Wpisy otagowane ‘Polska’

Wrocław 2011 – czyli byli Mistrzowie Świata w Polsce

środa, 18 Styczeń 2012
Stadion Miejski we Wrocławiu

Stadion Miejski we Wrocławiu

Od dawna kusi mnie napisanie dla was dłuższej notki na temat zbiorów we Wrocławiu, jednak brak chęci, tudzież brak czasu i nic z tego nie wychodziło. W ostatnim czasie nawet kilka zdań o Italii napisał Grzegorz. Postanowiłem napisać coś od siebie. Znalazłem troszeczkę czasu by opisać to co działo się w stolicy Dolnego Śląska.

Wszystko zaczęło się kilka miesięcy wcześniej. Mecz Polski z Włochami ma się odbyć w listopadzie. Pierwotnie planowano by był rozegrany we Warszawie lub w Poznaniu – jednak wypadło na Wrocław do którego mam ~140km. Postanowiłem więc udać się tam na 3 dniowe zbieranie.  Zabrałem ze sobą nie tylko zdjęcia Włoskich piłkarzy, które wywołałem tuż przed meczem, lecz także Polaków przygotowanych znacznie wcześniej…ale nie o tym czas pisać. Mamy czwartek! – krzyknąłem rano wstając z łóżka. Początek podróży, która w pamięci pozostanie bardzo długo. Sprawne pakowanie, poranna wizyta w toalecie, minutka na poczcie po odbiór zdjęć, centrum, PKP, … – mamy już gruuboo po 8, a ja już siedzę w pociągu gdzie sortowałem zdjęcia. Mija pierwsza godzina….Kalisz, mija druga godzina…Oleśnica, mija trzecia godzina…WROCŁAW!.  Pierwsze co ujrzałem to strasznie rozkopany dworzec oraz wielu zabieganych ludzi, teraz tylko pomyśleć co może dziać się na EURO!?. Ogarnięcie mojej mini mapki, którą trzymałem w kieszeni, obejście dookoła dworca, zakup biletów MPK – mamy południe. Jedzie tramwaj w stronę dzielnicy „Krzyki” do którego wsiadam i udaję się prosto (no może prawie) pod hotel Biało-Czerwonych „Platinium Palace”. Na pierwszym planie czerwony autokar naszej kadry – o dziwo mający jeszcze Orła, którym w ostatnim czasie żyła cała Polska. Kilka zdań do lokalnej telewizji. Idzie Franciszek Smuda:

- „Można prosić o autograf?”
- „Ależ śmiało!”

Robert Lewandowski i Mateqi

Robert Lewandowski i Mateqi

Mogłem cieszyć się z pierwszego autografu zdobytego we Wrocławiu, a jak to się mówi pierwsze koty za płoty. Zbiera się coraz większa grupka młodzieży z pobliskiej szkoły. Podpisy biorą w zeszytach, na kartkach, na czym się tylko da – jeden to zbierał nawet ołówkiem… Nagle po drugiej stronie hotelu ujrzałem znane mi twarze. Idzie Grzegorz wraz z Dariuszem oraz Karolem. Podchodzę, podaję dłoń. Patrzą się na mnie, jeden na drugiego, drugi na trzeciego. Pewnie sobie myślą „Kto to kurde jest!?” – jednak szybko zostałem rozpoznany i okazało się, że jestem niejaki forumowy „Mateqi” – Chłopak z Sieradza! Małe pogaduchy, przeglądanie zdjęć, oczekiwanie na piłkarzy. W między czasie przychodzi do nas Sebastian (SeboLZ), który już do końca zbiera razem z nami. Podjeżdża mały busik, zdjęcia i markery przygotowane w dłoniach. Z samochodu wychodzi znana nam skądś osoba. Szybko skojarzyłem, że jest to piosenkarz Wojciech Gąssowski (ambasador Euro2012) od którego wzięliśmy podpis – nóż, widelec – może się kiedyś przyda. Po chwili podchodzi do nas Pan Wojtek i pyta czy nie mamy pożyczyć jakiegoś pisaka, bo też chciałby sobie pozbierać reprezentantów ;) . Zaczęło robić się coraz ciekawiej. Kilka grajków podjeżdżało samochodami pod hotel przed którym śmiało mogliśmy zbierać autografy. I takim sposobem wpadły podpisy takich piłkarzy jak: Damien Perquis, Łukasz Piszczek, Łukasz Fabiański, Robert Lewandowski czy Marcin Wasilewski. Następnie wpadają kolejne podpisy. W sumie pod Platinium Palace zebrałem autografy 15 osób. Bardzo pozytywnie zaskoczyło mnie władanie językiem obcym przez Grzegorza, który nawet do Polaków mówił „please”, „thank you” – to się nazywa zawodowstwo.

JuvePoland na lotnisku

JuvePoland na lotnisku

Powoli się ściemnia, patrzymy na zegarek – godzina 17.00. Myślimy czy zostać jeszcze chwilkę i czekać na kolejne podpisy, czy jednak wybrać się wcześniej na lotnisko Strachowice, gdzie półtorej godziny później planowany był przylot reprezentacji Włoch. Wybieramy to drugie i po wcześniejszej konsultacji wsiadamy w pierwszy tramwaj, który zawozi nas w okolice „Eureki”. Stamtąd przesiadamy się w autobus lini 406, którym jedziemy już pod samo lotnisko. Korki, korki, korki: czy zdążymy?, nie ma bata musimy!.  Na lotnisku czekał już min. forumowy Gaucho, kilku kolekcjonerów z Warszawy oraz… pełno bandy z JuvePoland (jednak Majkela nie widzieliśmy). Na tablicy widnieje lot czarterowy z Pisa, czekamy, czekamy, LANDED!. Wszyscy gotowi i zwarci z niecierpliwością wypatrują znane im twarze. „Już idą” – krzyknął ktoś z tłumu, patrzymy, a tam..wybiega śmiechowo wyglądający operator kamery z Włoskiej telewizji. Wszyscy widoczny uśmiech na twarzy. Po chwili wychodzą już wszyscy. Każdy łapie kogo popadnie (no przynajmniej próbują). Fan Club piłkarzy Juventusu, Sebastian piłkarzy Milanu, ja Andreę Pirlo (który podpisuje się na twarzy :P ) oraz Giorgio Chielliniego, a Pan Dario ze Stolicy rzuca się na Cesare Prandelliego niczym nieprzyjemne siły meksykańskie wspomniane wcześniej przez Gollaza. Zanim się odwróciłem wszyscy piłkarze siedzą już w autokarze, udaje mi się jednak zawołać siedzącego na brzegu Gabriele Pina, którego zbierają także inni. Jak szybko przylecieli, tak szybko odjechali.  Trochę spóźnieni udajemy się pod hotel Radisson Blu, gdzie liczyliśmy na zdobycie kolejnych podpisów. Guzik! – wszyscy piłkarze już dawno w pokojach, jedynie został coach, który wracał po konferencji. Zrobiliśmy więc sobie dodatkowo kilka zdjęć. Czekamy dalej, jednak nic się nie pojawiało. Zniechęceni całą tą sytuacją udajemy się każdy w swoje strony z myślą o następnym dniu. Podróż do miejsca nocowania mija wyjątkowo szybko, kilka przesiadek i już jestem w domu przy ulicy Piwowarskiej, gdzie smacznie położyłem się spać.

Luigi Riva i Mateqi

Luigi Riva i Mateqi

Piątek – dla jednych Dzień Niepodległości, dla nas drugi dzień zbierania oraz mecz ekipy Pani Adamiakowej Franciszka Smudy. Godzina 8.30 pobudka!. Szybkie śniadanie, ogarnięcie plecaka. Miejscowy spożywczak oblegany przez starą gwardię czekająca na prowiant w postaci wysokoprocentowych trunków. Ale jak to nasze stare, Polskie przysłowie brzmi „dzień święty, trzeba święcić!”.  Pod hotelem jestem już o godzinie 10.00, gdzie czekał Tick, Pirlo, Gollaz, a SeboLZ powoli dojeżdżał.

- „Kogoś już macie?”
- „Nie, tylko Pin, wraz ze sztabem zeszli na dół i spacerują po recepcji”.

Claudio Marchisio i Mateqi

Claudio Marchisio i Mateqi

No to szykuje się kolejny ciężki dzień! – pomyślałem.  Mijają pierwsze godziny. Pojawia się ochroniarz informujący nas o tym, że piłkarze na dół nie zejdą, a więc nie ma co liczyć na autografy tym bardziej w popołudniowych godzinach bla, bla, bla. Nie zrezygnowaliśmy! – czekamy dalej. Mijają kolejne godziny, na dworze zimno (ale czego nie robi się dla autografów). Między godziną 13.00-14.00 piłkarze mają zejść na dół na obiad. Fałszywy alarm! obiad jedzą na górze.  Z każdą minutą oraz godziną nadzieje na kolejne podpisy upadają, jednak ni stąd, ni zowąd na schodach hotelu pojawia się tajemnicza osoba w błękitnej koszulce. Claudio Marchisio! pomocnik Juventusu rozmawiający przez telefon. Bardzo miły „Il Principino” podpisuje wszystkim zdjęcia oraz pozuje do zdjęć. Pojawia się też Daniele De Rossi. Sebastian próbuje podbiec jednak nic bardziej mylnego – De Rossi jest znacznie szybszy i ucieka szybko przez schody prowadzące do pokoi piłkarzy. Dokoła hotelu kręci się tylko Luigi Riva, Giancarlo Abete oraz sztab treningowy. Grzegorz z kolegami udają się na spacer, na którym zahaczyli o KFC (podobno było gorsze niż w Warszawie). Pod hotel podjeżdża taksówka z której wysiada znana nam postać: Zbigniew Boniek!. (autograf Bońka dawno został moim wymarzonym podpisem jednak nie spodziewałem się, że zdołam zebrać go osobiście). „Zibi” podpisuje wszystko oraz pozuje do zdjęć. Daję do podpisania flagę biało-czerwoną reprezentacji Polski.

- „Można prosić o podpis na fladze z dedykacją dla Mateusza?”
- „Jasne!”
- „Ale czy ta flaga to jeszcze z orzełkiem czy już nie?”. (wszyscy zaczęli się śmiać.).

Później czekamy już w środku hotelu. Miłe zaskoczenie – zobaczyliśmy… wesele, które właśnie odbywało się w restauracji hotelu.

Godzina 18.00. Poznany już wcześniej Pan ochroniarz, wraz z kolegą podchodzi i grzecznie informuje, nas o tym abyśmy opuścili hotel, gdyż piłkarze niedługo będą zjeżdżać na dół. Czekamy i czekamy. Wychodzą! Ja ze skorowidzem w ręku, inni ze zdjęciami w grabie. Idzie Buffon!. Wystawiłem najdalej jak mogłem moją rękę i uff.. podpisuje się na pięknym zdjęciu podnoszącym puchar Mistrzostw Świata. Sebastianowi pomazał bardzo ciekawy autograf, który w znacznej części znajduje się na kartce, a nie na zdjęciu… wołamy dalej – nic. Pojechali na mecz.  Czas wolny. Grzegorz, Karol i Darek udali się do swojego pokoju, gdzie się zdrzemnęli oraz obejrzeli mecz reprezentacji (przynajmniej pierwszą połowę, bo na drugiej zasnęli). Wraz z Sebastianem udałem się prosto na stadion. Droga umilana śpiewami zagorzałych kibiców. Oczywiście znane nam wcześniej przyśpiewki: „Gdzie jest orzeł?”, „PZPN”, „Lato kondonie…” i inne tego typu serenady.  Po pół godzinie jesteśmy na miejscu. Rozchodzimy się, pod rodzę zaliczam hotel „Etap” gdzie w recepcji czekał dla mnie bilet prosto od Wojciecha Łazarka. Wejście na stadion w miarę sprawne. Zasiadłem na trybunach gdzie przez prawie cały mecz dopingowałem Polaków (piszę prawie, ponieważ w przerwie musiałem coś przekąsić. Minuty spędzone w kolejce nie dały oczekiwanego skutku, powód?: skończyły się parówki! ).

Polska - Włochy

Polska - Włochy

Polacy starali się jak mogli, przegrali 2:0. W ostatnich minutach Kuba nie wykorzystał rzutu karnego. Po tej sytuacji wyszedłem ze stadionu i miałem do wyboru: albo jadę jeszcze raz pod hotel Włochów szukać szczęścia, albo prosto do domu. Do Wrocławia przyjechałem po to by pozbierać autografy, więc wybrałem pierwszą opcję nie zważając na to, że było już grubo po 23.00, a nocnych powrotnych autobusów prawie nie miałem. Przyjeżdżają. Zatrzymują się pojedyncze sztuki, których ciężko złapać, reszta macha, słucha muzyki. Jedynie Marchisio zatrzymuje się i ponownie podpisuje to co chcemy. Kierujemy się do domów – spotykamy się jutro na lotnisku.  Podróż z przygodami, znikoma ilość autobusów, brak tramwajów – czego tutaj jeszcze chcieć?. W domu jestem o godzinie 4.00. Pobudka szykowała się dość wcześnie gdyż piłkarze wylatywali już przed 11.00.

Oporowska

Oporowska

Sobota. Spałem dość krótko. Na lotnisku jestem niecałą godzinkę przed odlotem. Przyjechali, wychodzą!. Pierwszy rzucony na pożarcie został Antonio Nocerino od którego wziąłem podpis i udałem się prosto do Simone Pepe. Wszyscy zdążyli uciec. Celnicy zamykają wejście, jednak co mi tam wołam dalej… patrzę Montolivo!. Riccardo podpisuje moje zdjęcia. Był to ostatni zdobyty podpis na lotnisku. Lekko niezadowoleni wracamy na dworzec centralny skąd wszyscy rozjeżdżamy się w swoje strony. SeboLZ do domu we Wrocławiu, Pirlo do znajomych, Gaucho do Poznania, Tick w stronę Krakowa, a Warszawa… do Stolicy. Jako jedyny ostał się Gollaz i ja. Postanowiłem więc udać się do Sieradza późniejszym pociągiem, a wraz z bardziej doświadczonym ode mnie kolekcjonerem pozwiedzać piękne miasto jakim jest Wrocław.  Grzegorz sprawdza niezawodne google w telefonie. Młody Śląsk gra z Młodym ŁKS-em na Oporowskiej. Nie ma co! wybieramy się na mecz. W składach obu drużyn kilku podstawowych zawodników. Zebraliśmy takie podpisy jak: Mariusz Pawelec, Przemysław Kaźmierczak, Mateusz Cetnarski, Marek Gancarczyk, Łukasz Madej czy nowy trener drużyny z Łodzi Ryszard Tarasiewicz. Powrót szybka, bez żadnych przygód.

Wyjazd uważam za bardzo udany, miła, kolekcjonerska atmosfera. Wszyscy pozytywnie nastawieni. Dziękuję wszystkim za miło spędzone trzy dni we Wrocławiu. Oby do następnego!

PS Hotel Polaków: Grześ zrobił się głodny, szuka czegoś do przekąszenia, namawia chłopaków na obiad, jednak się nie udało. Przed Platinium Palace wisi karteczka z menu, czytam, czytam.. ooo! placki ziemniaczane w hotelu za jedyne dwadzieścia parę złotych. Niestety Grzegorz musiał się zadowolić kawałeczkiem czekolady, którą poczęstował go Darek ;) .

Po chwili toaleta!, w ogóle gdzie jest jakaś toaleta?, to lewo, to prawo – nie ma!. Grzegorz zrobił kółko wokół parku (nie było go kilka minut/pół godziny) nigdzie jednak nie ma toalety. Załatwił się dopiero później na lotnisku – achhh ten Wrocław!. Będę go miło wspominał!

Obiecuję, że kolejne notki nie będą tak długie jak ta, którą pisałem dwa dni ;)

Pozdrawiam Mateqi

Pamiętajcie o Alamo!

wtorek, 13 Wrzesień 2011
Mamy tu Meksyk, o jakim nawet nie śnisz!

Mamy tu Meksyk, o jakim nawet nie śnisz!

Pamiętacie o Alamo? Znaczne, nieprzyjemne siły meksykańskie chcą stłamsić biednych Teksańczyków, ale Ci twardo się bronią przez 13 dni. Nie? To właśnie będzie historia o nieprzyjemnych meksykańskich siłach, zielonej hołocie i naszej nieustraszonej z manim walce o autografy.

W składzie mani, Pycio, śmietana, gollaz postanowiliśmy zrobić wycieczkę w krainy dzikie, by pozbierać narodowych reprezentantów Meksyku w piłce nożnej, zobaczyć mecz międzynarodowy wspomnianej drużyny z polskimi kopaczami i jak zwykle miło spędzić czas. Data: 01.09 (czwartek) – 03.09.2011 (sobota).

Od poniedziałku, kiedy Meksykanie przylecieli napływają do mnie z różnych stron sprzeczne informacje. Na lotnisku spoko, podpisują dużo, Torrado only one, Hernandez tylko na koszulkach i proporczykach, ale zawsze coś. Plan mam opracowany, zdjęcia wywołane pośrednio, czas ruszać w drogę. Melduje się w pogrążonej ciemnościami stolicy już o 4 rano, Marcin dociera jakieś 3,5 godziny później. Szybkie śniadanie w postaci tradycyjnej kuchni warszawskiej (kebab) i czas ruszać pod hotel. Nawet udaje nam się trafić bez problemów, pod hotel schodzą się oprócz nas inni kolekcjonerzy, dojeżdżają forumowi MAT92 oraz Krystian, kilku innych znanych mi z opowieści kolekcjonerów, czas nam mija spokojnie, aż w końcu idą na nas te hordy nieprzyjaciół. Ja dopadam jednego, Ochoę x2, mani upolował 3, ale grafów ma 5. Inni jeszcze gorzej. Torrado na każdym zdjęciu twierdzi, że to nie on. No to się nam pięknie zaczęła przygoda. Pojechali. Ile mogą mieć trening? 2 godziny? Czas na piwo! Wbijamy do Ogrodu Saskiego, różne dziwne zwierzęta tam, żyją, kombinacje psów z końmi. No nic, jak piwa nie można, to może można Ice Tea z pianką? Ledwo załyczyliśmy a już nas atakują niebieskie stwory. O Panowie, tak ciepło, a Wy bez piwka? A telefony skąd macie? Kradzione! A skąd? Z salonu! A to w porządku, widzę fajne chłopaki, no to nic, do widzenia! Oby nie, siema! Do widzenia!. Powrót pod hotel, już za chwilę wrócą, już za godzinkę! Albo za dwie? Wrócili po 5. Ilość zdobytych podpisów: 0. Meksykanie wszyscy tacy sami, koniec, ja przestaję zbierać na zdjęciach, bo nic z tego nie będzie. Kapitalnie!

Ono też chciało być piłkarzem!

Ono też chciało być piłkarzem!

No to nic, lecimy na obiad, tradycyjna kuchnia warszawska dalej w modzie (McDonald) i pod hotel Polaków. Tam już jakoś idzie lepiej. Na pierwszy ogień idzie Cezary Kucharski, dalej z grubej rury, Roman Kołtoń, który uwaga! nie jest piłkarzem, choć zawsze chciał nim być, Jacek Kazimierski, sędzia spotkania Alexandru Deaconu, dalej reprezentanci, Sandomierski, jest, Wawrzyniak, jest! Hmm, mani, kurde, tyle mam tych zdjęć, a jeszcze ani jednego nie podpisanego? Bo mani to wiadomo, już miał z 80 zdjęć podpisanych, jak się wywołuje 14 Małeckich i 23 Błaszczykowskich to tak jest . Wreszcie coś się ruszyło, Szczęsny jest, Wasilewski jest, Smuda, jest, Frankowski, jest, Zieliński, jest. W zasadzie to nie pamiętam czy akurat tych złapaliśmy po treningu, przed treningiem, czy dopiero nazajutrz, zbieraliśmy 3 razy i nie wyglądało to źle.

DAREK PASIEKA!

DAREK PASIEKA!

Kilku nie udało się zebrać, dołożyliśmy kilka niespodziewanych grafów – Kasperczak, Borek, Baszczyński, Kowalewski… i DARIUSZ PASIEKA! Personalne zwycięstwo Marcina. I Pana Dariusza, który prawie przemknął się niezauważony. Jedynie uciekł nam młody Koźmiński. Tylko od Jarka Jakimowicza nikt autografów nie chciał. Wiadomo, to Meksyk miał być najważniejszy na tej wycieczce, więc opisywanie zbierania Polaków sobie już odpuszczę. Szybkie zakupy, bo na Bielanach gdzie spaliśmy nie ma żadnych sklepów (tak twierdził Pulpet, który spał tam wcześniej z Pirlo). Te nic to Żabka, Biedronka, Makro i inne sklepy, no ale… Szybka podróż metrem, autobusem, z buta, prawie jak Stare Miasto i Jak Się Poruszać Po Mieście, na miejscu czteropak na kolację i spać. Ponad 40 godzin bez snu zrobiło swoje.

Polska - Meksyk

Polska - Meksyk

Z hotelu wybijamy o świcie, rano Meksykanie mieli mieć rozruch, spacer, czy coś w tym stylu. Pod hotelem stała ekipa. Meksykanie znowu rach ciach ciach i są w busie. Trzech udało się dopaść, maniemu dwóch. Skok ilościowy w moim wykonaniu ogromny. Dowiadujemy się, że rozruch mają na Polonii, więc szybka konsultacja z MATem, przechodniami i ruszamy tramwajem na Konwiktorską. Trening zamknięty dla publiczności, tzn. wchodzą wszyscy, którzy chcą oprócz mnie, maniego i dwóch kolegów. Nawet gość na rowerze. Ale przecież ochroniarz wie, kogo może, a kogo nie może wpuścić i nie ma o czym dyskutować. Jak mani miał Pasiekę, tak ja miałem Piotrka Stokowca. A co? Nie po to przyjechałem do Warszawy, żeby nie zbierać kogo się tylko da. Rozruch kończy się dość szybko, znowu udaję się załapać na 2 czy tam 3 autografy. Gdybym zdobył w jeden dzień 7, to byłbym zły. Teraz jestem nieoczekiwanie zadowolony. Już siedem! A jeszcze z cztery podejścia. Czas najwyższy na tradycyjną kuchnię warszawską (tym razem wypadło na KFC) i znowu pod hotel Polaków. Czasu trochę mieliśmy, więc plan był, aby wpaść do sejmu, przemówić coś, senatora Piechniczka spotkać, niestety skończyło się tylko na oglądaniu budynków sejmu i senatu z zewnątrz. Polaków pod hotelem pozbieraliśmy, więc czas na mecz.

Piknik

Piknik

Mecz jak mecz, mani nie chciał kibicować, ja kibicować z założenia mogłem tylko Meksykowi, zasmakowaliśmy tradycyjnej kuchni warszawskiej (kiełbasa w bułce), piknik na 100%. Polacy kopali jak umieli, Meksykanie na pół gwizdka. Ja już na Pepsi Arenie, która wtedy jeszcze nie była gazowana, byłem, mani nie, nie wiem jak jego opinia, ale mi się podoba. Po meczu próbujemy wydostać się z pod stadionu busem. Nasz cel to oczywiście hotel Meksykanów. Do pierwszego nie wbijamy, bo jest przepełniony, drugi i trzeci nie przyjeżdżają, więc ewakuujemy się z buta. Jak tylko odeszliśmy na 2 minuty przyjechał pierwszy, znowu przepełniony. Kolejny jedzie, biegniemy, jest, udało się. Jedziemy razem z grupą meksykańskich kibiców. Przynajmniej wesoło było, tylko Polki, blondynki, mimo życzeń naszych gości nie chcą tańczyć na rurkach.

Chicharito

Chicharito

Pod hotelem kilka osób, jedna dziewczyna chce się rozbierać dla Chicharito, piłkarze podjeżdżają, tym razem w końcu coś konkretnego, Marquez podpisuje raz, dos Santos raz, zawsze coś i jakiś dziwny gość na Ch też, szkoda, że to tylko Cherookie. Jest ok. Jak na nich. Znajomy schemat, metro, nocny bus, oooops nie ten co miał być, wracamy z buta dość trochę, kolejny nocny bus, kilka piw, godzina 3, wstawać na 7, żeby zbierać jeszcze Polaków przed odlotem do Gdańska? Chęci może i były, ale dajemy sobie spokój.

Rano kolejny trening Meksykanów, tym razem od razu udajemy się na Polonię. Schodzą się znani już nam wcześniej kolekcjonerzy oraz forumowy Michał. Jak możecie się domyśleć, nie tylko na forum ma takie imię! Choć sprytne by było gdyby miał np. Wojtek, o! Na trening Meksykanie przyjeżdżają w okrojonym składzie i zaliczamy kolejny pusty przelot. Na szczęście po są znacznie milsi. Znowu Marquez podpisuje, mani ma chyba z 11 jego autografów (tak, ferrari, aż tyle!) , dos Santos, Salcido. Wyłamuje się jak zawsze trener. Ja znowu złapałem tego na Ch! Przynajmniej go przehandlowałem z manim na Israela. Co to by był za dzień, gdybyśmy nie skosztowali tradycyjnej kuchni warszawskiej (znowu McDonald)? Tym razem towarzyszył nam Michał. Pojedli, to czas kupić mazak. Dla maniego skończyłoby się to prawie dożywociem. Chciał być kurde Playboyem! Bramka pikała i pikała, a w dwóch plecakach maniego można było znaleźć prawie wszystko. Już miał się rozbierać do majtek, ale na szczęście to tylko dezodorant, do tego w połowie pusty (a może w połowie pełny?). Ostatnia szansa nas jeszcze czekała na lotnisku. Michał pokazuje nam, gdzie w Warszawie spokojnie można wypić piwo, droga mija szybko. Jesteśmy, znowu te same osoby! Znowu te same autografy, Duenas, Ochoa, Barrera. Tylko jeden jakiś przygłupi. Ale trzeba mu wybaczyć, w końcu ostatnio miał jakiś uraz głowy, niech już leci jak najdalej. No to pa zielona hołoto! Ich wizytę kończy stwierdzenie Darka, w końcu polecieli. Od Michała razem z manim dostajemy w prezencie po autografie Sinhy na zdjęciu. DZIĘ-KU-JE-MY. Jeszcze ostatni tradycyjny posiłek warszawski (Burger King), piwo w Złotych Tarasach, obczajanie reprezentacji u-17 Cypru, która też się tam szlajała i wreszcie powrót z zaświatów na Śląsk! Podróż błyskawiczna, gdy ja dojeżdżałem do Katowic mani dopiero wsiadał do pociągu.

Bilans zysków to 21 autografów od 14 Meksykanów + dwa, po jednym od maniego i Michała + sporo autografów Polaków. Było na pewno ciekawie, do następnego i pamiętajcie o Alamo!

WPIS AUTORSTWA GOLLAZA.

 

Unikatowy autograf od Mierzejewskiego

Unikatowy autograf od Mierzejewskiego

A na zakończenie kilka słów od maniego: Całą wyprawę będę wspominał bardzo dobrze. Od jej początku, kiedy ku mojemu zdziwieniu przyjechałem pociągiem na czas, gdzie mój tegoroczny wakacyjny bilans opóźnień w podróży to 2h do Cieszyna, 3h do Pragi, 1h z Krakowa, 4h do Krakowa, 0,66h do Wrocławia. W Warszawie mogłem się także sporo nauczyć. Przede wszystkim wiem już, że zdjęć nie należy przyklejać do zeszytu. O ile zbierając Wisłę w Trójmieście udało mi się Mateuszowi Kowalskiemu wyperswadować, że podpisywanie się pod zdjęciem, na obliczeniach matematycznych nie jest tym, co się od niego oczekuje, o tyle tym razem nie udało się. Stąd mam unikatowy podpis Adriana Mierzejewskiego (odklejając zdjęcie od kartki będę miał dwa unikalne podpisy, wciąż rozważam zrobienie tego). Ze zbierania Polaków najbardziej utkwił w pamięci Przemysław Tytoń, który raczył się mnie zapytać przy podpisywaniu drugiego z trzech zdjęć: „Co wy k**wa to sprzedajecie?” „Kto by Ciebie człowieku kupił? Ależ skąd!”. Muszę też zdementować niektóre rzeczy napisane przez Grzegorza. Nie podpisałem 14 fot Małeckiego i 23 Błaszczykowskiego, ich zostawiłem sobie na Gdańsk :P . Ponadto, nie podpisałem aż 11 Marquezów, więc nie łam się Szymon ;) Co więcej, jestem dumny z siebie po rozpoznaniu Darka Pasieki. Wrzesień był dla mnie dobrym miesiącem, bo kilka dni później ponownie spotkałem pana Darka, kiedy przechadzał się po terenie sopockiego hotelu Sheraton. Tym razem jednak nikt ze zbierających kolekcjonerów nie pofatygował się po jego podpis :( No ale nic, pewnie kolekcjonerzy z Warszawy już go mieli, na niejednym zdjęciu. Wypad całkiem pozytywny, szkoda, że niektórzy użytkownicy nie dotarli, jak mieli. Ale może następnym razem wyjdzie lepiej: większą ekipą i bardziej przyjaznych grajków do zbierania ;)

Swing z Łotyszami

czwartek, 28 Lipiec 2011

18 lipca 2011. Owa data nie była ważna jedynie dla Króla Futbolu – Pelé, w 30. rocznicę jego ostatniego występu w reprezentacji Brazylii. Właśnie tym dniem kolekcjonerzy autografów z Krakowa zainaugurowali nowy sezon zbierania podpisów piłkarzy z drużyn przyjeżdżających do grodu Kraka na mecze eliminacji Ligi Mistrzów. Tym razem los zdecydował, że w II rundzie Wisła Kraków zmierzy się z mistrzem Łotwy – Skonto Ryga.

*

Ok. 11:00 pod Hotel Swing przybywa Gelu uzbrojony w trzy markery i ponad 20 zdjęć do podpisu. Obchodzi dookoła miejsce pobytu Łotyszów i z niesmakiem stwierdza, że w okolicy nie ma ani jednej ławki. Niepocieszony niespodziewanym obrotem wydarzeń, siada na krawężniku. Po chwili dostrzega na horyzoncie idącego dostojnym krokiem kompana rodem z Bielska-Białej – Darka, znanego również jako Tick. Kolekcjonerzy wymieniają tradycyjne uściski dłoni. Po godzinie rozmów, których tematami są m.in. kolekcjonerstwo, piłka nożna oraz deficyt miejsc do siedzenia pod budynkiem następuje nieoczekiwany zwrot wydarzeń, który mało kto by przewidział. To nie może być prawda!

*

Gelu i Marians Pahars

Gelu i Marians Pahars

Darek dostrzega w oddali coś, co zupełnie zmienia obrót sprawy. Fatamorgana? Nie, przecież mamy pochmurny dzień o przeciętnej temperaturze. Na ustach forumowiczów pojawia się mały uśmiech. Ku ich zdziwieniu, ok. 50 metrów od nich, ukazały się… trzy ławki, przyozdobione na dodatek trzema młodymi dziewczynami (które niestety okazały się zbyt płochliwe). Darek i Gelu wreszcie mogą dać odpocząć zmęczonym godzinnym staniem nogom. Chwila relaksu nie trwa jednak długo. Po ok. 10 minutach pod hotel podjeżdża autokar wypełniony po brzegi osobnikami w lazurowych dresach Kappy.

*

Po wyjściu piłkarzy z autokaru na twarzach kolekcjonerów pojawia się lekka konsternacja. Na pierwszy rzut oka rozpoznają tylko dwóch-trzech zawodników. W pierwszej kolejności podchodzą do tych najbardziej charakterystycznych. Podpisy na zdjęciach z uśmiechami na twarzach składają Igors Tarasovs oraz Rusłan Mingazov. Zawodnicy meldują się w recepcji, a Gelu i Darek stoją jak skamieniali – nie potrafią rozpoznać piłkarzy mimo tego, że ogarnęli ich twarze na zdjęciach profilowych. Nie obyło się oczywiście bez kilku gaf. Piłkarze Skonto opuścili recepcję i udali się do pokojów. W międzyczasie kolekcjonerom udało się złapać Mariansa Paharsa, który podpisał zdjęcie i dał się sfotografować. Forumowicze rozsiedli się na kanapach podziwiając urodne niewiasty pracujące w hotelu. Po jakimś czasie na parter zaczęło zjeżdżać coraz więcej zawodników. Z niemałym trudem Gelu i Darek rozpoznają co poniektórych i proszą ich o złożenie podpisu. Gelu pyta Aleksandrsa Fertovsa, czy Vitālijs Astafjevs przyjechał do Krakowa z drużyną, ponieważ nie rzucił się on w oczy kolekcjonerom, a jest jednym z „celów numer jeden” dzisiejszych łowów. Reprezentant Łotwy odpowiada, że dotrze on do hotelu później z powodu problemów z samolotem.

*

Tick i Vitālijs Astafjevs

Tick i Vitālijs Astafjevs

Gelu i Darek w przeciągu pół godziny zebrali autografy od wszystkich reprezentantów grających w Skonto oprócz Vladimirsa Koļesņičenki. Na pomoc kolekcjonerom przybywa dyrektor sportowy mistrza Łotwy – Antanas Sakavickas, mówiący nienaganną polszczyzną. Forumowicze wręczają mu zdjęcia i pomocny Łotysz wyrusza windą z Gelem na trzecie piętro do pokoju 328. W międzyczasie ucinają sobie krótką pogawędkę, z której Michał dowiaduje się, że pan Savickas także kolekcjonuje autografy, lecz zbiera je wyłącznie osobiście. Ma on w swojej kolekcji m.in. autografy Cristiano Ronaldo i swojego przyjaciela – Luisa Figo. Informuje on także, że Astafjevs z resztą sztabu szkoleniowego dotrze do hotelu później. A więc czekają. Czekają. I jeszcze raz czekają. O 15:17 pod hotel podjeżdża biały van z przyczepą. „Hehe, przyjechali” – śmieje się Gelu. Po chwili wychyla się z kanapy i ze zdziwieniem w głosie stwierdza „O kurde, faktycznie przyjechali!”. Pierwszy do hotelu wchodzi rekordzista Europy pod względem ilości występów w reprezentacji – Vitalijs Astafjevs. Okazuje się on bardzo sympatycznym człowiekiem i z chęcią podpisuje kolekcjonerom zdjęcia. Następnymi „zdobyczami” łowców autografów byli Jurijs Ševļakovs i Aleksandrs Kulakovs.

*

Tym samym zakończyła się pierwsza w tym sezonie okazja zbierania podpisów od piłkarzy z drużyny spoza Polski. Była niezwykle udana – Gelu i Darek z kompletem podpisanych zdjęć udali się w swoje strony. Następnym przystankiem na drodze kolekcjonerów będzie Litex Łowecz oraz drużyna, na którą Wisła trafi w IV rundzie el. Ligi Mistrzów lub w fazie play-off o awans do Ligi Europejskiej. Trzymajcie kciuki, żeby i tym razem im się udało!

W cztery dni dookoła Krakowa

niedziela, 12 Wrzesień 2010

Od autora:

To co za chwilę przeczytacie jest przygodą trzech bohaterów, których łączy jedno – wspólna pasja. Właśnie ta wspólna pasja, którą, jak nietrudno się domyśleć, jest bieganie za piłkarzami i proszenie ich o autograf, sprawiła, że postanowili połączyć swoje siły i wspólnie nie zmarnować takiej okazji, jaką niewątpliwie była wizyta Reprezentacji Polski i Australii w Krakowie.

Plan działania.

Plan działania.

Okazji, bo jak inaczej nazwać możliwość zebrania w biały dzień autografów uczestników Mistrzostw Świata i Europy, zwycięzców Pucharu UEFA, ludzi, o których nieraz słyszał niemal cały piłkarski świat. Możliwość ta była niecodzienna, więc już kilkanaście dni przed tym wydarzeniem zebrali bardzo cenne informację i ustalili konkretny, wydawałoby się niezniszczalny, plan działania. Nie chcę wyprzedzać faktów, dodam tylko, że cała sytuacja toczyła się w dniach 4-7.09.2010 r. Miejsce akcji – Kraków.

Rozdział I. Polowanie na kangury.

Sobota, 4. września. W pochmurne popołudnie na Placu Inwalidów spotykają się Gelu, Jarząb i Tick. W oczekiwaniu na autobus sprawdzają po raz n-ty plan działania. Małe korekty, ostatnie ustalenia i dyskusje, które przerywa widok autobusu 208 wyjeżdżającego zza zakrętu. Ostatnia prosta, pewność siebie na twarzach kolekcjonerów. Wsiadają do pojazdu. Na skasowanych biletach ukazuje się godzina – 14:29. Pół godziny bezpiecznej i spokojnej podróży mija bardzo szybko. Spokój kończącej się już podróży niszczy Jarząb głośnym okrzykiem:
-Adamek!
Głowy Gela i Tick’a, niczym nakręcone, odwracają się w tę samą stronę i spostrzegają dobrze zbudowanego młodego mężczyznę. Maciej miał rację, Tomasz Adamek. Po kilku sekundach wysiadają na przystanku będącym celem podróży – Port Lotniczy – i, nie patrząc na to co dzieje się wokół nich, rozpoczynają gonitwę za najlepszym polskim bokserem ostatnich lat.
-Tick, masz te swoje niebieskie karteczki? – pyta w biegu Gelu.
-Jasne!
Nie zwracając uwagi na trawniki, stojące i nadjeżdżające samochody, dostrzegają w końcu „Górala”. Ten pozuje już do zdjęć dziennikarzom mało sławnego czasopisma i mówi kolekcjonerom:
-Chłopaki jak coś chcecie to szybko, bo zaraz muszę być na odprawie.

Gelu i Tomasz Adamek.

Gelu i Tomasz Adamek.

Posłuchali. Szybka akcja, 3 autografy, 3 zdjęcia i… marker, który przez pomyłkę dostaje Michał od boksera.
Po tej niespodziewanej, ale jakże pozytywnej akcji łowcy autografów udają się na wieżę widokową lotniska, gdzie wyczekują przylotu samolotu z piłkarzami australijskimi, który planowo ma się zjawić o godzinie 16:00. Zniecierpliwieni wdają się w dialog z miłym, starszym panem. Nie zna ich zamiarów, także nie wdaje się w piłkarskie dyskusje, tylko opowiada o ciekawostkach lotniczych. Dochodzi 15:45, Tick dostrzega samolot, który szykuje się do lądowania.
-Są! – krzyczy.
Towarzystwo żegna się ze staruszkiem i schodzi na dół, w miejsce, gdzie będą wchodzić popularne Kangury. Czekają, czekają i… czekają. 16:00 – cisza, 16:15 – cisza, 16:30 – cisza. Niecierpliwią się niemiłosiernie. W tym czasie podchodzi do nich policjant, przypuśćmy, dla dobra dalszej lektury, że ma na imię Antoni.
-Co wam podpisać? – pyta.
-Pan z Australii? – z szyderczym uśmiechem na ustach odpowiada Gelu.
-Jak chcecie, mogę być ku**a nawet z Oceanii!
Podchodzi do swoich znajomych z prewencji i dyskutują na temat Australijczyków. Cały czas powtarzają pytanie:
-Tam są jakieś gwiazdy?
Widząc, że w ich pobliżu stoją chłopcy uzbrojeni w zdjęcia piłkarzy, podchodzą do nich i pytają:
-Chłopaki, tam są jakieś gwiazdy?
-Na przykład Schwarzer, Cahill, Neill, McDonald. – odpowiadają zgodnie nasi bohaterowie.
Policjanci informują ich, że piłkarze zgubili jeden z bagaży, dlatego tak długo to trwa. W końcu otwierają się drzwi, którymi mają wejść Australijczycy, jednak nikt nie wychodzi. I tak drugi raz, trzeci, czwarty… W końcu wychodzi trener, pan Osieck. Gelu i Tick proszą go o autograf. Ten z uśmiechem na twarzy spełnia ich prośbę. Drzwi otwierają się po raz kolejny. I znowu. Kolejny raz… Nareszcie! Cała grupa zawodników ubranych w żółto-białe dresy podąża w stronę autobusu. Tick zauważa Federiciego, szuka jego zdjęcia, jednak szybko zmienia plan gdy na jego horyzoncie pojawia się jeden z trzech „celów number one” – Mark Schwarzer. Zawodnik Fulham z przyjemnością podpisuje mu dwa zdjęcia. Kolekcjonerzy dwoją się i troją by zdobyć jak najwięcej autografów. Niestety, piłkarze szybko pakują się w autobus i w korowodzie policji udają się do hotelu Radisson Blu.
Łowcom autografów nie pozostaje nic innego jak wsiąść do autobusu 208 i dostać się do centrum. Zgodnie stwierdzają, że akcja wyszła nienajlepiej, średnio 6 autografów na głowę. Humory ma im poprawić wizyta w hotelu. Na miejsce dojeżdżają przed 18:00, w przerwie meczu Polska – Ukraina. Siadają przed telewizorem, a stolik obok siedzi pan Antoni z jakimś człowiekiem, który szeptem mówi do niego:
-Czemu ty ich stąd nie wyp***dolisz?
Policjant odpowiada pełnym głosem:
-Człowieku, to nic nie da. Ja ich znam nie od dziś, gonię ich jedną drogą, oni uciekają mi drugą. Jeszcze chodzi z nimi taki starszy koleś z brodą. No właśnie, gdzie macie tego z brodą?
Na twarzach krakowskich łowców pojawia się uśmiech. Nagle Darek dostrzega Lucasa Neilla, który (dosłownie) wydobywa się z podziemia i podąża w kierunku windy. Administrator, moderator i redaktor szybko dobiegają do zawodnika, ten podpisuje im po jednym zdjęciu, a na prośbę o podpis na drugim zdjęciu odpowiada:
-Only one my friends.
Forumowicze stają przy wyjściu, bowiem dobrze wiedzą, że piłkarze za niedługo udadzą się na trening na stadion Hutnika. Podchodzi do nich ochroniarz i powiadamia, że muszą opuścić hotel, bo kierowniczka nie zgadza się na zbieranie autografów na terenie hotelu.

Tick i Nathan Burns.

Tick i Nathan Burns.

Dyskusja na ten temat trwa ok. minuty, po czym kolekcjonerzy opuszczają apartament i stają przed nim oczekując na Kangury. Nie muszą długo czekać, po chwili pojawia się Nathan Burns. Z racji tego, że wszyscy mieli już jego podpis, proszą go tylko o zdjęcie, na co bez problemu się zgadza. Potem nie jest już tak kolorowo – pozostali zawodnicy podążają jedną, zwartą grupą, co, w dodatku uwzględniając fakt, że autobus stoi około dwóch metrów od wyjścia, strasznie utrudnia zdobycie jak największej ilości podpisów. Pasjonaci nie załamują się i zdobywają autograf m. in. Tima Cahilla. Autobus pod eskortą odjeżdża, a jego odjazd znaczy jedno – na dziś koniec z łowami.

Rozdział II. Niedziela będzie dla nas.

Niedziela, 5. września. Miejscem spotkanie jest Teatr Bagatela, przy której Tick stawia się o 9:26, cztery minuty przed czasem. Po około 10 minutach dociera Gelu, po kolejnych pięciu Jarząb. Pewnym krokiem przemierzają drogę do Radissona z nadzieją, że dziś uda się skompletować cały skład Socceroos. Na miejscu spotykają 5 innych kolekcjonerów. Rozpoznają tylko jednego, dobrze znanego z krakowskiej giełdy, pana Bogdana.
-I jak panie Bogdanie, zbiera pan Australię? – pyta Michał.
-Nie, nie. – odpowiada doświadczony kolekcjoner.
-W ogóle?
-Spokojnie, ja sobie dam radę. Zaatakuję ich w szatni w dniu meczu.
W planach piłkarzy Australii jest trening w Nowej Hucie o godzinie 10.30. Jak się później okazuje, zmieniają swe zamiary, udając się na siłownię, znajdującą się w podziemiach hotelu. Ta informacja oznaczała jedno – na autografy nie ma szans. Kolekcjonerzy ze smutkiem na twarzy opuszczają pięciogwiazdkowy apartament i rozchodzą się w swoje strony.
Gelu, Jarząb i Tick udają się do Novotelu, hotelu, do którego o 10:00 wyjechali z Łodzi piłkarze Reprezentacji Polski. Łowcy autografów czekają na Biało-Czerwonych niemal 3 godziny. Nie są sami, w międzyczasie pojawiają się inni, w tym pan Bogdan i Kamil, który był dla forumowiczów anonimowy jeszcze w Radissonie, a jak się okazuje, jest jednym z użytkowników k24.pl. Dojeżdża też ekipa TVP z Jackiem Kurowskim na czele. Naszych bohaterów nikt jednak nie zainteresował tak bardzo jak jeden pan z Orange Sport, który na pytanie jednej z pracownic hotelu:
-Do której będziecie kręcić?
Odpowiada:
-Jeśli będziemy mogli kręcić panią to do 24:30 (słownie: do dwudziestej czwartej trzydzieści).
-Uuuuuuu, to do pół do dwudziestej piątej! – żart uczepił się Darka.
W końcu pojawia się autobus. Srebrny mercedes, dokładnie taki, jakim podróżują Reprezentanci Polski. Jest jednak niemalże pusty, obserwatorzy dostrzegają tylko kierowcę z jednym pasażerem. W tej sytuacji kolejne pół godziny trzeba poświęcić na czekanie. I stało się, pod hotel podjeżdża brat bliźniak srebrnego mercedesa, na pokładzie znajdują się polscy zawodnicy. I w tym momencie do naszych bohaterów podchodzi pani z PZPN-u i mówi:
-Proszę was, nie róbmy zamieszania. Piłkarze są zmęczeni podróżą, w dodatku muszą się zakwaterować. Autografy pozbieracie sobie za godzinę, teraz dajcie spokój.

jarz

Jarząb i Artur Boruc.

Forumowicze z grymasem na twarzy zapewniają, że odpuszczą, ale w głębi duszy doskonale wiedzą, że żartują. Do hotelu wchodzą zawodnicy, od razu wokół nich pojawiają się łowcy i tak do ich kolekcji wpadają podpisy Boenischa, Smolarka, Lewandowskiego i innych piłkarzy. Zdenerwowana pani podchodzi do Tick’a i pyta:
-Prosiłam was o coś?
Po czym jak gdyby nigdy nic nadal trwa festiwal zbierania. Czas na kolejny obowiązek – błyskają flesze, bo jak tu nie zrobić sobie zdjęcia z Borucem? Piłkarze rozchodzą się do swoich pokojów, jednak było pewne, że trener Smuda zwoła ich na odprawę. Z tego właśnie powodu pan Bogdan, Kamil, Michał, Maciej i Darek, ukryci między kolumnami na korytarzu, czekają na każdy zjazd windy, prosząc o autografy i zdjęcia kolejnych zjeżdżających zawodników. Trwa to około 20 minut, po czym nasze orły udają się na zasłużony, zdaniem trenera Smudy, odpoczynek po bardzo męczącej podróży. Wywołuje to złość w ekipie TVP i innych telewizji, bo od razu po przyjeździe planowany był czas dla mediów. Forumowicze, po czterech godzinach spędzonych w Novotelu, udają się na przystanek i wyruszają w kierunku centrum, rozchodząc się w swoje strony. Jarząb przekazuje jeszcze zdjęcia Gelowi, mówiąc, że już jest usatysfakcjonowany ze zbiorów i że się już nie pojawi na łowach, a Michała prosi o zdobycie kilku autografów, na których jednak mało mu zależy.
Jedząc obiad, Tick pisze do Gela, że zamierza być pod Radissonem przed 18:00, by zdobyć kilka autografów piłkarzy Australii, wracających z treningu. Michał odpowiada, że raczej się nie pojawi, jednak po kilku minutach daje znać, że będzie o 18:30.Darek dociera na miejsce zgodnie z planem. Czekając wchodzi w dyskusję z trzema innymi kolekcjonerami, którzy przybyli z Warszawy i cały dzień czatują na zawodników australijskich. Wspólnie narzekają, że piłkarze strasznie gwiazdorzą i zbieranie nie idzie łatwo. Tick powiadamia ich, że Socceroos trenują dziś na Hutniku do 18.30.
-Eeee, to nie mamy na co czekać… – mówi jeden z warszawskich towarzyszy – Mamy pociąg o 18:45…
Tak więc pożegnali się z kolekcjonerem z południa Polski i ruszyli na dworzec. Nie minęło 15 minut, a pod hotelem pojawia się autobus z gośćmi wtorkowego meczu. Darek wydobywa telefon z kieszeni i dzwoni do Michała, by ten pospieszył się, bo przyjechali. Gelu odpowiada, że wie o tym, bo spotkał ich po drodze i już zawrócił. Tak więc Tick w samotności oczekuje na to, aż Kangury wysiądą z autobusu. Jak zwykle szybka akcja z ich strony, 20 sekund i wszyscy są w hotelu, kolekcjonerowi udaje się zdobyć autografy Jedinaka, Federiciego i Emertona.

Rozdział III. Róbcie co chcecie!

Poniedziałek, 6. września. W tym dniu kolekcjonerzy nie spotykają się rano, ani w okolicach południa, ponieważ Gelu jest w szkole, Jarząb, który zresztą nie ma już ochoty na zbieranie autografów, również.
Godzina 16:00. Tick przybywa do hotelu Radisson Blu i zauważa pana Witolda, kolejnego doświadczonego kolekcjonera znanego z krakowskiej giełdy, który przyjechał z Lublińca w towarzystwie 3 innych kolekcjonerów: pana Rafała, Przemka Pajki i Krzysztofa. Widzi także, że zmienił się ochroniarz – już nie ma tego miłego, który był tu obecny w ostatnie dwa dni, tylko starszy, niezbyt przyjemny. Nagle zauważa Luke’a Wilkshire’a zmierzającego do windy. Podchodzi do niego ze zdjęciem. 1-0. Po tym zdarzeniu podchodzi do Darka ów ochroniarz i z dumą na twarzy powiadamia go, że dzisiaj nic już nie zdobędzie, bo Australijczycy nie zgodzili się na rozdawanie autografów na terenie hotelu. Przy tym prosi wszystkich kolekcjonerów o opuszczenie hotelu. W tym momencie wchodzi Gelu. Łowcy autografów nie chcą się z tym zgodzić, zwłaszcza towarzysze z Lublińca, którzy informują, że są klientami Radissona, bo kupili kawę (10 zł) i wodę (11 zł). Ochroniarz wiedząc, że nie ma w takim razie nic do powiedzenia, wzywa do siebie policjanta, którym jak się okazuje, jest dobrze znany Michałowi i Darkowi pan Antoni, który przeprowadza mały monolog:
-Umówmy się tak. Znam was nie od dziś, wiem, że zależy wam na autografach. Proszę was o jedno, opuśćcie hotel, przy wyjściu będziecie mogli zebrać podpisy, na zewnątrz pozwolę wam dosłownie na wszystko, róbcie tam co tylko chcecie!
Jego mowa okazuje się na tyle skuteczna, że kolekcjonerzy wychodzą z hotelu i obserwują jak potoczy się akcja. Ponownie podchodzi do nich policjant mówiąc:
-A jeszcze zrobimy tak, że przestawimy autobus, będziecie mieli więcej czasu i miejsca na dorwanie piłkarzy.
I rzeczywiście, droga z hotelu do autobusu wydłuża się o jakieś 3-4 metry. Mija kilka minut, a na dole pojawiają się wszyscy zawodnicy Reprezentacji Australii. Pasjonaci widzą ich tylko przez szybę, bowiem „gwiazdy” wolą czekać na wyjście w pomieszczeniu.
-Cholera jasna, przecież wystarczyłyby 3 minuty i każdy z nas miałby komplet autografów! – słychać oburzenie kolekcjonerów.
Niestety, wejść do środka nie mogą. W końcu piłkarze udają się do autobusu, każdy z zainteresowanych zbiera kilka podpisów. Autobus odjeżdża, Gelu z Tickiem żegnają się z towarzystwem i szybkim krokiem podążają na autobus, który zawiezie ich w okolice stadionu Wisły Kraków.
Dojeżdżają na miejsce. Za kilka chwil na bocznym boisku, doskonale znanym tegorocznym zlotowiczom, ma się rozpocząć trening Reprezentacji Polski.
-Będą wchodzić tędy, czy drugim wejściem? – Darek pyta ochroniarza.
-Tamtędy, parkują przy pawilonie.
Po tych słowach kolekcjonerzy udają się w okolice pawilonu, gdzie spotykają trenera Smudę zmierzającego na trening.
-Zaraz wyjdą piłkarze. – zapewnia popularny Franz.
Na boisko udają się grupki dziennikarzy. Jeden z nich krzyczy w kierunku łowców:
-Oni już trenują!
Gelu i Tick podążają na boisko treningowe. Tam zauważają trenujących Polaków. I plany spaliły na panewce – forumowicze nie zdobędą żadnych autografów przed treningiem, jak sobie wcześniej zaplanowali. Zaczynają się zastanawiać czy zostać, czy jechać pod Radisson Blu i tam czekać na powrót Kangurów z treningu, który odbywa się na głównej płycie stadionu TSW.
-Ja tu zostaję – mówi Darek.
-To ja jadę pod hotel. – odpowiada Michał. – Mogę ci zostawić fotę Piszczka do podpisu?
-Nie ma problemu.
Pjona na drogę, obustronne „powodzenia!” i Gelu biegiem podąża do centrum. Tick uważnie obserwuje trening, który trwa mniej więcej 50 minut. Podchodzi do wyjścia, gdzie zgromadziła się spora grupa ludzi chcących zdobyć autografy i zrobić sobie zdjęcia z zawodnikami. Ochrona jest jednak bardzo nadpobudliwa i odpycha fanów, robiąc tym samym „korytarz”, którym Biało-Czerwoni przedostają się do autokaru. Na szczęście piłkarze reagują na każde zawołanie i chętnie podpisują zdjęcia, koszulki i wszystko inne, co mają ze sobą kibice i z przyjemnością pozują do zdjęć. Ostatni do autobusu wsiada najbardziej rozchwytywany Artur Boruc i kadrowicze wyjeżdżają do hotelu. Darek zdobywa podpisy Piszczka, Grosickiego, Iwańskiego i Sadloka, z czego jest zadowolony.
W międzyczasie Gelu dociera z powrotem pod hotel Radisson ok. 18:00. Tam czekają już od dłuższego czasu pan Witold, pan Rafał, Krzysiek, i Przemek Pajka. Na szczęście Australijczycy jeszcze nie przyjechali (teoretycznie powinni już być na miejscu). W oczekiwaniu na Kangurów Gelu zbiera autograf od Grzegorza Laty, który kręci się co jakiś czas po hotelu. Prezes PZPN do autografu dopisuje swoje imię, co jakby na to nie patrzeć, jest małym unikatem. Ok. 18:25 przyjeżdża autokar z Socceroos. Pełna mobilizacja, skupienie, szybka powtórka numerów zawodników w myśli. Pierwszy z autokaru wychodzi Jason Culina, który niestety odmawia podpisu  („No, no my friend”). Pozostawmy to bez komentarza. Dobrze, że mniejszym „gwiazdorem” okazuje się Luke Wilkshire, który po zareagowaniu na okrzyk „Luke!!” składa niezbyt skomplikowany autograf tuż przy drzwiach obrotowych hotelu. Po tym małym sukcesie Gelowi udaje się jeszcze dorwać Matthew’a Spiranović’a. Oczywiście nie obyło się bez lekkiej gafy – Scotty McDonald zatrzymuje się, żeby podpisać zdjęcia Krzyśka – Gelu pospiesznie próbuje znaleźć jego zdjęcie. Po parokrotnym przeszukaniu fotek, okazuje się, że zdjęcie Scotta spokojnie spoczywa w kopercie z Media Markt wraz z innymi zebranymi autografami, która – jakże by inaczej – znajduje się w plecaku. Jak pech to pech – szansa na łatwą sygnaturę najlepszego strzelca Scottish Premier League z 2008r przeszła do historii. Gelu po paru godzinach w centrum Krakowa wraca do domu z czterema podpisami Australijczyków. Lekkie rozczarowanie pomieszane ze skromnym uśmiechem na twarzy. W końcu kolejne unikalne autografy znowu wpadły do kolekcji.

Rozdział IV. Wisełka na torcie.

Wtorek, 7. września. Autografy niemal skompletowane. Tickowi do pełni szczęścia brakuje podpisu McDonalda, Gelowi Emertona i Culiny. Można już więc powiedzieć, że godziny poświęcone na łowy nie poszły na marne.
Darek wstaje przed 10:00. Pół godziny później dzwoni do Wisły Kraków i pyta sympatycznej pani czy piłkarze Białej Gwiazdy dziś trenują, a jeśli tak to o której.
-Tak, trenują o 10:30. – odpowiada niewiasta.
Kolekcjoner wie, że nie da nic jak teraz wyjdzie, bowiem i tak nie zdąży „złapać” piłkarzy przed zajęciami. Wychodzi więc po 30 minutach, po drodze mija kilkunastometrową kolejkę po bilety na mecz Polska – Australia i dociera na miejsce. Piłkarze kończą trening. Boukhari, Maaskant, Cleber i Chavez – pożądane autografy zdobyte. W drodze powrotnej Tick spotyka Michała, który razem z kolegami wraca „po jednym” z baru „U Wiślaków”.
17:00, Tick dociera pod hotel Radisson, Gelu jest w drodze. Nagle podjeżdża radiowóz z którego wysiada pan Antoni, który z uśmiechem na twarzy wita się z kolekcjonerem i mówi mu:
-Dziś będzie ciężko…
Po chwili krzyczy w kierunku Darka:
-Młody, chodź tutaj! Masz bilet na mecz?-Mam.

Po chwili oczekiwania, widząc, że policjant ze smutkiem kręci głową Tick pyta:

-A co się stało?
-No nic… Jakbyś nie miał to bym ci dał…
Po chwili na miejsce zdarzeń dociera Michał, mający lekką zadyszkę, bo odcinek z tramwaju do hotelu pokonał biegiem. Jego wysiłek zostaje w części wynagrodzony tym, że spotyka pana Antoniego Piechniczka, którego prosi o autograf. Kolekcjonerzy dowiadują się, że Australia wyjeżdża o 18:45. Ta wiadomość nie ucieszyła Darka, który jest umówiony na 18:30 na wyjście na mecz. Ale czeka nadal. Z autobusu, który ma zawieźć piłkarzy na mecz wysiada kierowca i mówi do forumowiczów:
-Teraz wam trudno będzie zdobyć autografy. Przyjdźcie jutro z rana, bo oni będą wylatywać normalnymi samolotami w różne części Europy, także będą wychodzić w mniejszych grupkach.
Informacja ta uszczęśliwia Tick’a, który mówi, że w takim razie przyjdzie jutro, a teraz ucieka na mecz. Po pożegnaniu się z Darkiem Gelu oczekuje na piłkarzy stosunkowo niedługo – po jakichś 15 minutach z windy wysiadają pierwsi Socceroos. Niektórzy idą pojedynczo, niektórzy w grupie. Pierwszy do autokaru udaje się Mark Schwarzer, za nim Lucas Neill z słuchawkami na uszach. Następnie wyrusza grupa piłkarzy, na której czele idzie Brett Emerton – cel numer jeden na dzisiejsze zbieranie. Po słowach:
-Brett, can I?
Zdobywca Pucharu UEFA z 2002r. składa swój podpis. Niestety – większość graczy, których Michał miał do zebrania przeszła obok podczas polowania na Emertona. Piłkarze siedzą już w autokarze, lecz Gelu jest przekonany, że to jeszcze nie koniec. Po dwóch minutach wychodzi spóźniony Jade North, który mimo tego, nie odmawia autografu. Drzwi do autokaru zamykają się, policjanci włączają koguty…

Polska-Australia.

Polska-Australia.

Około godziny 19:00 Darek dociera na stadion i jest pozytywnie zaskoczony wyglądem obiektu. Spotyka Jarząba, gdy ten wchodzi na trybunę. Nie zamienili jednak ze sobą słowa, bo Maciek w mgnieniu oka znika w tłumie. Mecz przegrany, ale atmosfera na trybunach świetna.
I tak kończy się czterodniowa przygoda z piłkarzami Reprezentacji Polski i Australii, bowiem Tick, mimo tego, co wcześniej planował, nie dociera w środę do hotelu.

Zakończenie.

Kończy się czterodniowa przygoda związana z polowaniem na autografy. Poświęciliśmy dużo prywatnego czasu, straciliśmy sporą część weekendu, ale było warto. Unikalne podpisy znajdują się już w albumach, a niezapomniane wrażenia na pewno będziemy jeszcze długo wspominać. Czego chcieć więcej?

Rzeszów welcome to!

niedziela, 5 Wrzesień 2010

Nourdin Boukhari oraz Kruzi i luki

Nourdin Boukhari oraz Kruzi i luki

W pierwszą sobotę sierpnia wstałem wcześniej niż zwykle, bo i dzień nie był zwykły. W Rzeszowie mecz sparingowy miała rozgrywać druga drużyna zeszłego sezonu w polskiej ekstraklasie – Wisła Kraków. Radość z możliwości zobaczenia zawodników Białej Gwiazdy na żywo przeplatała się z obawą co do zbierania autografów. Po krótkiej toalecie i zjedzeniu śniadania udałem się do sklepu, aby zakupić wodę mineralną. Idąc na stację PKP spotkałem się z Tomkiem (Kruzim) i już we dwójkę wsiedliśmy do pociągu, który wyruszył o 7:30.


Podróży nie będę opisywał, bo była nudna jak flaki z olejem. Kilka minut po godzinie 9:00 wysiedliśmy na dworcu w Rzeszowie. Stolica Podkarpacia powitała nas słoneczną pogodą, co uznałem za dobry znak. Pierwszym celem była ulica Sobieskiego i zakład fotograficzny FOTOKUBIN, który wszystkim serdecznie polecam. Odebraliśmy fotki i udaliśmy się pod słynny rzeszowski pomnik, gdzie podzieliliśmy się zdjęciami. Następnie powolutku szliśmy w stronę stadionu Resovii. Po drodze spotkaliśmy grupy miejscowych kibiców zmierzających już w stronę miejsca rozgrywania meczu.
No i właśnie w drodze na stadion podjęliśmy męską decyzję, aby opuścić mecz i poczekać na zawodników w restauracji Gościniec, gdzie zaplanowany mieli obiad. Jako, że mieliśmy wiele czasu udaliśmy się do jednego z supermarketów. Po drodze spotkaliśmy kolejną grupkę kibiców, tym razem mniejszą, ale co ciekawe byli to kibice Wisły Kraków i szczególnie się z tym nie kryli.

Najbardziej znany pomnik w Rzeszowie

Najbardziej znany pomnik w Rzeszowie

Po zrobieniu szybkich zakupów udaliśmy się do wspomnianej restauracji. Po drodze zastanawialiśmy się czy nic się nie zmieniło i czy na pewno piłkarze będą się stołować zgodnie z planem. Kolejnym pytaniem, które się nasuwało było to czy ktokolwiek nam takiej informacji udzieli. Nasze obawy okazały się niepotrzebne. W Gościńcu trafiliśmy na bardzo miłego kelnera, który dokładnie nas o wszystkich szczegółach poinformował. Według jego informacji Wisła miała się pojawić około godziny 16:00.
Z kelnerem rozmawialiśmy około południa, więc czasu mieliśmy co niemiara. Trochę połaziliśmy po mieście, trochę posiedzieliśmy na przystanku, a także byliśmy na zakupach w Biedronce. Na dwie godziny przed przyjazdem zajęliśmy miejsca we wspomnianej już restauracji i zjedliśmy obiad. Czas dłużył się niemiłosiernie, więc kiedy wypiliśmy już naszą coca-colę poszliśmy na parking, gdzie parkować miał autobus z zawodnikami Wisły Kraków.


Prawie punktualnie, pod Gościniec podjechał autokar z piłkarzami. Początkowo na parking wysypali się juniorzy powołani na ten mecz przez trenera, a dopiero później Ci, od których mieliśmy zbierać podpisy. Ja jako pierwszego dojrzałem Nourdina Boukhariego, który jest najnowszym zakupem Białej Gwiazdy. Następnie zebrałem jeszcze podpisy bardzo sympatycznych zawodników: Dragana Paljicia i Milana Jovanicia. Do tego drugiego zwracaliśmy się po angielsku. Kiedy powiedzieliśmy wyuczoną formułkę: „thank you very much” , Milan jak gdyby nigdy nic odpowiedział : „ Nie ma za co”, zaśmiał się i poszedł do budynku. Gdy piłkarze jedli zasłużony obiad, my czekaliśmy, aż zaczną wychodzić. Pierwszy z budynku wyszedł trener Maaskant. Przerwał swój posiłek, aby wykonać telefon, jednak wcześniej musiał podpisać moje pięć fotek. Gdy złożył podpis na pierwszym zdjęciu chciał oddać markera. Gdy poprosiłem o kolejny autograf Holender wydał z siebie coś w stylu ooo. Kolejne dwa podejścia skwitował podobnie. Piątej fotki nie miałem już sumienia podsuwać, więc dałem ją Tomkowi, który sprawdził raz jeszcze cierpliwość nowego szkoleniowca.


Jako pierwsi po obiedzie wyszli Maciej Żurawski i Piotr Brożek. Kelnerzy zrobili sobie z nimi zdjęcie, a potem zawodnicy podpisali nasze zdjęcia. Później było już trudniej, bo większość piłkarzy wyszła w grupie. Udało mi się zebrać autografy Mateusza Kowalskiego i Kamila Rado. Poprosiliśmy także o zdjęcie z Nourdinem Boukharim, jednak nowy zawodnik musiał na nas chwilę poczekać. Najpierw nie miał nam kto zrobić zdjęcia, a później poproszono mnie, abym pstryknął fotkę. Trwało to wszystko kilka minut, a były gracz Ajaxu stał, trzymając koszulkę podetkniętą mu przez jednego fana do podpisu i czekał na swoją kolej. Muszę powiedzieć, że pokazał tym wielką klasę i mimo, że wołano go już do autobusu dał się sfotografować. Następnie schowałem aparat i rozejrzałem się za Osmanem Chavezem, którego wcześniej przeoczyłem, jednak było już za późno. Zawodnicy odjeżdżali, a my udaliśmy się na PKP, skąd wyruszyliśmy w drogę powrotną do Przemyśla. W pociągu rozmawialiśmy z sympatyczny Panem, który kopał też kiedyś piłkę w KSZO Ostrowiec. Szybko jednak był zmuszony zakończyć karierę. Pooglądał z zaciekawieniem moje autografy, porozmawiał też z nami na tematy sportowe. W taki to sposób bardzo szybko minęła nam podróż.

Wyjazd trzeba uznać za bardzo udany. Mimo, że było kilka znaków zapytania i nie wiedzieliśmy jak to wszystko będzie wyglądało, zebraliśmy prawie wszystko co mieliśmy zaplanowane. Dodam jeszcze, że mecz zakończył się wynikiem 2:1 dla graczy z Krakowa, ale o tym dowiedziałem się dopiero w domu.

Jeśli nie teraz, to kiedy?

poniedziałek, 23 Sierpień 2010

Pewnie każdy z Was, czytając tytuł, zastanawia się: „o co mu chodzi?”. Ja Wam powiem tyle, Komorowski jeszcze kilka tygodni temu głosił, że zgoda buduje, Kaczyński natomiast, że Polska jest najważniejsza. Korwin-Mikke nawoływał do tego, że jeśli do was przyjadą to pogońcie ich kijami! A ja, skromny chłopak, który nie ma zamiaru nigdy kandydować na prezydenta Polski zadaję bardzo proste pytanie: Jeśli nie teraz, to kiedy? Ale co ma polityka do tego bloga? Przecież to blog o tematyce iście kolekcjonerskiej! Polityka ma do niego tyle ile ja do czarnoskórych. Czyli nic. Więc dlaczego tak głupio zacząłem? Nie wiem. Ktoś powiedział, że mężczyznę poznaje się po tym jak kończy, nie jak zaczyna, więc nie przejmuję się tym za bardzo i nie będę dążył do udzielenia odpowiedzi na moje ostatnie pytanie. Ale nurtuje mnie to pierwsze, więc do dzieła.

No właśnie, zapytałem Jeśli nie teraz to kiedy? I od razu sięgnę do swej pamięci i cofnę się w czasie o niecały miesiąc. Do Krakowa przylatuje Karabakh, jest okazja do zebrania całkiem ciekawych, a na pewno, chyba przyznacie mi rację, rarytasowych autografów. Mnie w dawnej stolicy Polski nie ma. I myślę, że nie będzie, bo co tam, nie będę jeździł 100 km w jedną stronę, jeszcze w dodatku gdy pogoda nie dopisuje. I wtedy z pomocą przyszedł najpierw Gelu, który zachęcał mnie do przyjechania, a następnie mega ważna myśl: Jeśli nie teraz, to kiedy? I zastanowiłem się nad nią. Przyznałem jej rację, bo od razu pomyślałem, że do Azerbejdżanu się nie wybieram i najprawdopodobniej nigdy nie wybiorę. Więc dlaczego, gdy to oni przyjeżdżają do mojej ojczyzny, miałbym nie zebrać podpisów takich zawodników jak na przykład Gurban Gurbanov? Oczywiście, jak doskonale wiecie, pojechałem. Nie żałuję. Dziś mam w kolekcji autografy, których w inny sposób bym nie zdobył.

To był tylko konkretny przykład, który miał zobrazować jak działa to, myślę ważne w naszym fachu, pytanie. Jak wiadomo, życie jest sztuką podejmowania wyborów. W związku z tym każdy człowiek oczekuje od siebie jednego – aby jego wybory były trafne. Filozofuję? Skądże znowu! Wbrew pozorom ma to sporo wspólnego z tematem. Przypuśćmy, że jest piękny sobotni wieczór i masz do wyboru dwie opcje: iść z kumplami napić się… tzn. na pizzę albo z dziewczyną nad jezioro. Myślisz sobie, że przecież jesteś głodny, więc chętnie poszedłbyś z ziomkami z gimnazjum, ale wiesz dobrze, że wtenczas foch Twojej lubej będzie tak wielki jak sam Gortat i długotrwały jak najokropniejsza biegunka. Szybko więc zmieniasz plan i mówisz chłopakom: sorry men, idę z rybką nad jezioro. No i co? Mają Cię za pantoflarza. Tak więc ten pierwszy wybór nienajlepszy, drugi też niezbyt idealny. I w tym momencie dowiadujesz się, że za godzinę na lotnisku w Twoim mieście pojawią się piłkarze Manchesteru City. Masz jeszcze trudniejszy wybór? Nie, bo jeśli nie teraz to kiedy? Pizzerii nie zamkną, bo interes nieźle się rozkręca, a jezioro też nie wyparuje. Biegniesz po markera i z wyciągniętym językiem podążasz na lotnisko. Już pomijam to, że koledzy Ci wybaczą, bo cel szczytny, a dziewczyna też nie będzie aż tak bardzo zła. A ty, człowieku? Masz to, o czym jeszcze wczoraj mogłeś tylko pomarzyć.

Gdybym w tym momencie zakończył, pewnie dostała by mi się bura w szatni. Ej, Tick, ta notka jest bez sensu! Czemu piszesz o czymś co mnie nie dotyczy? Ja zdobywam autografy tylko i wyłącznie listownie lub przez allegro! Pomyślałem i o Was, drodzy bracia, którzy uczciwie piszecie każdy list, o Was drodzy handlarze adresów i o Was, wspaniali mailowy! Więc tak, nie myślcie sobie, że to piękne pytanie Jeśli nie teraz to kiedy? ma coś wspólnego z nami tylko wtedy gdy mamy coś łowić osobiście! Przykładowo, w Ekstraklasie gra totalna gwiazda Polskiej piłki nożnej. Jest maj, za dwa tygodnie koniec sezonu, a nasza perełka ma już podpisany atrakcyjny, zarówno sportowo, jak i finansowo, kontrakt z jakimś zespołem z Uzbekistanu i po zakończeniu rozgrywek opuszcza kraj. Któż będzie wysyłał listy do Uzbekistanu? Osobiście też nie powiedzie się próba zdobycia jego autografu, bo pan Smuda jest na niego obrażony, więc z powołania i przyjazdu „na Kadrę” nici. Więc wtedy działa pytanie i wysyłasz list w Polskę, masz 14 dni, więc zdążysz na spokojnie. Allegro? Autograf Olisadebe za 17,99 zł Kup teraz! Bierzesz, bo jeśli nie teraz, to kiedy?

Zdobyłeś adres Boskiego Diego? Nie czekasz, jeśli masz go ty, to miej świadomość, że jeśli gość, od którego go masz, przekazał go Tobie, to uczynił to w stosunku do wielu, wielu innych „kolekcjonerów”. Tak więc w Twojej głowie rodzi się myśl: Jak go zasypią listami przestanie odpisywać, muszę się więc pospieszyć i ich uprzedzić! No i pytanie znów działa! To samo ma się do mailowców, jak będziecie mieli jakiegoś maila do kogoś to nie czekajcie chłopacy, bo inni Was uprzedzą, a gwiazdki przestaną odpisywać…

I myślę, że na tym skończę. Tekst ten nie jest myślę nadto refleksyjny, więc, mam nadzieję, nie napociliście się czytając go. Myślę, że oderwę Was na jakiś czas o czytaniu o tym jak ktoś, gdzieś, coś. Przepraszam za nadużywanie ironii.

A, jeśli mogę (przecież mogę!) to z tego miejsca serdecznie pozdrawiam pannę KS!

Sen o Warszawie

sobota, 19 Czerwiec 2010

Powróclogo_Euro2012noweę pamięcią parę miesięcy wstecz. Na początku lutego br. Warszawa stała się na chwilę europejską stolicą futbolu. Losowanie grup eliminacji Euro 2012 wywoływało sporo emocji jeszcze wiele miesięcy wcześniej i bardzo chciałem się pojawić wtedy w stolicy.

Ostatnia sesja i pisanie dyplomu ograniczało wolny czas, ale napaliłem się na tą Warszawę do tego stopnia, że jakoś ogarnąłem na czas wszystkie tematy, przygotowałem stertę fot, no i mogłem ruszać w drogę. Na miejscu byłem już w czwartek (losowanie odbyło się w niedzielę) i tu od razu podziękowania dla Michała za nocleg (ponoć najtańszy w mieście) i gościnę. Kilka dni pod jednym dachem nie są łatwe, gdy się ludzie nienawidzą, ale trudno, nie o tym chciałem pisać.

Nowoczesny tramwaj w stolicy

Nowoczesny tramwaj w stolicy

Dotąd w Warszawie bywałem jedynie przejazdem, więc pierwszy dzień minął na poznawaniu miasta, a w zasadzie małej jego części. Choć starówka nie umywa się do mojej gdańskiej, a Krakowskie Przedmieście wcale nie było zalane słońcem, jak to śpiewał Muniek, to miasto robi wrażenie. Zwróciły na mnie uwagę infrastruktura transportowa i tabor komunikacji zbiorowej (jak na inżyniera transportu przystało), ale o tym przecież też nie chciałem pisać.

Piątek wiązał się już z nadzieją na zebranie jakichś podpisów. Podekscytowanie było duże, długo by wymieniać wszystkich, których w stolicy można się było spodziewać. Cała piłkarska Europa, legendy futbolu i te mniejsze postaci, ale wszystkich chciałoby się spotkać, wziąć autograf… Rano szybka wizyta w Łazienkach i pełni nadziei ruszamy na lotnisko. Mija godzina za godziną, rozmawiamy, przeglądamy zdjęcia, ale wciąż na żadnym nie jesteśmy w stanie zebrać podpisu. Choć widać wolontariuszy, nikt z gości się nie pojawia. Po paru godzinach rezygnujemy, ale na koniec nieoczekiwanie spotykamy Macieja Szczęsnego. Miał być Platini, Błochin, Capello, del Bosque i inni, a był Szczęsny, no trudno. Pan Michel jak się później okazało przyleciał jeszcze w piątek późnym wieczorem. Lekko zawiedzeni wracamy, zupełnie niepewni jutra, jeszcze nie wiemy, że następnego dnia będzie zaje^(&^&$^*&%.

Sobota okazała się pięknym dniem. Na lotnisku zebrało się wiele osób zbierających autografy, nie tylko z Warszawy. Było też parę osób z forum – pulpet, nba, ToChybaJa? i pewnie jeszcze kilka osób, których nie kojarzę z nicków, więc jeśli je pominąłem, to przepraszam. Z kresów wschodnich przyjechał również robertocarlos, o którym, podobnie jak o Michale, nie mam zamiaru napisać zbyt wiele dobrych słów, ale cieszę się, że udało się po tylu latach spotkać. W sumie było ponad 10 osób. Pozdrowienia dla wszystkich!

Fernando Hierro

Fernando Hierro

Niedługo po naszym przyjeździe pojawili się Hiddink i Błochin. Najpierw Holender, od razu otoczony przez dziennikarzy i oczekujących na autografy kolekcjonerów. Przez jakiś czas nie dało się do niego dostać, a na to tylko wszyscy czekali. W końcu niespodziewanie wychodzi Błochin. Szybko do niego doskoczyłem, zaraz doskoczyli i inni. Jeden z głównych celów zdobyty, pięknie. Za chwilę zdążyłem jeszcze złapać Hiddinka, który się wyraźnie spieszył, w eskorcie osób pracujących przy organizacji całego przedsięwzięcia. Prawie w biegu podpisał zdjęcia. Na tym terminalu złapaliśmy jeszcze kilka osób, np. Matjaza Keka, który dziś tak dzielnie prowadzi Słowenię na Mundialu. Z nim wiąże się jedna zabawna sytuacja. Złapaliśmy go, gdy już prawie wszedł na ruchome schody, ale ok, zatrzymał się, podpisywał dość niemrawo, ale bez problemów. Michałowi nabazgrał tylko takie marne ‘K’, więc Michał go spytał: „Could you correct it?”. Uśmiechnął się i dorysował jeszcze jakieś tam szlaczki, tak jak na innych zdjęciach.

Po jakimś czasie, gdy nikt więcej się nie pojawiał, ktoś bystry wpadł na to, że większość wychodzi drugim terminalem. Tam był cały komitet powitalny, ale w sumie dobrze, że nie wiedzieliśmy o tym od początku. Tam, gdzie byliśmy na początku, wychodzili chyba tylko ci, którzy gdzieś się zagubili. Na drugim terminalu się strasznie obłowiliśmy. Patrząc na rozpiskę przylotów zastanawialiśmy się, kto w najbliższym czasie może się pojawić. Z tego, co pamiętam, na początku było bez rewelacji, np. selekcjoner Finlandii Stuart Baxter. Dziennikarze widząc, że bierzemy od niego autografy, zapytali, kto to jest, po czym również załapali się na swoje 5 minut i zrobili z nim wywiad.

Aleksandrs Starkovs

Aleksandrs Starkovs

Stopniowo wszystko się rozkręcało. Mijały kolejne godziny, co jakiś czas się ktoś pojawiał. W krótkim ostępie czasu wyszły delegacje Włoch i Chorwacji, które przyleciały chyba jednym samolotem. Po stronie włoskiej brakowało Marcelo Lippiego, ale był za to Angelo Peruzzi oraz Luigi Riva, którego akurat osobiście nie udało mi się złapać, bo byłem za bardzo zaaferowany szukaniem fot Peruzziego. Z Chorwatów Slaven Bilic, Vlatko Markovic i Aljosa Asanovic. O wszystkich ciężko, wszystkich udało się zebrać. Już byliśmy bardzo zadowoleni, a to jeszcze nie był koniec. Każdy bał się odejść choćby na chwilę do toalety, żeby w tym czasie mu nie uciekła jakaś gwiazda :) .

Vladimir Smicer

Vladimir Smicer

Ciężko wymienić wszystkich, ale z takich rzadkich okazów wpadli np. Gavril Balint (uczestnik MŚ’90 z Rumunią), czy John Buttigieg (niby reprezentował barwy Malty, ale rozegrał dla niej aż 97 spotkań). Jednym samolotem przylecieli Fabio Capello, John Toshack i Nigel Worthington. Każdego udało mi się złapać, choć Capello trzeba było niemal błagać, żeby dał podpis. Egil Olsen podpisywał nam zdjęcia, nagle przestał i zaczął czegoś szukać w torbie. Trwało to dłuższą chwilę, konsternacja, co on robi? W końcu wyciągnął pełno swoich kart z federacji i nam rozdał. Sympatyczny pan. Pojawiło się kilku Niemców – Berti Vogts, Otto Rehhagel, Joachim Low, Oliver Bierhoff… Naród raczej znany z tego, że nie ma u nich problemów z rozdawaniem autografów, ale Rehhagel krótko i brzydko mówiąc nas olał. Jedną z sympatyczniejszych osób okazał się Marcus Allback. Był elegancko ubrany, więc nawet sobie z nim fotę strzeliłem, podobnie jak np. z (do dziś nie wiemy na cholerę :) ?) Aleksandrsem Starkovsem. Z nieoczekiwanych osób wpadł np. Takis Fyssas, grecki Mistrz Europy z 2004 roku. Jako kibic Liverpoolu cieszę się, że nie zabrakło też akcentów liverpoolowskich właśnie. Byli Vladimir Smicer, Gerard Houllier i wspomniany wcześniej John Toshack (naprawdę wielki facet). Tym fajniej, że z nich tylko Toshacka się spodziewałem.

Marcus Allback

Marcus Allback

Wiele ciekawych osób było już za nami, ale wiele dobrego pozostało na sam wieczór. Ucięliśmy sobie pogawędkę z dziennikarzem serbskim, który oczekiwał na Radomira Anticia. Po pewnym czasie faktycznie się pojawił i bez problemów rozdał podpisy. Jego pamiętam głównie z Atletico Madryt, gdy Widzew rywalizował z tym klubem w fazie grupowej Ligi Mistrzów. To były pierwsze lata, gdy oglądałem mecze. Po tylu latach spotkać taką osobę, fajna sprawa. Dalej – Carlos Queiroz. Niechętnie te autografy dawał, początkowo akurat mi odmówił, ale jeszcze dłuższą chwilę czekał na samochód, więc za drugim razem już podpisał. Mieliśmy cynk, że o danej godzinie przylatuje ekipa hiszpańska, którą reprezentować mieli Vicente del Bosque oraz Fernando Hierro. I ich się doczekaliśmy – jedne z najlepszych autografów. Ostatnie autografy zdobyte na lotnisku, to Dejan Savicevic i Giovanni Trapattoni. Obaj mnie bardzo pozytywnie zaskoczyli. Mimo późnej godziny obaj byli cierpliwi w rozdawaniu autografów i robieniu zdjęć. Robili to z uśmiechem. Zwłaszcza po Trapattonim bym się tego nie spodziewał. Na ławce trenerskiej prawdziwy wulkan, wybuchowy. Okazał się sympatycznym starszym panem.

Giovanni Trapattoni

Giovanni Trapattoni

Cały praktycznie dzień spędzony na lotnisku, strasznie zmęczeni, ale z dużą satysfakcją i radością wracamy, przy okazji odwiedzając jeszcze Hotel Marriott, w którym byli Polacy i Ukraińcy. Platini tego wieczora zaprosił wszystkich na kolację i dobrze trafiliśmy, bo wkrótce po naszym przybyciu wszyscy zaczęli się z niej zjeżdżać. Najpierw znane z telewizji twarze Jerzego Engela, czy Zdzisława Kręciny, które niespecjalnie nas interesowały. Szalenie ważne było natomiast spotkanie innych osób. Niedługo spotykamy Andrzeja Szarmacha, potem Zbigniewa Bońka, którego spytałem o Platiniego:

- Wie Pan może czy Pan Platini też przyjedzie tu jakoś niedługo?

- Taa, powinien być za jakieś pięć minut.

IMG_0050

Oleg Błochin

Za chwilę kilkoma autokarami przyjechali Ukraińcy i znów spotkaliśmy Błochina, a po chwili patrzymy, a tu koło nas idzie Andrij Szewczenko. To było niesamowite przeżycie. Był zniesmaczony, że mieliśmy sporo zdjęć, ale szybciutko szybciutko wszystko podpisał i odszedł. Kolejny autograf wydawałoby się nie-do-zdobycia = zdobyty. Wszystkich, na których tam oczekiwaliśmy już przeszli, został Platini. Każda kolejna minuta była trudna do wytrzymania, bo w końcu była jeszcze zima. Z tych pięciu minut zrobiło się ponad pół godziny i w końcu podjechało auto z Platinim. Był już tak blisko nas, ale musieliśmy poczekać kolejne kilka minut, aż skończy rozmawiać przez telefon i wyjdzie.

Spytaliśmy, czy możemy prosić o autografy, a on cały czas się uśmiechał i nie robił żadnych problemów. Wyciął mi za to tzw. niezły numer. Zdjęcia niektórych osób miałem przyklejone po 4 sztuki do tekturek formatu A4, żeby było wygodniej zbierać. Na jednej z tekturek miałem 3 zdjęcia Platiniego. Każdy po prostu podpisywał każde ze zdjęć osobno, a Platini tak na to spojrzał chwilę i dał jeden podpis przez wszystkie zdjęcia. Zaskoczył mnie zupełnie, po chwili konsternacji zapytałem, czy mógłby podpisać każde osobno, co w sumie nie wyglądałoby już najlepiej. Cały czas się uśmiechając odpowiedział, że nie, bo jest za późno i za zimno na podpisywanie (jakby co, to z angielskiego było „It’s too late and too cold to sign”). Zrobił to wszystko w tak miły i sympatyczny sposób, że nie sposób było być mimo tego niezadowolonym, czy złym na niego, a przynajmniej będzie co wnukom opowiadać. A do tych zdjęć dokleiłem jeszcze swoje zdjęcie z nim i efekt był taki:

http://jareksphotos.fotopic.net/p63353581.html

Po powrocie do domu długo jeszcze rozmawialiśmy i oglądaliśmy zebrane autografy (była też przecież tzw. zasłużona kolacja i piwo, ale co Was to obchodzi?). Byliśmy mocno pomęczeni, ale jeszcze walka Adamka była, więc trzeba było wytrwać. W ogóle każdego dnia po 4 godziny snu i w niedzielę nie dało rady już się zerwać zbyt wcześnie, więc nic więcej nie zebraliśmy, choć wtedy prawie wszyscy wylatywali i też spokojnie można było zebrać. Ale to nic, tak jak się obłowiliśmy w sobotę, to uwierzcie, że ciężko narzekać. Około 50 autografów do kolekcji, a w sumie zebranych grubo ponad 100. Chyba najpiękniejszy dzień w życiu pod względem kolekcjonerskim. Za dwa lata Euro, a potem już długo w Polsce nie będzie takiego wydarzenia. Przeżyć takie chwile, to było coś pięknego, a wspomnienia po Warszawie pozostaną na całe życie.

fotos 022

Michał, robertocarlos, Rob

P.S. #1 Michał mi mówił, że Dworzec Centralny to zbieranina pedalstwa wszelkiej maści. Miał rację.

P.S. #2 Jeśli jeszcze kiedyś jakąś notkę napiszę, to obstawiam w ciemno, że nie będzie tak długa, jak ta, choć ta mam nadzieję, że przynajmniej była dość ciekawa.

Pozdrawiam,

Edyta Górnik Rob

Pogadanki z piłkarzami cz. 1

niedziela, 3 Styczeń 2010

Tytuł rozprawki to Pogadanki z piłkarzami cz. 1. Tak właśnie powinienem rozpocząć tę notkę, którą piszę jakby nie z redaktorskiego obowiązku, tylko z powodu potrzeby dotrzymania słowa złożonego na K24. Słuchając producenckiej płyty Quiza po raz kolejny zastanawiam się, po jaką cholerę zdecydowałem się wziąć temat, w którym jestem, mówiąc językiem graczy counter-strike’a – n00bem. Jak dotąd zbierałem w swoim życiu autografy piłkarskie 3 (słownie trzy) razy a tu -bach – podejmuję się tak trudnego zadania. No ale co doświadczyłem, to moje i teraz wam to, drodzy czytelnicy oczekujący na nową notkę na blogu niczym chirurg na Sylwestra, opiszę.

W zasadzie będzie to odgrzewanie trzech kotletów, gdyż każde moje zbieranie na tzw. zlotach zostało przeze mnie już skrzętnie przybliżone – na forum oraz dwa (1 & 2) razy na blogu. Tak więc smacznego.

No to zacznijmy od początku. Urodziłem się 17 sierpnia 1990 roku w Oleśnie. Pierwszy zlot, na jakim brałem udział odbył się któregoś tam lipca roku pańskiego 2008 w Zabrzu. Jak można się domyślić, czwórka dzielnych poszukiwaczy przygód kolekcjonerów udała się tam na trening Górnika. Z tego co pamiętam, przynajmniej w moim wypadku wypad udany, zebrałem chyba wszystkich oprócz pana Oślizło no i ogólnie było w porzo. Nawiązując do tematu – wtedy byłem jeszcze oszołomiony faktem, iż zbieram autografy (od piłkarzy mojego notabene ulubionego klubu), dlatego nie było dyskusji a’la Tusk – Kaczyński w 2007, lecz z ciekawostek mogę przytoczyć np. – skąd wziąłeś takie fotki - by Przemysław Pitry i Ryszard Wieczorek o fotkach, - byle szybko, bo mi się spieszy – by Tomasz Hajto na pytanie czy podpisze się na kartce na dla mojego kolegi, luźna konwersacja z Marko Bajiciem o jego zdolnościach w naszym ojczystym języku i standardowe pytania – czy pójdziesz ze mną na studniówkę czy można prosić  o autograf oraz czy można sobie fotkę zrobić?

Następnie Bytom. Tam skład się nieco przemeblował, jednak znowu było nas czterech (w każdym nas inna krew?). Najpierw, przed treningiem, spotkania z byłymi zawodnikami Polonii – panami Liberdą i Trampiszem, w ich mieszkaniach. A kogo wy reprezentujecie? – zapytał pan Jan. My? Reprezentujemy siebie – odparłem i wytłumaczyłem że przyszliśmy po autografy., że tak zacytuję swoją poprzednią notkę. Tak wyglądał początek konwersacji z 35-krotnym reprezentatem Polski, który dla obcych przez różne perypetie jest mało ufny dla odwiedzających go nieznajomych. Jednak zdjęcia podpisał, spytał co robimy w Bytomiu, podziękował za pochwalenie jego zbiorów (puchary, medale, koszulki etc.) i pożegnał nas. U pana Kazimierza było dużo sympatyczniej. Wraz z Rogerem a.k.a. śmietaną siedzieliśmy u niego chyba z pół godziny i długo rozmawialiśmy na różne tematy, najwięcej bodajże o kolekcjonerstwie. Trampisz opowiadał nam, iż często dostaje listy z fotkami do podpisania i cieszy go to, bo nie ma swoich, by dorzucić. I zdarza się iż dla młodych kolekcjonerów jest ulubionym piłkarzem. Tylko, że na to patrzy z lekkim przymrużeniem oka. Sympatyczny facet, ogólnie. Trening Polonii – w sumie szału nie było, z powodu braku czasu i pośpiechu wśród piłkarzy. Ani dużo nie zebraliśmy, ani konwersacja nie była mile widziana, aczkolwiek Łukasz Gikiewicz, obecnie zawodnik ŁKS Łódź nie owijał w bawełnę i nasze fotki, a raczej jego fotki i całą sytuację kwitował sympatycznymi kur## oraz o ja pier##le. No a poza tym, standardowe czy można prosić do tańca o autograf?

Trzecia i ostania część sagi Jak to Maciej zbierał na żywo, ta najnowsza. No i tutaj sobie pogadałem najwięcej. Prośby Alesa Besty, bym mu wysłał fotkę, którą podpisywał (co też uczyniłem), informacje od Michała Karwana, iż wychodzi nowa seria kart Górnika, pogawkędka z Przemkiem Pitrym mimo jego rozmowy telefonicznej z Bartusiem, tłumacznie Przemysławowi Kuligowi jak zdobyć takie foteczki jakie miałem do podpisu. I to w sumie tyle z tych ciekawszych akcji w Zabrzu pewnego wrześniowego przedpołudnia. Za to po południu byliśmy w Gliwicach. Tam dyskusji nie było prawie żadnej, poza tłumaczeniem kierownikowi Bodziochowi jak się robi takie fajne fotki.

Tyle. Więcej opowieści nie pamiętam, i tak, żeby napisać tę notkę musiałem zasięgnąć wzrokiem do poprzednich notek/postów na forum. Polecam update’a przez kogoś bardziej doświadczonego w zbieraniu osobiście, bo z chęcią sam bym poczytał o różnych pogankach z piłkarzami.

Dziękuję.