stokowca. A co? Nie po to przyjechałem do Warszawy, żeby nie zbierać kogo się tylko da. Rozruch kończy się dość szybko, znowu udaję się załapać na 2 czy tam 3 autografy. Gdybym zdobył w jeden dzień 7, to byłbym zły. Teraz jestem nieoczekiwanie zadowolony. Już siedem! A jeszcze z cztery podejścia. Czas najwyższy na tradycyjną kuchnię warszawską (tym razem wypadło na KFC) i znowu pod hotel Polaków. Czasu trochę mieliśmy, więc plan był, aby wpaść do sejmu, przemówić coś, senatora Piechniczka spotkać, niestety skończyło się tylko na oglądaniu budynków sejmu i senatu z zewnątrz. Polaków pod hotelem pozbieraliśmy, więc czas na mecz.

Piknik

Piknik

Mecz jak mecz, mani nie chciał kibicować, ja kibicować z założenia mogłem tylko Meksykowi, zasmakowaliśmy tradycyjnej kuchni warszawskiej (kiełbasa w bułce), piknik na 100%. Polacy kopali jak umieli, Meksykanie na pół gwizdka. Ja już na Pepsi Arenie, która wtedy jeszcze nie była gazowana, byłem, mani nie, nie wiem jak jego opinia, ale mi się podoba. Po meczu próbujemy wydostać się z pod stadionu busem. Nasz cel to oczywiście hotel Meksykanów. Do pierwszego nie wbijamy, bo jest przepełniony, drugi i trzeci nie przyjeżdżają, więc ewakuujemy się z buta. Jak tylko odeszliśmy na 2 minuty przyjechał pierwszy, znowu przepełniony. Kolejny jedzie, biegniemy, jest, udało się. Jedziemy razem z grupą meksykańskich kibiców. Przynajmniej wesoło było, tylko Polki, blondynki, mimo życzeń naszych gości nie chcą tańczyć na rurkach.

Chicharito

Chicharito

Pod hotelem kilka osób, jedna dziewczyna chce się rozbierać dla Chicharito, piłkarze podjeżdżają, tym razem w końcu coś konkretnego, Marquez podpisuje raz, dos Santos raz, zawsze coś i jakiś dziwny gość na Ch też, szkoda, że to tylko Cherookie. Jest ok. Jak na nich. Znajomy schemat, metro, nocny bus, oooops nie ten co miał być, wracamy z buta dość trochę, kolejny nocny bus, kilka piw, godzina 3, wstawać na 7, żeby zbierać jeszcze Polaków przed odlotem do Gdańska? Chęci może i były, ale dajemy sobie spokój.

Rano kolejny trening Meksykanów, tym razem od razu udajemy się na Polonię. Schodzą się znani już nam wcześniej kolekcjonerzy oraz forumowy Michał. Jak możecie się domyśleć, nie tylko na forum ma takie imię! Choć sprytne by było gdyby miał np. Wojtek, o! Na trening Meksykanie przyjeżdżają w okrojonym składzie i zaliczamy kolejny pusty przelot. Na szczęście po są znacznie milsi. Znowu Marquez podpisuje, mani ma chyba z 11 jego autografów (tak, ferrari, aż tyle!) , dos Santos, Salcido. Wyłamuje się jak zawsze trener. Ja znowu złapałem tego na Ch! Przynajmniej go przehandlowałem z manim na Israela. Co to by był za dzień, gdybyśmy nie skosztowali tradycyjnej kuchni warszawskiej (znowu McDonald)? Tym razem towarzyszył nam Michał. Pojedli, to czas kupić mazak. Dla maniego skończyłoby się to prawie dożywociem. Chciał być kurde Playboyem! Bramka pikała i pikała, a w dwóch plecakach maniego można było znaleźć prawie wszystko. Już miał się rozbierać do majtek, ale na szczęście to tylko dezodorant, do tego w połowie pusty (a może w połowie pełny?). Ostatnia szansa nas jeszcze czekała na lotnisku. Michał pokazuje nam, gdzie w Warszawie spokojnie można wypić piwo, droga mija szybko. Jesteśmy, znowu te same osoby! Znowu te same autografy, Duenas, Ochoa, Barrera. Tylko jeden jakiś przygłupi. Ale trzeba mu wybaczyć, w końcu ostatnio miał jakiś uraz głowy, niech już leci jak najdalej. No to pa zielona hołoto! Ich wizytę kończy stwierdzenie Darka, w końcu polecieli. Od Michała razem z manim dostajemy w prezencie po autografie Sinhy na zdjęciu. DZIĘ-KU-JE-MY. Jeszcze ostatni tradycyjny posiłek warszawski (Burger King), piwo w Złotych Tarasach, obczajanie reprezentacji u-17 Cypru, która też się tam szlajała i wreszcie powrót z zaświatów na Śląsk! Podróż błyskawiczna, gdy ja dojeżdżałem do Katowic mani dopiero wsiadał do pociągu.

Bilans zysków to 21 autografów od 14 Meksykanów + dwa, po jednym od maniego i Michała + sporo autografów Polaków. Było na pewno ciekawie, do następnego i pamiętajcie o Alamo!

WPIS AUTORSTWA GOLLAZA.

 

Unikatowy autograf od Mierzejewskiego

Unikatowy autograf od Mierzejewskiego

A na zakończenie kilka słów od maniego: Całą wyprawę będę wspominał bardzo dobrze. Od jej początku, kiedy ku mojemu zdziwieniu przyjechałem pociągiem na czas, gdzie mój tegoroczny wakacyjny bilans opóźnień w podróży to 2h do Cieszyna, 3h do Pragi, 1h z Krakowa, 4h do Krakowa, 0,66h do Wrocławia. W Warszawie mogłem się także sporo nauczyć. Przede wszystkim wiem już, że zdjęć nie należy przyklejać do zeszytu. O ile zbierając Wisłę w Trójmieście udało mi się Mateuszowi Kowalskiemu wyperswadować, że podpisywanie się pod zdjęciem, na obliczeniach matematycznych nie jest tym, co się od niego oczekuje, o tyle tym razem nie udało się. Stąd mam unikatowy podpis Adriana Mierzejewskiego (odklejając zdjęcie od kartki będę miał dwa unikalne podpisy, wciąż rozważam zrobienie tego). Ze zbierania Polaków najbardziej utkwił w pamięci Przemysław Tytoń, który raczył się mnie zapytać przy podpisywaniu drugiego z trzech zdjęć: „Co wy k**wa to sprzedajecie?” „Kto by Ciebie człowieku kupił? Ależ skąd!”. Muszę też zdementować niektóre rzeczy napisane przez Grzegorza. Nie podpisałem 14 fot Małeckiego i 23 Błaszczykowskiego, ich zostawiłem sobie na Gdańsk :P . Ponadto, nie podpisałem aż 11 Marquezów, więc nie łam się Szymon ;) Co więcej, jestem dumny z siebie po rozpoznaniu Darka Pasieki. Wrzesień był dla mnie dobrym miesiącem, bo kilka dni później ponownie spotkałem pana Darka, kiedy przechadzał się po terenie sopockiego hotelu Sheraton. Tym razem jednak nikt ze zbierających kolekcjonerów nie pofatygował się po jego podpis :( No ale nic, pewnie kolekcjonerzy z Warszawy już go mieli, na niejednym zdjęciu. Wypad całkiem pozytywny, szkoda, że niektórzy użytkownicy nie dotarli, jak mieli. Ale może następnym razem wyjdzie lepiej: większą ekipą i bardziej przyjaznych grajków do zbierania ;)